Pierwsza połowa roku literackiego dość nieoczekiwanie minęła pod znakiem dyskusji. Działa się ona w pismach, social mediach, na portalach i, zapewne, w kuluarach kulturalnych, jeśli takowe wciąż istnieją (chcemy wierzyć, że tak). A tematów do rozmowy dostarczył nie kto inny, jak Piotr Sadzik – warszawski krytyk i wykładowca akademicki – który w tekście Gry pozorów podważył fundamenty dzisiejszych trendów literackich.
Konrad Janczura: Dobrze jest rozmawiać z krytykiem, którego tekst wzbudził powszechny ferment. To naprawdę rzadkie! I tu pojawia się pierwsze pytanie: myślisz, że ów ferment został wywołany przez te same mechanizmy, które opisywałeś? Viralową tendencję do klepania się po plecach i podbijania autorskich zasięgów, na zasadzie „ten pochwalił, to ja i pochwalę”, a potem „ten pochwalił, ten pochwalił i ten. To ja powiem, że mi się nie podoba”? Czy myślisz, że właśnie viralowość podtrzymuje kumoterstwo w środowisku nagradzających, którzy ulegają tym tendencjom?
Piotr Sadzik: Trudno mi przesądzać, czemu tekst zrobił takie zasięgi, bo – można mi oczywiście nie uwierzyć albo posądzić o naiwność – ani się takich nie spodziewałem, ani w to nie celowałem. Umówmy się: kiedy pakujesz do tekstu Scholema i Stieglera, robiąc do tego analizę środków stylistycznych, raczej nie spodziewasz się roli trybuna. Nie jestem też bookstagramerem czy innym zasięgowym – za przeproszeniem – content creatorem, o nowościach wydawniczych nie pisuję w zasadzie wcale, nie miałem więc żadnych przesłanek, żeby spodziewać się, że aż tak to się rozejdzie. Jestem za to podatny tak na zachwyty, jak i na irytacje, i dłuższy czas trwałem w poirytowaniu, obserwując niepojętą dla mnie celebrę wokół kolejnych książek, które wydawały mi się nawet nie przeciętne, ale spektakularnie złe. Tymczasem o ich mankamentach było cicho. Jednocześnie byłem przekonany, że przecież te mankamenty są oczywiste.
KJ: Czyli działałeś w afekcie?
Biorąc się za pisanie, nie wychodziłem z założenia, że oto objawię jakąś ezoteryczną wiedzę tajemną, a raczej że przecież wiele osób musi widzieć to, co ja, a ja najwyżej mogę pokusić się o nadanie temu oglądowi jakiejś formy. Za poligon testowy posłużyły mi zajęcia, jakie prowadzę na sztuce pisania na warszawskiej polonistyce. Osoby, które w nich uczestniczyły (pozdrawiam!), były wobec książek, które im podsuwałem, nawet dużo bardziej bezwzględne niż ja, a przy tym bardzo precyzyjnie formułowały sądy, o których głucho w krytyce. Zrozumiałem więc, że moje boczenie się na niektóre książki nie jest wynikiem jakiegoś jednostkowego zaburzenia perspektywy, tylko podzielają je inni, a więc być może naprawdę krytyka czy gremia nagrodowe dają się nabrać. Od razu pomyślałem więc: no dobrze, to czemu studenci I roku wyraźnie widzą wady tych książek, a nie mówią o nich czytelnicy niejako zawodowi?
Gdybym więc miał stawiać hipotezy, dlaczego tekst wywołał jako taki ferment, to być może dlatego, że wydobył ze zmilczenia coś, co wielu leżało na końcu języka, albo było oczywiste, ale zaniemówione. Choć oczywiście powody propsowania tekstu mogły być bardzo różne, nie wykluczając też resentymentów i chęci dokopania postaciom dobrze usytuowanym w tzw. polu.
KJ: No dobrze, ale przecież jesteś jurorem ważnej nagrody i relacje między krytyką a nagradzającymi, krytyką a dziennikarzami literackimi i bookstagramerami – to wszystko jest dla Ciebie widoczne. Wracam więc do pytania: czy viralowość buduje kumoterstwo?
