Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Hej, drag („Królowa”)

Artykuły /

Ceniony paryski krawiec i drag queen po kilkudziesięciu latach wraca do rodzinnego miasteczka w Polsce, by pomóc dawno niewidzianej córce – oto, jak prezentuje się skrót fabuły mini-serialu Królowa w reżyserii Łukasza Kośmickiego i według pomysłu Árniego Ólafura Ásgeirssona. Algorytmy Netfliksa wyliczyły, że to produkcja 99% w moim guście. Zważywszy na fakt, że główną rolę gra w niej Andrzej Seweryn, za którym przepadam, wyliczenia te wydawały się prawdopodobne. 

Jeden z najbardziej utytułowanych polskich aktorów wciela się w postać Sylwestra Borkowskiego. Przez wiele lat spędzonych na emigracji nie utrzymuje kontaktu z córką, Wiolą (Maria Peszek) i nie ma pojęcia o istnieniu wnuczki, Izy (Julia Chętnicka). Jego rodzinę z wyboru tworzą pies Łajka, najbliższy przyjaciel, choreograf Corentin (Kova Réa) oraz paryska społeczność drag queens. Moment przejścia na podwójną – krawiecką i sceniczną – emeryturę nieoczekiwanie zbiega się w czasie z otrzymaniem listu z Polski. Pomimo początkowych obiekcji, bohater decyduje się wrócić do kraju, by oddać chorej potomkini nerkę. W stylowych walizkach, prócz idealnie skrojonych garniturów, koszul i błyszczących spinek do mankietów, znajdują się również bogato zdobione suknie, drogie kosmetyki, sztuczne piersi i rzęsy, blond peruka – atrybuty Loretty, jego scenicznego wcielenia. 

O ile nawiązanie relacji z eleganckim seniorem nie stanowi dla Izy najmniejszego problemu (przybija z nim nawet żółwika, co byłoby bardziej wiarygodne, gdyby bohaterka miała jakieś dziesięć lat mniej), o tyle Wiola przyjmuje niespodziewane pojawienie się ojca ze znacznie mniejszym entuzjazmem. Z jednej strony – reakcja porzuconej córki wydaje się zrozumiała i prawdopodobna. Z drugiej – jako osoba wychowująca się bez obu dziadków, sama chętnie postąpiłabym jak wnuczka i rzuciłabym się Sewerynowi na szyję, gdybym tylko miała okazję. Sceny obrazujące skrajnie odmienny stosunek dwóch pokoleń kobiet do postaci Sylwestra nierozerwalnie wiążą się z dwoma – pozornie sprzecznymi, w tym przypadku współistniejącymi – trybami odbioru serialu: krytycznym i afektywnym. 

Znaczna część pozytywnych komentarzy dotyczących Królowej wynika z uruchomienia drugiego trybu: nie bez przyczyny oscyluje wokół epitetu „uroczy” i skupia się na odtwórcy głównych ról. Obie postaci portretuje on z jednakową klasą, zaangażowaniem i imponującym wyczuciem – ani razu nie uderza przy tym w karykaturalne tony, charakterystyczne chociażby dla sposobu przedstawienia Charlesa Binga vel Heleny Handbasket z Przyjaciół, drag gwiazdy Viva Las Gaygas (do swoich wyborów z przeszłości z rezerwą odnosi się dziś zarówno grająca tę rolę aktorka Kathleen Turner, jak i współtwórczyni sitcomu, Marta Kauffman). Widoczne na ekranie autentyczność i otwartość aktora dają o sobie znać również przy okazji promowania produkcji – dystansując się od określeń takich jak „tolerancja” i „akceptacja” (ze względu na ich wyższościowy, niekiedy wręcz przemocowy charakter), opowiada się on raczej za ideą współistnienia i postuluje docenienie wszelkiego rodzaju odmienności. Chętnicka, która ma już na koncie mniejsze role w kilku polskich produkcjach, gra przekonująco i generalnie wzbudza sympatię, choć jako dziewczyna z sąsiedztwa, prostoduszna i roztrzepana zarazem, sporo traci na wpisanym w tę rolę przerysowaniu. Właściwie całą obsadę – pierwszy, drugi i trzeci plan – w równej mierze ogranicza format produkcji. Maria Peszek również wypada co najwyżej poprawnie, nie stając w obliczu żadnego większego warsztatowego wyzwania (sceny przedoperacyjnych majaczeń nie da się, niestety, odzobaczyć). Cztery odcinki to o wiele za mało, aby zbudować wiarygodność albo chociaż wydostać się z pułapki jednowymiarowości. 

