Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

„Kajko i Kokosz” albo „nie ma złota w Mirmiłowie”

Recenzje /

Kiedy tylko duży, zachodni kapitał zabiera się za polską popkulturę, to trochę drżymy, że zepsują, że zniszczą i nie oddadzą rodzimego ducha. Obawom towarzyszy jednak i nieco nadziei – a nuż wyjdzie, a nuż kapitał dopieści i wyzwoli potencjał, a przy okazji świat pokocha to, co nasze? 

Po cyklu o wiedźminie na warsztacie Netfliksa znalazła się kolejna polska, może współcześnie już nie tak głośna, ale wciąż rozpoznawalna marka – komiksy o Kajku i Kokoszu Janusza Christy. O ile jednak The Witcher jest tak właściwie amerykańską produkcją opartą na polskim materiale źródłowym, o tyle Kajko i Kokosz w znacznej mierze powstawał nad Wisłą – w warszawskim studio animacji EGoFILM. W efekcie dostaliśmy pięć krótkich, bo zaledwie trzynastominutowych odcinków o wojach z Mirmiłowa. Epizodów ma być jednak więcej – docelowo dwadzieścia sześć.

Nie będę ukrywał, że do komiksowego pierwowzoru żywię daleko idącą obojętność –  być może jestem zbyt młody, by darzyć go sentymentem. Owszem, w dzieciństwie przeczytałem sporo zeszytów, ale tylko dlatego, że czytałem absolutnie wszystkie komiksy, jakie tylko było można wypożyczyć w mojej małej, wiejskiej bibliotece. Gdy nie było już żadnych z Asteriksem i Obeliksem, które z kolei bardzo polubiłem, zadowalający byli także Kajko i Kokosz. Ten brak przywiązania sprawił, że niczego konkretnego od Netfliksowej animacji nie oczekiwałem. Dzięki temu, choć oglądając, nie bawiłem się najlepiej, trudno tu mówić o zawodzie.

Trochę głupio mi pisać o Kajku i Kokoszu, bo czuję, że nie wypada zbyt krytycznie podchodzić do produkcji ewidentnie skierowanej do dość małych dzieci. To serial, który tatuś bądź mamusia śmiało mogą puścić swoim pięciolatkom, a przy okazji zdrzemnąć się na kanapie, udając, że też oglądają. Czego można od takiej serii wymagać? Problem w tym, że nawet dzieci (chyba!) nie zostaną zauroczone – na zglobalizowanym rynku Kajko i Kokosz konkuruje ze znacznie bardziej atrakcyjnymi formami i opowieściami. Rodzicom nie oferuje się tu natomiast nic ponad dość pustą nostalgię – w dialogach jak na lekarstwo podwójnego kodowania, czyli przemycania treści zrozumiałych dla dorosłych; slapstickowy humor pozbawiony jest z kolei jakiegokolwiek uroku. Na serię (jak zgaduję: z powodów budżetowych) niezbyt przyjemnie się nawet patrzy – szereg recenzentek i komentatorów porównuje serial, nie bez powodu, do święcących triumfy kilkanaście lat temu Flashowych animacji. Serc nie skradnie też quasi-bałkański soundtrack, przywodzący zresztą na myśl ten z (również Netfliksowych) Rozczarowanych.

O świecie przedstawionym Mirmiłowa i okolic – przynajmniej na podstawie dotychczas udostępnionych odcinków – za wiele powiedzieć się nie da. To być może największa niewykorzystana szansa Kajka i Kokosza. Współczesna animacja, powstała prawie trzydzieści lat po ostatnich historiach spod ręki Janusza Christy, wydaje się wręcz idealnym medium dla światotwórstwa – poszerzenia ram opowieści, wprowadzania nowych kontekstów, postaci i możliwości. Nie było to jednak nijak możliwe w formule tak krótkich odcinków – akcja biegnie zresztą w nich zbyt szybko, by nawet znani już wcześniej z kart komiksów bohaterowie zdążyli zdobyć sympatię widzów, a świat opowieści pokazał się od jakiejkolwiek interesującej strony. To bardzo uboga – by nie powiedzieć: sterylna – przestrzeń.

Ostateczny kształt takich produkcji wynika z mnóstwa czynników, przede wszystkim logistycznych i finansowych; logika Excela zawsze będzie tu ważniejsza niż dobro opowieści. Nie mogę jednak nie pofantazjować o tym, jak Kajko i Kokosz mógłby wyglądać. Wyobrażam sobie, że zamiast pięciu odcinków moglibyśmy otrzymać godzinny film, który stworzyłby znacznie więcej przestrzeni dla historii i jej świata. W ten sposób, choćby symbolicznie, zaczęlibyśmy nadrabiać półwiecze, w którym Asterix i Obelix (a nie oszukujmy się, to tutaj konieczny punkt odniesienia) regularnie pojawiali się w filmach pełnometrażowych. Nie jestem też przekonany, czy konieczne było sięganie po fabularny materiał wprost z komiksów – i tak nie wyszło z tego nic ponad pobieżny ekstrakt. 

Kadr z serialu – materiały dystrybutora

Wracając do punktu wyjścia sprzed kilku akapitów – przedstawiając te wszystkie zarzuty i niespełnione wizje trochę się wstydzę, bo to trochę tak, jakbym znęcał się nad Świnką Peppą za niewystarczającą intertekstualność i prostą kreskę. Kajko i Kokosz nie jest w ogóle dla mnie, nie powinienem się obrażać, że mnie nie bawi, bo nijak nie jestem targetem. Zastanawiam się jednak, kto nim jest, skoro zwabieni nostalgią dorośli nie znajdą tam nic dla siebie, a dzieci mają do dyspozycji znacznie ciekawsze, zabawniejsze i bardziej urocze opowieści. 

W całym tym narzekaniu nie powinien umknąć fakt, że Kajko i Kokosz nie jest produkcją jednoznacznie nieudaną. To nie tak, że przy oglądaniu bolą oczy, a dialogi i sceny wywołują zażenowanie. Ani warstwa formalna, ani fabularna nie potrafią jednak zaintrygować, a nawet utrzymać uwagi. Wiedząc, że przede mną pisanie tej recenzji, próbowałem się maksymalnie skupić – było to jednak bardzo trudne, a przecież nie próbowałem w trakcie seansu odpocząć od żadnego pięciolatka. To pod wieloma względami produkcja poprawna i profesjonalna, a jednocześnie bardzo „nasza”, polska – tylko skierowana tak jakby do nikogo. Obawiam się więc, że – mimo łaskawego spojrzenia dużego, zachodniego kapitału – wyobrażony, globalny widz Kajka i Kokosza nawet nie zauważy. Nie ma złota w Mirmiłowie.

Kajko i Kokosz

serial animowany

produkcja: EGoFilm

Netflix, 2021

Rafał Sowiński

(ur. 1992) Kulturoznawca, na co dzień pracuje jako copywriter i marketingowiec. Doktorant Wydziału Polonistyki UJ, gdzie próbuje pisać pracę o związkach hauntologii i kultury internetu. Założyciel Facebookowego bloga „niskie teorie” oraz pomysłodawca i administrator grupy „Jak będzie w Polonii 1? – sekcja retromanii, duchologii i nostalgii”. Mieszka w Krakowie, pochodzi z Więckowic pod Tarnowem.