Podkreślam zawsze, że na swoim odcinku, w znanych mi kapitułach nigdy nie widziałem kumoterstwa. To oczywiście wąski wycinek jurorskiej rzeczywistości, ale tylko o nim mogę wyrokować bez domysłów. Na pewno jednak zdarza się tak, że kiedy w krytyce utrze się sąd o wspaniałościach danej książki, sąd taki wydobywa ją z całego ogromu tytułów, jakie zgłaszane są co roku do nagród, a w konsekwencji może uczynić z niej wybór defaultowy. Kapituły nigdy nie konfrontują się tylko z samą książką, ale też z utartą opinią o jej zaletach lub wadach. Tak więc, kiedy krytyka jako formacja z pierwszej linii lekturowej czujności, nie powiedziała „sprawdzam”, robotę tę powinny wykonać gremia nagradzające. Jak jednak wiemy, nie zawsze tak się dzieje. Tym bardziej, że wobec ogromu książek zgłaszanych do nagród, kapituły miewają niewielkie pole manewru. Chodzi mi o to, że za naprawdę przeczytaną książkę uznaję taką, którą przeczytało się kilka razy, a o taki komfort trudno w warunkach pracy w kapitule. Niemniej gdyby wspominane w moim tekście, a nagradzane książki chciano nagrodzić na mojej zmianie, na pewno zgłosiłbym votum separatum. Ale nawet to nie znaczy oczywiście, że nagród by im nie przyznano, mógłbym mieć tylko satysfakcję z odcięcia się od spektakularnie chybionego werdyktu.
KJ: Co masz na myśli mówiąc o oczywistych mankamentach książek nagradzanych? Zrobiłem sobie niedawno powtórkę z książek „minionej” epoki. Przeczytałem Hanemanna, Weisera Dawidka, Madame. To były bardzo konserwatywne powieści, ale jednocześnie wciąż dające satysfakcję intelektualną. Jakoś po 2010 roku tego typu „męskie” pisarstwo zostało wyparte. Sam pamiętam jak Tylko Lola Jarosława Kamińskiego nie dostała żadnej nagrody, co wzbudziło oburzenie sporej części środowiska. Czy literatura rodząca się w Polsce w ostatniej dekadzie nie jest przypadkiem taka, jak w jednym z ostatnich esejów Maćka Jakubowiaka o krytyce (Czy możemy się już nie kłócić?), mogącym notabene być osobliwym ad vocem do Twojej Gry pozorów:
„Bo jak właściwie można wymagać od pisarek i pisarzy wybitnej literatury, kiedy rozumie się, co to oznacza, że może ona być co najwyżej zajęciem dodatkowym? I że nawet nagradzane osoby mogą sobie pozwolić co najwyżej na wyszarpanie kilku spokojnych miesięcy, by ze świeżą głową codziennie poświęcić parę godzin na pisanie najlepszej literatury, na jaką je stać, a resztę dorabiają już wieczorami albo po godzinach?”
Czyli z jednej strony odrzucono już zupełnie konserwatywne wartościowanie powieści i języka, a z drugiej, trochę jak w aktorstwie hollywoodzkim, nie wymaga się od pisarzy absolutnego wczucia w rolę, na wiele dni, jak robił to Al Pacino czy Robert De Niro. Książki wydawane są w sposób bardziej, nazwijmy to, przewiewny, bo też bardziej przewiewny jest ich sposób tworzenia. A kilka rewolucji kulturowych dziejących się w ostatnich latach nakazuje odrzucić zbyt intensywną literackość. Jak więc mówić o „oczywistych mankamentach” książek nagradzanych, jeśli wartościowanie w krytyce jest dziś tak mgliste?
Nie uważam, żeby ta – jak mówisz – przewiewność tworzenia zwalniała krytykę z jej zadań. A jako że „Gazeta Wyborcza” wycięła mi z rozmowy fragment właśnie o krytyce, mogę tu go powtórzyć bez ryzyka dubla. Podstawowym zadaniem krytyki jest bycie pierwszą linią czytelniczej czujności, miejscem, w którym dokonuje się wartościowania książek i mówienia im „sprawdzam”, miejscem ustalania ocen i odcedzania treści wątpliwych. I warunki powstawania książek nic tu nie mają do rzeczy. Poza tym nie jestem pewien, czy zmiana, o której mówisz, faktycznie zaszła. Jul Łyskawa szlifował swój debiut latami, praktycznie bez obecności w polu. Zaklinanie węży w gorące wieczory Małgorzaty Żarów tak samo, powstawało na boku wobec zobowiązań zarobkowych. Pisanie po godzinach nie przeszkodziło Żarów w napisaniu świetnej książki.
