In Para Wino Veritas („Pijany i prawdziwy”)
Wydanie
2/2026Autor
Jan BińczyckiIlustracja
Fragment okładkiReportaże i historie mówione na temat punk rocka to w ogromnej większości opowieści o stratach, zaprzepaszczonych szansach, politycznych i komercyjnych przeszkodach, które sprawiły, że jego wywrotowy potencjał wybuchł słabiej, niż mógłby w pięknych i strasznych latach 80. A co by się stało, gdyby Pijany i prawdziwy Para Wino został gwiazdorem estradowym? Punk w jego wydaniu pewnie nie byłby lepszy i mądrzejszy, ale bardziej… punkowy.
Pijany i prawdziwy to po części wywiad-rzeka przeprowadzony przez Artura Wysockiego, znanego w sieci jako Pan Nikt, niestrudzonego promotora kultury punkowej. Trochę też, jakkolwiek zabawnie by to nie brzmiało, swoista księga jubileuszowa, w typie „studiów ofiarowanych” zasłużonym profesorom. Zawiera bowiem zbiór wspomnień ważnych postaci wrocławskiej (i nie tylko) kultury. Ale zanim o zawartości Pijanego i prawdziwego, trzeba przyjrzeć się głównemu bohaterowi. A nawet zadać sobie trudne, choć wyzwalające, pytanie o gust muzyczny i podejście do kontrkultury. Postaram się dać dobry przykład, dokonując jabolpunkowego coming outu.
Dariusz Paraszczuk vel Para Wino to jeden z pionierów wrocławskiego punk rocka, muzyk o imponującej dyskografii (naliczyłem ponad 25 albumów, a jest ich pewnie więcej), basista i wokalista wielu grup oraz okazjonalnych projektów. Przez dekady był wcieleniem rockandrollowego straceńca w wydaniu słowiańskim. Jest też prawdziwym królem-duchem odmiany punka określanej właśnie słowiańską – lub jeszcze złośliwiej: jabol punkiem czy punko polo. To najbardziej przaśny, ludyczny i dosadny, pozbawiony (najczęściej) politycznego zaangażowania, artystowskich póz oraz skłonności do eksperymentów podtyp tej muzyki.
Punko polo to przemilczany fenomen lat 90., który zasługuje na pogłębioną monografię. Na użytek omówienia wywiadu z Parą wystarczy prosta robocza definicja. W krajowym niezalu po upadku PRL-u trwała hossa, wreszcie można było robić i grać (prawie) wszystko. Prężnie rozwijała się niezależna scena hc punk, w obrębie której przeszczepiano na rodzimy grunt różne okołopunkowe nurty, od hardcore’u przez noise aż po grunge. A obok istniała cała rzesza zespołów, które nie podążały za trendami. Chłopcy, a czasem też dziewczęta, najczęściej pochodzący z małych miast, zadowalali się najprostszą interpretacją punkowej poetyki. Byle grać hałaśliwie (ale nie za ostro), śpiewać o kontrowersyjnych sprawach, byle było pod nogę i do przodu. A jako punkt odniesienia, zamiast poszukujących lub „klasycznych” grup z Wielkiej Brytanii i Stanów, obierano grających ludycznie starszych kolegów z zespołów takich jak Sedes czy Defekt Muzgó. Notabene: Paraszczuk grał w ich późniejszych inkarnacjach. Za szczyt stylowości uchodziły, skądinąd świetne, choć same przez się „słowiańskie”, grupy KSU i Siekiera. „Słowiański punk” to zresztą termin ukuty przez Tomasza Adamskiego, lidera tego drugiego zespołu, w odniesieniu do wczesnego, ekstremalnego wcielenia własnego zespołu.
Wśród krajowych uczestników sceny niezależnej przez lata do dobrego tonu należało wyśmiewanie punka siermiężnego i załoganckiego. Nie wypadało się przyznawać do słuchania grup takich, jak Sajgon Gluty z Kalkuty czy Dupa Jasiu. Nawet zespoły z podziemnym rodowodem w latach 80., wspomniane Sedes i Defekt Muzgó, uznawano za komercyjne i głupawe. Do tego dochodziły casusy fakepunkowych grup, np. Gównoprawda, wedle legend składających się z zawodowych muzyków nagrywających w tanich studiach punkowe przeróbki przyśpiewek weselnych lub radiowych przebojów.
Zależność pomiędzy punko polo a twórczością Paraszczuka jest niezaprzeczalna, choć on sam punkopolowcem nie jest. Dla młodszych kolegów był tym, kim dla brytyjskich punkowców muzycy New York Dolls czy Ramones. Wyznaczył niski punkt wejścia, z którego można wystartować, by grać punk rock. Sam muzyk woli brytyjskich pionierów, a pierwsze rockandrollowe doświadczenia przeżył na koncertach Smokie, Budgie i Suzi Quatro. Jako jeden z pierwszych krajowych twórców sięgnął po Oi! – uliczną, skinowską odmianę punk rocka. Grywał też postpunk i bardziej konwencjonalny rock, który ze względu na tematykę tekstów i robotnicze podglebie można by uznać za polską inkarnację wyspiarskiego pub rocka. Nie był klezmerem nagrywającym pseudopunk, choć w „złotych latach 90.” wydawał po kilka kaset rocznie, a w dyskografii ma album Punk kolędy (1993).
