Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Granice. VanderMeer, Bouwer i krótkowzroczność

Artykuły /

Prawie codziennie budzę się z twarzą skierowaną w stronę wysokiego okna wychodzącego na ogródek, gęsto porośnięty tak zwanymi chwastami. Tak naprawdę są to rośliny, które wysiałem wczesną wiosną, żeby poigrać trochę z miejskim ekosystemem i elegancką gładkością trawnika sąsiadów. Na niskim parapecie ustawiłem kilkanaście doniczek z popularnymi roślinami – dzika mieszkanka biotopów, klimatów i upodobań. Kiedy rankiem patrzę w stronę okna, wszystko delikatnie się rozmywa. Zmagam się z dość sporą wadą wzroku – minus trzy na każdym oku. Domowy chaotyczny ekosystem zlewa mi się z bezkształtną plamą dzikiego ogródka. Wszystko wydaje się pozbawione konturów, drżące, mętne.

Kiedy biolożka, główna bohaterka pierwszego tomu trylogii Southern Reach, opisuje przekroczenie granicy pilnie strzeżonej zony, stwierdza dość enigmatycznie: (…) rzuciłam ukradkowe spojrzenie przez ramię (…). Nie jestem pewna, co zobaczyłam. To coś było mgliste, miało rozmazane kontury i znajdowało się już daleko za nami – może to była brama, a może tylko przywidzenie. Tym samym wkracza na teren Strefy X; miejsca z pozoru będącego odwetem samej natury. Z czasem ta dziwna przestrzeń okazuje się jednak czymś znacznie więcej. Jest rodzajem istoty nieustannie wymykającej się ludzkiemu poznaniu, odpornej na umieszczanie w narracyjnych strukturach, za to świetnie radzącej sobie z genami, molekułami i wewnętrzną architekturą czegoś na kształt życia. Do powstania Strefy X doszło na skutek jakiegoś wciąż nierozpoznanego Wydarzenia, które miało miejsce wiele lat temu na Zapomnianym Wybrzeżu. Tytułowe Southern Reach to wyspecjalizowana jednostka badawcza, której celem jest zrozumienie i poskromienie zdziczałego terytorium. Instytucja ta wchodzi w skład większego tworu nazywanego Centralą, którego interesy i wpływy zdają się znacznie wykraczać poza kompetencje bohaterów powieści. Funkcjonowanie samej Strefy X wiąże się z trzema obiektami, które po pamiętnym Wydarzeniu znalazły się w obszarze jej wpływów – ze starą latarnią morską i jej zrujnowaną bliźniaczką, wyrastającą ze skalistej wyspy kilka kilometrów od brzegu; a także z anomalią topograficzną, która wydaje się rodzajem otworu prowadzącego do jądra czegoś, co stanowi o funkcjonowaniu i działaniu całego tego krajobrazu. Biolożka wkraczając do zony stara się systematycznie odkrywać specyfikę nietypowego środowiska tak, jak robiła to podczas badań prowadzonych w innych biosferach. Szybko okazuje się jednak, że systemowe rozpoznanie jest w tym przypadku niemożliwe, bo Strefa X nieustannie wymyka się ziemskiej logice i naukowości.

Pomiędzy obszarem „skażenia” a zwyczajnym światem rozpościera się niewidzialna bariera nazywana po prostu granicą. Z tej transparentnej przysłony wyłonił się niegdyś rodzaj przejścia przypominający (…) prostokątną przestrzeń tworzącą u góry łuk, pod którym kłębiło się migotliwe, badawcze białe światło, musujące, roziskrzone. Doświadczenie przekraczania tego połyskującego portalu nie mówi nic o naturze samej granicy – może przypominać spacer prostą drogą lub przeprawę przez kręty, niebezpieczny trakt; może być nieznośnie długie albo bardzo krótkie. Sama demarkacja – wyraźnie podzielona i opisana przestrzeń – jest fundamentem funkcjonowania agencji. Pozwala na życie w zrozumiałym tutaj, podczas gdy pokrętnie definiowane tam pozostaje odgrodzone pilnie strzeżoną linią. Rolę medium pomiędzy Centralą a Strefą X odgrywają kolejne kilkuosobowe ekspedycje, których celem jest zgromadzenie jak największej liczby danych i rozpoznanie terenu, a także uchwycenie jakiegokolwiek aspektu natury tej istoty. Członkinią jednej z takich ekip jest biolożka, której nietypowe usposobienie i niekonwencjonalne metody okazują się kluczowe dla nawiązania relacji z zoną. Trud kolejnych wypraw jest jednak daremny – przyniesione próbki i artefakty dostarczają jedynie kolejnych pytań. Powracający uczestnicy przypominają natomiast żywe trupy, które – zaatakowane przez złośliwy nowotwór – szybko umierają.