Krytyka może oczywiście wychodzić z różnych przesłanek, tak jak np. ja wychodzę z różnych przesłanek niż Zuzy Sali, a potem okazuje się, że propsujemy w zdecydowanej większości te same teksty. Być może więc kryteria nie są aż tak mgliste. Mechaniczne stosowanie inwersji czy pompatyczne dramatyzacje, o których pisałem w tekście, są dla mnie oczywistymi mankamentami, które powinien dojrzeć każdy, kto para się krytyką. A co do Maćka, to muszę podkreślić, że mimo jego wcześniejszego apelu o to, by się nie kłócić, to właśnie Maciek był redaktorem mojego tekstu i to on dał dla niego w „Dwutygodniku” zielone światło.
KJ: No dobra, ale o ile trudno wymyślić strategię krytyczną dyskredytującą Zaklinanie węży w zimowe wieczory (chyba tylko jakaś wyjątkowo staroświecka, krytyka pruderyjna), o tyle bardzo łatwo, z pewnego punktu widzenia, wskazać „oczywiste mankamenty” prozy Jula Łyskawy. Sam czepiałem się na łamach „Popmoderny”, że w jego książce nie ma rytmu, struktura jest efemeryczna i nijaka, a założenie fabularne, delikatnie rzecz ujmując, może się nie podobać. Te zarzuty oczywiście łatwo można obalić, lecz, do czego zmierzam: po kilku postmodernistycznych rewolucjach trudno w ogóle mi wyobrazić sobie jakiś element utworu, którego nie dałoby się zinterpretować na jego korzyść (lub po prostu usprawiedliwić interpretacją). Dlatego określenie „oczywiste mankamenty” jest dla mnie co najmniej zagadkowe. Piszesz o nadmiarze inwersji w narracji, która ma wyglądać na chłopską. Zgoda. Lecz może błąd leży właśnie po stronie krytyki, która na siłę pragnie znaleźć „chłopski” mianownik wśród utworów o zupełnie innej dominancie kompozycyjnej?
Jestem trochę adwokatem diabła w tej dyskusji, ale nasuwa mi się tu pierwsze, fundamentalne pytanie: Czy w krytyce ważniejsze jest dostrzeżenie wartości, czy też rozpoznanie wszystkich niuansów istniejących wokół danego utworu w danej chwili?
No i właśnie! Książka Łyskawy otwiera przestrzeń do dyskusji, w której na argumenty zwolenników można odpowiedzieć zarzutami, które przytoczyłeś, a które można by pewnie uzupełnić innymi wątpliwościami, np. czy ta książka nie celuje w realizację nie najświeższego programu „mamy Bartha/Pynchona w domu”. Ale o to krytyka może się oczywiście spierać, różnie to wartościować i to bardzo dobrze. Ja z kolei wskazywałem na kiksy, które wydają mi się tyle ewidentne, ile trudne do wybronienia. Recepcja windująca książki, którym przyglądałem się w swoim tekście, całkowicie zamknęła na nie oczy, zarazem zastępując robotę krytyczną zbiorami zaklęć, a z nimi w silniku daleko się nie zajedzie. Nie wykluczam jednak oczywiście, że frazy w rodzaju „lisico, będę w ciebie dąć” lub „oczy babki patrzą, patrzą” da się wybronić. Nikt jednak póki co nie próbował mnie nawet do nich przekonać. Bo w ogóle reakcje na tekst w najmniejszym stopniu zainteresowane były samymi książkami.
A inwersje? One oczywiście pracują na różnych napędach, niekoniecznie nawet większościowo „chłopskim”. Jednak przede wszystkim inwersja wydaje mi się dziś gotowcem, za którego pomocą piszący próbują obwieścić, że wykonują osławioną robotę w języku. Jako człowiek przekory najchętniej przeczytałbym teraz wielką powieść z inwersjami, które miałyby w niej sens.
A dyskredytacje Zaklinania… słyszałem na własne uszy, ze strony nie tylko staroświeckiej, ale i nowoświeckiej, a konkretnie pod szyldem sporów o pracę seksualną. No ale, znowu, to nic nie mówi o literackiej jakości wykonanej w książce roboty.