Obraz zawierający osoba, stojące, kostium, stare

Opis wygenerowany automatycznie
Królowa, fot. mat. prasowe 

Jeśli chodzi o niedoskonałości Królowej, nie będę szczególnie oryginalna, dołączając do chóru głosów wytykających jej serię rażących uproszczeń i stereotypizacji. Skoro bohater grany przez Seweryna od lat mieszka w Paryżu, co oglądamy na ekranie przez kilka minut pierwszego odcinka? Oczywiście wieżę Eiffla i sąsiadujące z nią, instagramowo-pinterestowe kawiarenki. Z kolei w Polsce powitać nas musi rozklekotany PKS, nasprejowany na elewacji homofobiczny napis i, last but not least, dwugwiazdkowy hotel o przewrotnej nazwie Stylowy: z ledwie działającymi, pseudoautomatycznymi drzwiami, restauracją (o równie przewrotnej nazwie Delicja), pracownicy której nie potrafią przygotować jajka na miękko, a zamiast win z najwyższej półki serwują sikacze wypełniające kieliszki po brzegi. Przy tej okazji wspomnieć trzeba postać, każdorazowe pojawienie się której wywołuje wyłącznie poczucie zażenowania i ból kości. Pani Renatka to młoda, nierozgarnięta recepcjonistka; odchudza się sokiem z kapusty, który trzyma w słoiku przy ladzie i pod wpływem którego co rusz korzysta z toalety. Jakby tego było mało, quasi-humorystyczny przekaz wzmocniony zostaje powtarzającymi się sekwencjami ze spuszczaniem wody i poprawianiem przez kobietę spódniczki. Śmieszne, śmiałam się. Panoramę stereotypów uzupełniają: podpity Ziutek jeżdżący psującą się taksówką; podkochujący się w Wioli prostoduszny niedojda – pan Józek, i szpitalna pielęgniarka – pani Halinka. Do kompletu brakuje chyba tylko ławeczki rodem z Rancza i sprzedawczyni z lokalnego spożywczaka – takiej z trwałą, w pstrokatej podomce, pytającej, czy „może być winna grosika”. (Fun fact: lekarka przeprowadzająca wywiad z bohaterem używa najbardziej oczywistego symbolu statusu, czyli Maca; pielęgniarki bez oporu przyjmują wyrazy wdzięczności w banknotach euro, a najpotrzebniejsze rzeczy Sylwestra trzeba przed przyniesieniem do szpitala przepakować do worków na śmieci, z obawy przed ewentualną kradzieżą – oto kolejny trywialny sposób rozgrywania różnic klasowych).

W zbiorowym portrecie małej, doskonale zintegrowanej i sfamiliaryzowanej społeczności niedookreślonego górniczego miasteczka uderzają dwie kwestie. Po pierwsze: język. Serialowi mieszkańcy zapyziałej środkowoeuropejskiej mieściny nie potrafią poprawnie wymówić słowa deluxe i nieporadnie posługują się dzisiejszym lingua franca, czyli angielskim. Logika łopatologicznie rozgrywanych kontrastów wymaga w końcu, aby wyraźnie odróżniali się od przybysza-poligloty. Druga kwestia dotyczy szeroko pojętych strategii reprezentacji. Homofobia w małomiasteczkowym stylu zostaje przedstawiona jako prostoduszna, niemal poczciwa. Źródłem określonego typu reakcji – bardziej niewinnie-naiwnych niż nienawistnych – wydaje się przyzwyczajenie do konserwatywnego modelu życia i rodziny, zakorzenienie w heteronormatywnym porządku, a nie na przykład przesiąknięcie uprzedzeniami i agresywną, nienawistną retoryką polityków, kościoła katolickiego czy prorządowych mediów. Pielęgniarki najpierw dziwią się ogolonej klatce piersiowej Sylwestra (Ojej, a co to tak łyso?), ostatecznie jednak odchodzą zadowolone, bo ubyło im przedoperacyjnych obowiązków; sprzedawca w sklepie alkoholowym, widząc czerwony manicure protagonisty, stwierdza ze zrozumieniem, że on również pozwalał córce ćwiczyć na sobie makijaż (Czego to się nie robi dla dzieci, nie?); kobiece fatałaszki w walizce dziadka Iza uznaje za rzeczy należące do jego potencjalnej ukochanej – zaskakujące wydają jej się jedynie „sztuczne cycki”. 