Znaczenie granicy wzrasta wraz z wprowadzeniem narracji Kontrolera, głównego bohatera drugiego tomu trylogii. Przybywa on do Southern Reach, żeby przyjrzeć się metodom pracy agencji i wprowadzić modyfikacje, które wyciągną badaczy z poznawczego impasu i pozwolą na odkrycie praw rządzących zoną. Wierząc w bezpieczeństwo, jakie zapewnia ściśle strzeżona i dokładnie kontrolowana granica, Kontroler stara się rozwikłać zagadkę Strefy X, nierozerwalnie splątaną z losami pracowników instytutu. Choć prowadzone przez bohatera śledztwo przynosi pewne korzyści, nie zbliża go nawet o krok do zrozumienia zony. Skupienie na kolejnych mało znaczących aspektach dochodzenia – przedmiotach, zdjęciach i artefaktach, a także rozpoznanie własnego uwikłania w intrygi Centrali i sabotażystów – SPOILER – powoduje, że Kontroler nie dostrzega fasadowej natury granicy. Jak sam później stwierdza z rozżaleniem: (…) pokładanie wiary w takim słowie jak „granica” było błędem, pułapką. Zbyt powolnym rozwikłaniem rozpoznanych za późno nazw. Hermetyczna bariera okazała się nieszczelna, dziurawa, pozorna. Portale, jak dziwne gruczoły, które niezauważalnie wyślizgnęły się poza terytorium Strefy X, wywołały nagłe rozszerzenie terenu „skażenia”. Wbrew pierwotnym założeniom, zona nie jest tworem homogenicznym.

Polifoniczna opowieść zawarta w ostatnim tomie trylogii składa się z zapomnianych historii, fragmentów dzienników i strzępów następujących po sobie relacji. Nie jest to jednak wyjaśnienie, proste rozwikłanie zagadki. Węzeł zawiązany przez VanderMeera okazuje się raczej niezrozumiałym supłem, plączącym ze sobą różne czasowości i przestrzenie. Jak tłumaczy dyrektorka w rozmowie z biolożką:

– Jak wygląda granica?

Dziecinne pytanie. Odpowiedź na nie nic nie znaczy. Oprócz granicy nie ma niczego. Nie ma żadnej granicy. 

„Powiem ci, kiedy do niej dotrę”.

– Co naprawdę się dzieje, kiedy ją przekraczamy?

„Nie to, czego mogłabyś się spodziewać”. 

– Czego nam nie powiedzieliście o Strefie X?

„Niczego, co mogłoby wam pomóc. W zasadzie niczego”. 

Narracja poprowadzona przez VanderMeera nie podsuwa prostych odpowiedzi. Wydaje się, że jakaś prawda o Strefie X – jeśli w ogóle może zaistnieć – nie mieści się w możliwościach, jakie daje język ludzkiego opowiadania. Po przeczytaniu setek stron zostajemy więc z nierozwiązaną zagadką, której towarzyszy poczucie zagubienia nieustannie infekujące spojrzenie czytelnika/czytelniczki na codzienną, pozaliteracką rzeczywistość.

Podobny stan poznawczego niepokoju wprowadza Jaco Bouwer, który w swoim najnowszym filmie opowiada historię pewnego południowoafrykańskiego lasu. Opowieść rozpoczyna się od niewinnej sceny, w której dwójka strażników rezerwatu płynie łodzią przez rzekę otoczoną gęstym buszem, kiedy ich dron ginie wśród chaszczy. W ten sposób bohaterowie filmu Gaia napotykają na mieszkających w rezerwacie mężczyzn, którzy – mimo czyhających na nich na każdym kroku niebezpieczeństw – postanawiają wieść życie z dala od tego, co nazywają cywilizacją. Zagrożenia nie stanowią tu jednak dzikie zwierzęta czy tropikalne bakterie. To rosnące w lesie grzyby infekują ludzki organizm i stopniowo przejmują nad nim kontrolę, pokrywając ciało owocnikami, wypełniając je strzępami i halucynogennymi zarodnikami. W ten sposób powstają agresywne hybrydy złożone z pozbawionego kontroli nosiciela i kolonii stowarzyszonych ze sobą grzybów. Mężczyznom mieszkającym w lesie udaje się przetrwać dzięki pomocy podziemnej istoty nazywanej przez nich Gaią. Ukazane jako gąszcz pulsujących, czerwonych tkanek stworzenie zyskuje wśród osadników status bóstwa. Stanowi ono podstawę dla utopijnej wizji przyszłości, zgodnie z którą świat przechodzi przez rodzaj puryfikacji, by móc na nowo połączyć się z tym, co naturalne, prawdziwe i szczere. Filmowa Gaia stanowi przełożone na język horroru przedstawienie grzybni – plechy, która łączy strzępki milionów organizmów w podziemnej plątaninie. 