KJ: W trakcie naszej dyskusji dochodzę do wniosku, że krytycznoliteracką piłeczkę możemy odbijać w nieskończoność, natomiast statystyki są zdecydowanie po stronie sceptyków. Z tych legendarnych 41 procent czytających bardzo niewiele stanowią czytelnicy literatury pięknej, a już na pewno nie jej nabywcy. Wydawcy beletrystyki jasno mówią, że sprzedaż tysiąca egzemplarzy to dziś niebagatelny sukces. Czytając wpisy np. ArtRage można stwierdzić, że w przypadku literatury tłumaczonej, literatury nagradzanej Bookerami czy Noblami 4 tysiące egzemplarzy są już ogromnym sukcesem, a przecież kiedyś, jeszcze całkiem niedawno w takich nakładach sprzedawały się polskie debiuty. I to nie jest też tak, że klimat nie sprzyja czytaniu, bo znam bardzo dużo osób skłonnych wydać 70 zł na hamburgera czy butelkę whisky, natomiast jako cena za książkę to dla nich za dużo. Tu pojawia się pytanie: Czy literatura piękna ma już naprawdę tak mało seksapilu czy jest zwyczajnie wypierana przez inne media? Zanim wspomnisz o Netfliksie, dodam tylko, że mnie się on już znudził dawno temu.
Ale właśnie, jak na moje ucho, podajesz dowody na to, że „klimat nie sprzyja czytaniu”, skoro portfele zgrubiały i nie ma się problemu z wydawaniem sporych pieniędzy, ale niekoniecznie na książki. Otwierasz też wielkie pole do dyskusji, choć zabuduję je tylko paroma słowami, bo żaden ze mnie socjolog literatury, więc to, co teraz powiem, powiem „na czuja”. Co się zmieniło od czasu, kiedy książki rozchodziły się w większej liczbie? Ano zmieniło się wszystko lub – mówiąc bardziej rozwlekle i topornie – zmieniły się społeczno-technologiczne dekoracje, w których odbywa się lektura. Marek Bieńczyk mówił mi, że jego pierwsze lektury to były „przygodówki”, Niziurski, Bahdaj, albo książki, które pokazywały światy, do których tylko książka dawała dostęp. Jednak po co ci Biuro Podróży Arkady Fiedler, które zabierze cię nad Ukajali, skoro możesz tam dotrzeć dwoma klikami, albo przy pomocy ludzika z Google Street View.
Oczywiście, motorek, na którym działają pierwsze fascynacje lekturowe, może pracować na innym paliwie, ale nie zmienia to faktu, że dziś książka musi walczyć o uwagę odbiorcy z przygniatającymi siłami dopaminowych strzałów oferowanych mu przez innych dostawców. Nierozproszone i łapczywe czytelnictwo nie przypadkiem kwitnie w więzieniach. I myślę sobie, że to wielkie pytanie dla literatury najbliższych lat. W jaki sposób rzucić wyzwanie temu bodźcowaniu, unikając zarazem logiki streamingu, a więc pozostając fikcją, sublimacją, dystansem wobec przeżytego, zapośredniczeniem? W dzisiejszym fetyszyzowaniu bezpośredniości, kulcie rzekomego „autentyzmu” i „szczerości” (co widać nie tylko w literaturze, tak samo bywa chociażby w malarstwie) widzę symptomatyczną, ale chybioną odpowiedź na warunki narzucane przez technologię. Autopatografia może przedstawiać się jako bezpośredni zapis doświadczenia chorobowego, ale – powtórzę za Marcinem Bełzą – „to nie jest powieść”.
I pozdrawiam dobre samopoczucie tych, którzy chcieliby mi zarzucić boomerskie biadolenie. Albo to, że naczytałem się jakichś technofobów. Mówię ze środka kryzysu, który jest elementem mojego najbardziej codziennego doświadczenia. A zmiana wobec poprzednich dekad jest fundamentalna. Przestrzenią eksploatacji stały się nasze zasoby kognitywne i afektywne. Jak najbardziej rzutuje to też na kwestię czytelnictwa. Tyle że dyskusja o czytelnictwie nie dotyczy już jakiegoś beznadziejnego sporu o to, czy książka jest najważniejsza, czy serial też daje radę, ale dotyczy funkcjonalności naszych aparatów poznawczych, której to funkcjonalności zaburzenie przekłada się też na postawy polityczne, a więc pośrednio na kształt rzeczywistości, w jakiej zdarzyło nam się żyć. Wystarczy zajrzeć do świetnych tekstów, które w tym temacie piszą Michał Krzykawski i Anna Cieplak. Przeczytać Jakuba Nowaka, kiedy pisze o promptyzacji literatury. Albo wrócić do „postpiśmienności” z Dukaja. W ogóle gdybym był twórcą sci-fi, napisałbym dystopię o tym, jak pod wpływem technologii kurczy się zakres języka, aż w końcu ludzkość staje sam na sam wyłącznie z obrazami, no, może uzupełnionymi o sekwencje zbitek słownych w stylu „Bombardiro Crocodilo”, komunikacja stałaby się zbędna, zostałby jedynie doomscrolling bombardujących nas efemeryd-obrazków. Literatura musi rzucać temu wyzwanie, ale weź rzuć wyzwanie brainrotom.