Przez całą młodość postępowałem wedle wspomnianego wcześniej schematu. Snobowałem się na słuchanie ambitnych zespołów, a te ludyczne wyśmiewałem. Publicznie, bo w zaciszu pokoju lubiłem kontemplować niepodrabialny knajacko-chuligański sznyt, którego czołowymi przedstawicielami byli Dr. Hackenbush oraz Paraszczuk. Przyjemność z obcowania z tą twórczością przypomina doznania w trakcie odsłuchu nagrań Nagłego Ataku Spawacza (zresztą: krajan Pary). Z tą różnicą, że u niego cieszą nie tylko soczyste wiąchy, ale też trudna do opisania konwencjonalnymi metodami przebojowość. Można się kreować na zaangażowanego hardkorowca lub fana „akademickiego” postpunka po linii Talking Heads, ale kto pozostanie obojętny na zadzierżysty urok pieśni Chuj w dupę amerykańskiej reklamie na polskiej ziemi, ten nie ma punka w sercu. Jakkolwiek pojmowanego.
W Pijanym i prawdziwym znaleźć można przede wszystkim wspomnienia głównego bohatera. Opowiada o młodości w końcowej dekadzie PRL, kolejnych zespołach i projektach, niełatwych realiach estradowych. Niemal równie wiele jest tu o alkoholu i innych środkach zmieniających świadomość, a także zadawnionych scysjach. Poruszono kilka kontrowersyjnych tematów: konflikt z menadżerką KSU, związki ze środowiskiem skinheadów, kłopoty ze sprawowaniem. Mam wrażenie, że zadając pytania, Artur Wysocki starał się postępować delikatnie wobec rozmówcy i jego bliskich, trudne wątki sugerował i nie dociskał tam, gdzie mogły skrywać się sensacje. A być może nie musiał, bo Para nie owija w bawełnę i bez ogródek opowiada o odwyku czy pobycie w więzieniu. Warto zwrócić uwagę, że rozmowa toczy się w momencie, gdy jej bohater jest doświadczonym życiowo sześćdziesięciolatkiem, patrzącym z dystansem na dawne wybryki i promującym trzeźwy styl życia. Czytelnicy chcący poznać jego wcześniejsze wcielenie powinni sięgnąć po wywiad w archiwalnym wydaniu fanzina „Pasażer” (nr 10, 1995).
Tak, jak kilka innych punkowych memuarów, Pijany i prawdziwy może być atrakcyjną lekturą nie tylko dla fanów rocka, ale i czytelników zainteresowanych lokalną historią lub okruchami rzeczywistości przełomu końca PRL i transformacji ustrojowej w Polsce. Książka przedstawia stosunki w zakładach pracy, rzeczywistość szkolną, klimat dawnych knajp. Wątki dotyczące służby wojskowej wpisują się w śmieszno-straszny obraz lat 80., znany z licznych filmów i wspomnień.
Dla wielu czytelników istotnym walorem Pijanego i prawdziwego może być opowieść o walce z nałogiem i „życiu po piciu”. W ostatnich latach te sprawy doczekały się licznych książek, terapeutycznych podkastów i kanałów na YouTubie. Paraszczuk i Wysocki wzbogacają ten nurt o świadectwo trzeźwiejącego muzyka.
Myślę, że przez te ponad 9 lat ugasiłem w sobie ten ogień. Jednak na co dzień nadal przebywam w takim środowisku, wśród ludzi, na koncertach, na próbach, w garderobie, gdzie pojawia się nie tylko alkohol i nie tylko w małych ilościach. Nadal jestem rockandrollowcem. Ale innym. […] Od ponad 8 lat jestem podatnikiem-wyrobnikiem. Żyję całkiem odwrotnie niż kiedyś. […] Mam jaja i charakter, co pozwoliło mi pozbyć się wszystkich nałogów. Muzyka sprowadziła mnie do rynsztoka i później z niego wyciągnęła za szmaty.
Ciekawych kontekstów przydaje zbiór wypowiedzi osób znających głównego bohatera. Lech Janerka opowiada o odsprzedaży przywiezionej ze Stanów gitary. Piotr Wiwczarek „Peter”, Jan Benedek czy Eugeniusz Olejarczyk „Siczka” wspominają pracę w studiu. Jerzy Owsiak z kolei mówi o spotkaniu po latach i słuchaniu Punk kolęd w czasie rodzinnej wigilii. Najciekawiej w tym gronie wypada wypowiedź antropologa kultury, prof. Waldemara Kuligowskiego, który wchodzi w polemikę z Paraszczukiem, znanym z niechęci wobec anarchistycznego punk rocka.
Można się zżymać na niektóre wywody Paraszczuka, czepiać brzmienia czy kompozycji piosenek, ale nie sposób mu odmówić szczerości i konsekwencji. Najważniejszym walorem punk rocka są wiarygodność i prawda. Paraszczuk ma swoją. In Para Wino veritas. Skoro prezentujące podobne ludyczne treści brytyjskie grupy Toy Dolls czy Peter and the Test Tube Babies uchodzą za klasyków i znajdują uznanie u krajowych koneserów melodyjnego punk rocka, to wypada także docenić Parę, outsidera na outsiderskiej scenie.