Za sprawą baśniowo-musicalowo-familijnej poetyki Królowej i aury feel-good movie, wszystkie ewentualne przeszkody da się pokonać w mgnieniu oka. Zmaskulinizowani górnicy zaskakująco szybko akceptują styl bycia przybyłego z Paryża, queerowego, czarnoskórego choreografa, a zgromadzona na charytatywnym koncercie widownia daje się porwać charyzmatycznej Loretcie. Umowne potraktowanie wyzwania, jakim jest poszerzenie horyzontów i wychynięcie ze strefy komfortu sprawia, że procesy te przebiegają błyskawicznie, bez większych przeszkód – właśnie to czyni je tak nieprawdopodobnymi. W rozczarowująco lakonicznej scenie rozmowy Wioli z ojcem, niedługo po jego coming oucie, nikt nie kwapi się, aby wykorzystać okazję i wyjaśnić różnice między „drag queen” i „gejem”. Podobnie jest z przywołaniem tradycyjnego elementu quasi-queerowego imaginarium. Charakterystyczna dla polskiego podwórka logika podwójnych standardów – drag traktowany jako aberracja kontra „chłop przebrany za babę” jako centralna figura kabaretowego repertuaru – nie zostaje w żaden sposób sproblematyzowana, przez co nie skłania do refleksji. Zamiast próby nieco bardziej zniuansowanego podejścia do sprawy otrzymujemy mieszankę światopoglądowych uproszczeń, fabularnych skrótów i moralizatorskich frazesów – jak w scenie, gdy dystyngowany Sylwester poucza jednego z górników słowami: Orientacja seksualna nie jest zaraźliwa, jak twierdzą niektórzy. Może tzw. szeroka publiczność potrzebuje prostych przekazów; rzecz w tym, że odpowiedzialność nierozerwalnie związana z tego rodzaju projektami nie może sprowadzać się do ślizgania się po – sztucznie wygładzonej – powierzchni. 