ALE. To, że klimat średnio sprzyja czytaniu literatury pięknej, nie zmienia faktu, że przywołany ArtRage, nawet jeśli sprzedaje dużo mniej od poprzedników sprzed 20 lat, to jednak potrafi rozpychać się swoimi książkami, często przecież uchodzącymi za te „trudne” i „eksperymentalne”, nawet na listach bestsellerów. I nie zamierza dostosowywać się do rynkowych gustów, tylko kształtować własne, po Pynchonie, wypuszczając Cărtărescu i wygrywając „jedną bitwę po drugiej”. ArtRage robi wielką robotę.
KJ: A widzisz, zawsze mnie interesowała literatura jako wehikuł: do podróży, a zwłaszcza do podróży w czasie. Aktualnie rzeczywiście proza nie dowozi zbyt wielu lektur, które dają możliwość odbycia jakiejkolwiek przygody, nawet na własnym podwórku.
Ale nie myślisz, że poezja i powiązane z nią zjawiska coraz lepiej obywają się bez książki literackiej? Weźmy na przykład rap, którego słucha mnóstwo osób. Kiedy byłem licealistą, zdecydowanie odstawał od literatury, był doceniany za poruszane tematy, lecz wyśmiewany za swoją prymitywną poetykę. Dziś jest inaczej. Nie ma już tematów rapowych, a cała ta kultura krąży wokół własnego metajęzyka, który bywa wykładnikiem dla nowoczesnej poezji awangardowej, choćby tej spod znaku Patryka Kosendy czy Michała Mytnika. Ciekaw jestem, jaka będzie nowa książka Ilony Witkowskiej. Nie zdziwię się, jeśli znajdą się w niej inspiracje tekstami mosa.tech czy Asthmy lub chociaż podobne podejście do języka. No i jest też cała poezja internetu, czyli memy. W Polsce wciąż nie podchodzi się do nich tak, jak np. w USA, gdzie organizowane są wystawy memów, na których można kupić ich fizyczne wydania. Ale to się dzieje, to ewoluuje. Podobnie jak opowiadanie historii i tworzenie sytuacji lirycznych w grach. I wprawdzie dawniej mawiano, że urokiem nowych mediów za jest to, że są nowe. I zawsze wydaje się, że wyprą stare. Ale może właśnie nowe media jednak zadomowiły się lepiej, niż przypuszczano i należy im się więcej uwagi? Piotr Marecki tak myśli od dawna.
O rapie wiem mniej niż o curlingu, z tą różnicą, że ten drugi mniej mnie nudzi. Dlatego złapię nitkę nowomedialną. Czy nowe media się zadomowiły w literaturze? Być może. Czy należy im się więcej uwagi? Na pewno. Pytanie jednak, jak to robić.
Jedna z najbardziej beznadziejnych reakcji na tekst Adama Wrotza sprowadzała się do heheszków z tego, że Wrotz domaga się rzekomo, żeby teraz w polską prozę wciskać wszędzie komputer. A to przecież kompletne nieporozumienie. Nieporozumienie oparte na przekonaniu, że Wrotza interesuje komputer jako gadżet. Jest jednak i drugi, też mało szczęśliwy, biegun tego przekonania. Założenie, że literatura ma odwzorowywać technologię w języku, że komputer ma nam zafunkcjonować jako narzędzie organizacji tekstu wewnątrz jakiegoś formalnego eksperymentu. W rozmowie z Kubą Skurtysem, która ukazała się w „Zakładzie”, Wrotz świetnie pokazuje, dlaczego logika awangardy wpada w tym miejscu w ślepą uliczkę. Jak to ujął, to próba „robienia zakupów pieniędzmi z Monopoly”. A do tego kompletne oddanie pola, jeśli chodzi o diagnostykę i analizę. Zamiast więc rzucać wyzwanie przełomom technologicznym, które przemodelowują nam rzeczywistość, awangarda raczej ustawia język pod te przełomy.
