Jeśli czekaliście na taki zespół jak Faraway przez całą młodość, to właśnie się doczekaliście, ale najpewniej, gdy ta się ulotniła. A jeśli nie czekaliście, to serdecznie współczuję, bo nie mieliście, do czego tęsknić. Niedawno młody skład z Warszawy wydał drugą płytę Radio Orient. Pomyślałem, że to dobra okazja, by się z nią publicznie zmierzyć, a przy okazji koncertu w krakowskim klubie Re poprosić muzyków o kilka komentarzy.
Moją egzaltację zrozumieją najlepiej rówieśne mi słuchaczki i słuchacze, mający niefart urodzić się w jałowym muzycznie pokoleniu X. Kiedy większość z nas zadowalała się krótkotrwałą eksplozją grunge’u lub konfekcyjnym pop punkiem, bardziej wtajemniczeni tęsknie wzdychali do lat 80. Zdawało się, że w polskiej muzyce wszystko co dobre wydarzyło się w czasach, których nie mogliśmy pamiętać, a nam pozostanie tylko nadrabianie zaległości. W ostatniej dekadzie PRL wybuchła zainspirowana punkiem i nową falą rewolucja. A choć realia dogorywającego opresyjnego państwa utrudniały życie twórcom i słuchaczom, to paradoksalnie sprzyjały kreatywności oraz poszukiwaniu własnego stylu. Przez żelazną kurtynę przeciekało akurat tyle nowości, by dać impuls młodzieży z demoludów, ale nie tyle, by mogli po prostu grać dokładnie to samo, co było modne na Zachodzie. Luki w dostępie do muzyki i (zwłaszcza) studiów nagraniowych czy sprzętu trzeba było nadrabiać własną inwencją.
Stąd „słowiański punk” miał w sobie fascynującą brutalność Siekiery lub purnonsens Śmierci Klinicznej, nadwiślańskie reggae szlachetną „pastuszkową” naiwność, a post punk Brygady Kryzys, na pierwszy rzut ucha kojarzący się z Killing Joke, odróżnił się od brytyjskiego odpowiednika osadzeniem w lękach i przygnębieniu związanych ze stanem wojennym
Po zmianie systemu zniknęły polityczne i sprzętowe problemy. A krajowa muzyka niezależna straciła odrębność, specyficzną rzewność i surowość, endemiczne, choć formalnie niedoskonałe brzmienia.
A jak to się ma do grupy Faraway i tęsknot tych, którzy spóźnili się na punkową rewolucję? Otóż młoda warszawska grupa uchwyciła to, co w krajowym undergroundzie najciekawsze. Nad ich muzyką, rozpiętą pomiędzy dubem, post punkiem a psychodelią unosi się duch Roberta Brylewskiego, ojca polskiego niezalu oraz twórcy jego najciekawszych brzmień. Dlaczego dwudziestolatkowie urodzeni kilka muzycznych epok później postanowili penetrować estetyki, które stworzył kompozytor z pokolenia ich dziadków? Jurek, obsługujący klawisze i perkusjonalia tłumaczy: Dla nas to żywa muzyka. To jest ponadczasowe i my nawet 40 lat później znajdujemy w niej coś dla siebie. Myślę, że słychać u nas echo Brygady Kryzys, Izraela, Falarek Bandu i chyba najbardziej The Users. Ale naszym celem nie jest tworzenie skansenu – zastrzega. – Chodzi o stworzenie własnej wartości. Saksofonista Piotr dodaje: Nie tylko w muzyce można znaleźć wspólne elementy. Sądzę, że w pewnych kwestiach nasze czasy są podobne do tych, w których zaczynał Brylewski.