Obraz zawierający tekst, osoba

Opis wygenerowany automatycznie

Aż się prosi, aby obecny w serialu – UWAGA, SPOILER – wątek nastoletniej ciąży odczytywać w kontekście polityczno-społecznego krajobrazu współczesnej Polski: braku edukacji seksualnej w szkołach, najmniejszego w Europie dostępu do antykoncepcji i ograniczonej dostępności usług ginekologicznych poza dużymi miastami. Sęk w tym, że nawet „tradycyjne” składowe fabuły (nastoletnia miłość, samotne macierzyństwo, rozbita rodzina, katastrofa górnicza jako wspólny dramat całej społeczności) zdają się spełniać rolę poduszek powietrznych; dzięki nim potencjalnie kontrowersyjne treści mogą zaistnieć na ekranie zmarginalizowane i rozbrojone. O przeszłości Sylwestra – jego homoseksualnej relacji z młodości, rozstaniu z żoną, życiu na emigracji – nie dowiadujemy się więc zbyt wiele; równie skromnie opowiada się o codziennym życiu Wioli i Izy. Najbardziej rozczarowuje jednak sposób potraktowania kultury drag, sprowadzonej do rangi cieszącego oko ornamentu i efektownego przerywnika, a nie złożonego fenomenu, przybliżenie którego powinno być – zważywszy na zasięgi Netfliksa i zasoby, jakimi dysponuje – podstawową ambicją twórców. Jeśli próbowali oni znaleźć balans pomiędzy ekstrawagancką estetyką święcącego triumfy, czternastosezonowego już show RuPaul’s Draq Race a utrzymanym w zupełnie innej tonacji, mało znanym i niespecjalnie udanym Sekretem Przemysława Wojcieszka z 2012 roku, zapomnieli, że walory wizualne to nie wszystko. W zachodniej popkulturze drag performansy zyskały już status „rozrywki narodowej” i stały się dochodowym biznesem, atrakcyjnym dla coraz szerszego grona odbiorczego; na portalach internetowych publikowane są nie tylko drag-elementarze, opisujące istotę i genezę tego zjawiska oraz zachodzące w nim na przestrzeni lat zmiany, ale też m.in. listy najbardziej wpływowych gwiazd tej gałęzi show biznesu. Królowa tymczasem zdaje się dryfować w sztucznie wykreowanej próżni (nie wiadomo nawet, czy imię głównego bohatera ma jakikolwiek związek z drag-ikoną lat 80.) 

Jedną skrajność – narracje zamykające drag w szufladce dziwactwa, aberracji czy ogłupiającej „ideologii gender” – zastępuje druga: odrealniona opowieść o równości ponad podziałami i magicznym zanikaniu wszelkich antagonizmów, zwieńczona zmultiplikowanymi happy endami. Najlepiej widać to w dwóch paralelnych scenach: kiedy podczas wieczoru w pubie Sylwester – w białej koszuli, wypastowanych butach i spodniach w kant – niespodziewanie intonuje tradycyjną górniczą pieśń Hej, wiara, najpierw przyłączają się do niego górnicy, a następnie cała reszta zebranych w lokalu osób. Łudząco podobnie, płynnie i bezproblemowo, wspólnota tworzy się podczas show Loretty. Choć wykonywany przez nią utwór – If I Can Turn Back Time – to jeden z evergreenów kampowo wykorzystywanych przez drag queens, w serialu zostaje kulturowo przywłaszczony. To takie Hej, drag, które wszyscy śpiewają równie ochoczo. A przy okazji tańczą, świetnie się bawią i nie mają wątpliwości, że bez wyjątku należą do jednej, wielkiej rodziny. W pewnym momencie relacjonująca wydarzenie – połączone ze zbiórką funduszy dla rodzin tragicznie zmarłych górników – dziennikarka lokalnej stacji ogłasza: Proszę państwa, drag queen pomogły rodzinom polskich górników. Czuję się wtedy śmieszno-strasznie, zupełnie jakbym patrzyła na pasek Wiadomości TVP, bombastycznie opisujący alternatywną rzeczywistość i wytwarzający granice wspólnoty (polscy górnicy i bliżej nieokreślone drag). Jakby nasz kraj rzeczywiście – za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – mógł przeistoczyć się w „wyspę wolności i tolerancji”. Fajnie byłoby dać się nabrać, tylko jakoś trudno zapomnieć, że w maju po raz trzeci zostaliśmy okrzyknięci najbardziej homofobicznym państwem Europy. Owszem, Królowa próbuje coś w tej kwestii zmienić, ale takie hokus-pokus to z pewnością za mało. 

Tekst powstał w ramach projektu „Kultura w akcji 2” współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa
Aleksandra Kumala

(ur. 1995) – kulturoznawczyni, doktorantka UJ, współredaktorka tomu „In(ter)wencje. Analizy kulturoznawcze”. Niegdyś zagorzała fanka Ich Troje i „Zbuntowanego anioła”, obecnie skłania się raczej ku Glenowi Hansardowi i kinu indie (choć sentyment pozostał). Teksty o filmach i literaturze publikuje też na łamach „Dwutygodnika”, „Fabulariów” czy „Przekroju”. Pochodzi z Chrzanowa, mieszka w Krakowie, uwielbia Wrocław. Chipsom nigdy nie odmawia.