No i to jest oczywiście wielkie pytanie, w jaki sposób odpowiadać literaturą na przemiany technologiczne, zarazem nie zdając się na takie reaktywne imitatorstwo. Drukowanie rozmów z Messengera? Książka kompilująca wypowiedzi z grupy na fejsie? Chyba niekoniecznie tędy droga. Zgadzam się z Wrotzem, literatury diagnozującej rewolucję technologiczną prawie nie mamy. Choć i od tej reguły zdarzają się (bo i od jakiej się nie zdarzają?) wyjątki. Pierwszy przykład, jaki przychodzi mi do głowy, to Łukasz Krukowski i Mam przeczucie. Kiedy kraj ekscytuje się teraz aferami wokół krypto, trochę się uśmiecham pod nosem, bo Krukowski już parę lat temu pokazywał, w jaki sposób krypto zmiata dotychczasowe reguły społecznej gry. Mam przeczucie to książka fenomenalna diagnostycznie, trafiająca w miejsca, w które nie prowadzą nas zwykle nawet fachowe eseje i analizy. A skoro przywoływaliśmy już Żarów, to zróbmy to znowu. W Zaklinaniu węży w gorące wieczory praca na kamerkach nie tyle jest tematem, ile to sama konstrukcja scen ulega „ukamerkowieniu”, a Żarów bardzo precyzyjnie rozpisuje sploty patrzenia bez bycia widzianym i wystawiania się na cudzy wzrok.
Ale najchętniej odwróciłbym teraz mikrofon i jako że mocno mnie ten temat interesuje, Tobie zadałbym pytanie o to, jak byś widział udane literackie odpowiedzi na wiszące nad nami ciążenie nowych mediów.
KJ: Świetnie odbita piłka, bo właściwie niewiele tego typu starań widzę w polskiej literaturze, na pewno nie w mainstreamie. Książki Karoliny Krasny i Zofii Skrzypulec oddają ducha nowych czasów. Ta pierwsza podejmuje czytelną grę literacką z budową algorytmów, z kolei Skrzypulec ukazuje dwoistość informacji, jej błędną sprawczość w dzisiejszym świecie. Ale to ścisły underground. I znowu możemy wrócić do początku naszej dyskusji, zadając sobie pytanie, czy polski czytelnik literatury pięknej po prostu nie wypiera technologii. Czy beletrystyczny mainstream nie jest przypadkiem klubem życiowych eskapistów, którzy lubią „poetyczność” Lebdy i „chłopskość” z Chłopek?
Kiedy czytałem Rozbieżne emancypacje Czaplińskiego miałem wrażenie, że to nie przegląd zjawisk literackich ostatniego półwiecza, lecz osobliwy, tysiącstronicowy projekt kanonu polskich liberałów. W tej książce jasno można wyczytać, czym jest literackość dla, powiedzmy to jasno, dzisiejszych 50- i 60-latków. I ta cezura kwitnie. Czy myślisz, że mainstream polskiej beletrystyki jest reformowalny, czy jednak będzie już zawsze skazany na polityczne lobby?
Nie powiedziałbym, że podział idzie tu po linii liberałowie–nieliberałowie, rządzący–rządzeni. Liberałem (socjalistycznym) to jestem ja. Ale nic nie poradzę, że za liberałów uchodzą u nas neolibkowi durnie. Zgadzam się z Wrotzem: ludziom zajmującym się polską literaturą (i nie mówię tylko o twórcach, ale też chociażby o krytyce literackiej) brakuje zwykle wyobraźni technologicznej. I myślę, że to wada systemowa. Przedmiotów ścisłych nie naucza się u nas w powiązaniu z humanistyką, pytań humanistyki nie zadaje się myśleniu technicznemu. Ten podział jest destrukcyjny. W efekcie rzeczywistość społeczna zostaje skonstruowana pod dyktando rozumu zautomatyzowanego, zredukowanego do zdolności rachunkowej. To rozum, który staje się wyrazem marnej i pozbawionej wyobraźni technicznej perfekcji (pouczające są tu losy słówka ratio, oznaczającego nie tylko rozum, ale też stosunek liczb we wskaźnikach finansowych). A humanistyka zostaje pogardliwie zepchnięta do nisz dla niegroźnych dziwaków. Być może brak, o którym mówię, jest zresztą symptomem szerszego deficytu: niezdolności postrzegania własnej teraźniejszości jako konkretnego momentu historycznego.