Podstawą opowieści zaprezentowanej w najnowszym filmie Bouwera jest hermetyczne terytorium rezerwatu – ostoja naturalnego świata odseparowanego od sztucznego tworzywa cywilizacji. Wspomnianymi osadnikami są natomiast ojciec i syn zamieszkujący skleconą z drewna i gałęzi chatę. Nastolatek, który nigdy nie miał styczności z tym, co na zewnątrz, jest czysty, nieskalany. Dla owładniętego russoistycznym pragnieniem ojca stanowi on nadzieję na nowy początek, wieszczony przez podziemną boginię. Przyglądając się całej historii łatwo zauważyć, że grzyby nie mają żadnego nadrzędnego celu. Nie są wysłannikami domagającej się wendety naturalności. To projekcje ukształtowanych przez konkretną kulturę ludzi, podkręcone wizyjnym działaniem halucynogennych zarodników, lokują niespotykane dotąd praktyki grzybów w narracji o oczyszczeniu stanowiącym odbicie jakieś religijnej prawdy. Podobnej fantazji ulega sam widz, – SPOILER – kiedy w finałowej scenie widzi młodego osadnika konfrontującego się po raz pierwszy ze zurbanizowanym, bijącym jaskrawym światłem krajobrazem wielkiego miasta. 

Lęk przed nadchodzącą katastrofą, przed „oczyszczającą” inwazją grzybów, którymi młody chłopak infekuje zewnętrzny świat, zostaje spotęgowany poprzez widok niedojedzonej, szybko pokrywającej się pleśnią kanapki. Jeśli jednak Gaia jest grzybnią, to podobnie jak ona znajduje się wszędzie – zarówno pod żyzną glebą południowoafrykańskiego lasu, jak i w zanieczyszczonej ziemi przykrytej grubą warstwą betonu Johannesburga czy Kapsztadu. Sztucznie wytyczone granice rezerwatu nie stanowią tu żadnej bariery. Są one kolejnym fantazmatem o jakimś tam, którego tutaj nie może dotknąć. Widać to doskonale, kiedy na teren pozornie szczelnej puszczy wdziera się jaskrawoniebieska foliówka, zaburzając tym samym nieskalaną naturalność i pierwotność krajobrazu. Niechciany przedmiot, zauważony przez wędrujących osadników, zostaje natychmiast przechwycony i ukryty. Imaginarium, w ramach którego istnieje oaza niezmąconej naturalności, udaje się utrzymać.

W obu opowieściach – tak w trylogii VanderMeera, jak i w filmie Bouwera – wyrażona zostaje podobna wątpliwość. Czy granica jest czymś z definicji nieszczelnym; czymś co przepuszcza niechciane cząsteczki infekując to, co na zewnątrz, czy może jest wyłącznie pewnym złudzeniem, jakąś percepcyjną koleiną, w którą wpada umysł, kiedy zderza się z ogromem bodźców i własną niespójnością? Granica – ostry kontur, wyraźny obrys – pozwala ocenić czym jest dany obiekt, co się w nim zawiera, a co go już nie dotyczy. Jest to rodzaj estetycznego efektu, jakiegoś nałożonego na rzeczywistość filtra, jakiejś narzuconej na rzeczy siatki. Projekcja granic powoduje, że świat przestaje przypominać płynny konglomerat; środowisko, w którym różne porządki, różne obiekty i płaszczyzny wpływają na siebie wzajemnie, częściowo niezależnie od chęci, pragnień czy działań poszczególnych bytów. Praktyka demarkacji zdaje się dostarczać przekonania o spójności tego, co wewnątrz obrysu oraz komfortowej wiary w szczelność wyraźnie obramowanego układu. To sam fundament fantazji, że oprócz tutaj, jest też jakieś tam.

Kiedy o poranku udaje mi się powoli zsunąć z łóżka i dowlec do łazienki, niezdarnym ruchem przyklejam sobie soczewki do spojówek. Po chwili świat przed moimi oczami przechodzi transformację. Mój kontur w lustrze nie rozpływa się już w geometrycznych wzorach na płytkach. Palce nie rozmywają się w ciepłym świetle niezbyt ekologicznej żarówki. Kiedy wracam do sypialni, żeby sprawdzić stan roślinnej menażerii, widzę dokładnie, gdzie kończą się gałązki drobnolistnego fikusa, a gdzie wyrasta kwiatostan babki lancetowatej bądź wybujały liść mniszka lekarskiego. Trudniej mi wówczas dostrzec, co łączy mnie, tych kilka sukulentów z parapetu, mikoryzę z dna terakotowej doniczki, sunącego po elewacji wstężyka gajowego i wróbla, który spogląda na mnie badawczo, kiedy tak gapię się w przestrzeń.

Gaia, reż. Jaco Bouwer, RPA 2021.

Jeff VanderMeer, Unicestwienie, tłum. Anna Gralak, Wydawnictwo Otwarte 2014.

–, Ujarzmienie, tłum. Anna Gralak, Wydawnictwo Otwarte 2014.

–, Ukojenie, tłum. Anna Gralak, Wydawnictwo Otwarte 2015. 

Filip Ryba

Filip Ryba (ur. 1996) – na co dzień student w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, w przerwach podróżnik amator. Lubi łączyć perspektywę ponowoczesną z bliskowschodnią codziennością. Ma słabość do sukulentów, francuskiego poststrukturalizmu i powieści Orhana Pamuka.