Dopiero umiejąc uważnie patrzeć na swój moment historyczny, można widzieć (a nie: bagatelizować) fundamentalne przeobrażenia, jakim podlegają w nim poszczególne wymiary życia. Zarzucając naszej literaturze współczesnej brak wyobraźni technologicznej, nie mówię oczywiście o tym, że każdy piszący literaturę ma zacząć własnoręcznie składać komputery (sam ledwie radzę sobie z tutejszym wordem), ale o tym, że kto ma oczy do patrzenia, niechaj patrzy. I zobaczy, jak nam technologia zdmuchuje świat, jaki znamy. Niewielu jest polskich twórców, którzy mają tego świadomość. I znowu jako wyjątkowego przywołałbym Krukowskiego. Notabene, wychodząc od ściśle fizycznych, materialnych uwarunkowań coraz mocniej panującego nad nami technofeudalizmu, Krukowski jest według mnie jednym z nielicznych metafizyków naszej prozy, co też zresztą pokazuje, że oddzielanie obydwu tych przestrzeni nie ma wielkiego sensu.
Co powiedziawszy, chciałbym jednak zaznaczyć, że to nie tak, że teraz o jakości prozy ma decydować wyłącznie to, czy traktuje o technologii. To by przecież oznaczało też pewnego rodzaju przymus adaptacji wobec tempa przemian narzucanego przez technologię. Tymczasem nie trzeba się do niego dostosowywać, ale (zawsze) regulować za sprawą politycznych decyzji i (czasem) uchwytywać mechanizmy jej działania za sprawą roboty literackiej. No więc oczywiście wciąż czekam na wielkie pisanie, nawet jeśli zamiast komputera szczytem technologicznego zaawansowania jest w nim taśma magnetofonowa. Jak w Pijaczku Sieńczyka, którego uznaję za najlepszą rzecz w zeszłorocznej polskiej prozie.
KJ: Dla mnie znamienne było to, co działo się podczas niedawnej premiery Tęczy grawitacji Pynchona. Mnóstwo osób fotografowało się z tą książką, powstawały wpisy w mediach społecznościowych o tym, jaka jest niesamowita i… piękna.
Tymczasem spora część tej powieści jest poświęcona budowie rakiet, refleksji nad technologią. Nie brakuje w niej również perwersji, jak choćby scen seksu BDSM czy jedzenia fekaliów. Gdyby coś takiego napisał Polak, z miejsca wylądowałoby na półce z napisem „fantastyka” i nikt (poza pasjonatami tej kategorii) nie zechciałby o tym rozmawiać. Zresztą o Pynchonie już głucho, tak jak o modnym do niedawna Wallace’ie. Uwielbienie dla amerykańskiego postmodernizmu z jednoczesną nieumiejętnością rozmowy o nim – to wszystko tylko pokazuje, jak bardzo mało pojemna jest nasza kultura prozatorska. Zgadzam się, że ma to podłoże systemowe i nasza edukacja zwyczajnie nie dowozi.
Zupełnie inaczej było w PRL-u, który nie tylko potrafił kształcić, ale też zbudować normatywizm: inżynier musiał czytać książki, a humanista umieć liczyć. To zresztą wtedy zbudowano podwaliny polskiej komputeryzacji, która, jak dziś wiemy, uratowała gospodarkę III RP. A komputeryzacja wymaga przecież ludzi rozwiniętych wielopoziomowo. Jednak świat się zmienia bardzo szybko i aktualnie wiele można wywrócić w przeciągu zaledwie kilku lat. Czy widzisz receptę na to „zamknięcie” i „zasiedzenie w sobie” naszej literatury? Bo chyba kultura audiowizualna jednak radzi sobie dużo lepiej, o czym świadczą powstające w Polsce, znane na całym świat gry i animacje. Może należy po prostu najpierw szukać ludzi takich jak Krukowski czy Krasny i zapraszać ich do dyskusji, organizować panele, nagrywać podcasty?
Pytanie jednak, czy taki normatywizm jest dziś do odbudowania. I czy była to zasługa samego PRL-u, łabędzi śpiew inteligencji czy raczej wynik pewnego ogólniejszego modelu pryncypialności, który wówczas funkcjonował, a który przekładał się też na kształt kultury. O istnieniu Kantora czy Sandauera dowiedziałem się nie na studiach, ale w moim domu rodzinnym, domu, po dawnemu mówiąc, proletariackim, a to dlatego, że takich gości pokazywała rodzicom PRL-owska telewizja. I oczywiście, nie każdy robotnik zostawał potem pasjonatem Teatru Śmierci czy Rzeczywistości zdegradowanej, a mój argument ma wszystkie obciążenia anegdotyczności, bo świadczy może tylko o jednostkowej osobliwości rodziców, ale pokazuje też, że faktycznie istniała rama wspólnej kultury, akceptowanej niezależnie od warstwy społecznej.
Tyle że – że tak powiem – warunkiem możliwości takiej sytuacji był też niestety scentralizowany obieg informacji, co – skoro mówimy tyle o rewolucjach technologicznych – przy obecnym rozproszeniu mediów nie jest dziś możliwe, albo raczej jest możliwe, ale tylko w najbardziej zamordystycznych dyktaturach, gdzie nie chcielibyśmy się znaleźć. Jednak nawet jeśli wspomniany przez Ciebie normatywizm jest nie odbudowania, to na pewno potrzebny jest nam nowy uniwersalizm. Uniwersalizm, który nie byłby też jednak – jak to zwykle bywało – stopieniem się różnic w monolit czy ich wygłuszeniem poprzez ustanowienie hegemonii jednego perspektywy. Dlatego trzeba pracować w bazie, żeby spróbować przekształcić tę medialną nadbudowę. Jestem w tej sprawie – jak i w wielu innych – žižkowcem. A gdybym był Janem Marią Rokitą po przytomnej lekturze Žižka, powiedziałbym nawet: uniwersalizm albo śmierć. Nie chcę teraz napoczynać tego gigatematu, ale jestem przekonany, że to, co szumnie nazywamy emancypacją, jest możliwe tylko w ramie uniwersalności, nie w „polityce tożsamości”, nie w „narcyzmie małych różnic”, ale wtedy, kiedy uznajemy, że różnice między nami nie ustanawiają hierarchii, a o świecie, który wspólnie zamieszkujemy, możemy opowiadać sobie ciekawe rzeczy, kiedy nie jesteśmy ze sobą tożsami.
Jakie więc recepty? Książki to taka już uparta materia, że nawet gdyby znaleźć lekarza z receptami, to niekoniecznie doszłoby do ozdrowień. Można jednak na pewno dopomagać dobrym rozwiązaniom. I chodzi w pierwszej kolejności o pomoc systemową. Absurdu, jakim jest polska oświata, prędko nie zmienimy. O potrzebnej odwadze krytyki czy wydawnictw już mówiłem. W przypadku piszących nie zaszkodzi mnożyć dziedziny. Interesować się światem, żeby czasem dochodzić ukośnie do literatury. Wydaje mi się, że jeśli ktoś zaczyna pisać tylko po to, żeby tworzyć literaturę, nie wyjdzie na tym dobrze. Za młodu zaczytywałem się we francuskim poststrukturalizmie, dziś nie da się tego czytać, ale pamiętam z Blanchota myśl, pod którą wciąż się podpisuję: w literaturze najkrótszą drogą od jednego punktu do drugiego jest asymptota, ukośność, uskok. Poza ramami poststruktu-ortodoksji czytam to też tak, że literatura może powstawać jako odgięcie od innych zjawisk, pozwalając nam zarazem, choć zagięte, zobaczyć je wyraziściej. Krukowski napisał ostatnio świetny esej przeciwko botom i AI. Wspomniana Żarów to znakomita ekspertka od reprezentacji seksualności. Krasny jest architektką. Na warszawskiej sztuce pisania fantastyczne rzeczy piszą osoby, które odkleiły się od kierunków dalekich od humanistyki jak matematyka.
Literatura powinna też być chyba taką pułapką ostatniego ratunku. Nie deską, bo nie ma nam dostarczać odpowiedzi, powinna komplikować nasze widzenie. Jednocześnie z tej komplikacji właśnie wynikałby jakiś paradoksalny ratunek, bo tak rozumiana literatura byłaby zarazem ostatnią instancją, do której odwołujemy się, kiedy zawiodły wszystkie inne języki, kiedy po prostu mamy do powiedzenia coś, czego nie da się powiedzieć w żaden inny sposób.