Trzeba dodać, że Faraway nie mieści się w modnej od kilku sezonów formule grania „post post punka” polegającej na wykorzystywaniu najbardziej wyświechtanych gatunkowych klisz: dudniących basów, rachitycznych gitar i smętnego wokalu. Jeśliby próbować przymierzyć ich styl, opisywany przez zespół jako „hummus wave”, do postpunkowych kategorii, to pokrewieństwa można znaleźć raczej u tych mniej popularnych u nas wykonawców, którzy sięgali po dub, muzykę świata i transowość. Zespół zareagował życzliwie (choć z dystansem) na recytowany przeze mnie ciąg skojarzeń: Essential Logic, Lizzy Mercier Descloux, Bush Tetras, The Slits. Stopniowo uzupełniają tę listę o kolejne punkty odniesienia. Jurek: Lubimy też różne udziwnione nowojorskie klimaty. Piotrek, Bruno (basista) i ja jesteśmy wielkimi fanami jazzu. Najważniejsze jest osłuchanie i świadomość tego, co się chce powiedzieć. To ważniejsze niż na przykład znajomość koła kwintowego. Blisko nam do takich postaci jak Tomek Świtalski, który jest specjalistą od improwizacji. On ma świadomość tego, co chce powiedzieć i nie musi podpierać się teorią. Mam wrażenie, że my działamy właśnie w ten sposób. Bez koła kwintowego, choć Bruno dysponuje klasycznym wykształceniem i ma dyplom z kontrabasu. Ważne są dla nas też dub i reggae, ale w odróżnieniu od ich twórców, gramy muzykę dla ludzi z miast. Bierzemy tamten sposób opowiadania i przekładamy na swoje.
Radio Orient przypomina zafiksowanym na Joy Division i ich klonach smutasom, że post punk ma wiele barw, może być oniryczny, na swój sposób radosny, frenetyczny. Podobne wrażenie robią teksty. Na płycie znalazły się plastyczne wizje (Pusta wanna), teksty wyrażające nostalgię i lęki (Periodyk, Alarm jest Bogiem), a utworowi Zakrętka towarzyszy opowieść o miłości… słoika z flaczkami i pokrywki. Bliżej im do purnonsensu Klausa Mitffocha niż do hardcore punkowych manifestów Dezertera. Cały punk to było mówienie wprost, więc my wybieramy taki język, żeby opowiedzieć o tym, co nas boli, w mniej oczywisty sposób – komentuje Jurek. – To śnienie na temat innej rzeczywistości. Jeśli ktoś się w niej odnajdzie, to dobrze. A jeśli ktoś zobaczy w naszych tekstach kompletny nonsens, to też dobrze, bo i o to nam chodzi. O wysłanie człowieka w podróż do dalekiej krainy. Bruno dopowiada: – Nie chcę mówić odbiorcom, co mają czuć, raczej dawać jakiś impuls, żeby mogli sobie wybrać z tego to, czego potrzebują.
W części utworów śpiewa po ukraińsku wokalistka i gitarzystka Sasha. Największe wrażenie robi enigmatyczny Asfalt: Chodziłam sobie po surowym asfalcie (…) Zgubiłam, zgubiłam siebie – już nie widzę asfaltu (…) W walcu z niebem, niczym we śnie, znikając w pustce, stałam się wszystkim. Może się kojarzyć z podróżą do dzieciństwa, opowieścią o życiowym przełomie albo spacerem po postindustrialnym ogrodzie. Zapytałem Sashę, czy asfalt można uznać za współczesną łąkę: To trochę strefa komfortu, ale też coś, co oddziela od ziemi. A kiedy się go zgubi, nawet razem ze sobą, to ujawnia się nowy potencjał – komentuje. Z kolei tytuł Habibi Funk kojarzy się z wytwórnią publikującą reedycje orientalnych nagrań. Ale kryjąca się pod nim piosenka jest arcysłowiańska. Sasha tłumaczy czym jest журба (żurba): To połączenie smutku i tęsknoty. To folkowa piosenka o dziewczynie, która chodzi nad wodą i chce uciec przed tym uczuciem – mówi. – Z kolei 37° dotyczy początków mojej emigracji, kiedy jak większość migrantów pracowałam w fabryce. Byłam wtedy bardzo zagubiona i zdesperowana, bo o moich ruchach i ich tempie decydowała maszyna. Dzień po dniu słuchałam ich rytmu i któregoś razu, w stanie lekkiej gorączki, zaczęłam sobie nawijać tekst pod nosem, a potem go zapisałam. To był ciężki dla mnie czas. Znalazłam się sama, w obcym kraju, dopiero weszłam w dorosłość. No ale zaczęłam sublimować to, co mnie otaczało i ten tekst jest właśnie o tym.
Sasha wnosi w piosenki Faraway folkowe interpretacje: Nie wiem czy można je przypisać do muzyki ludowej z konkretnego regionu. Sama je sobie dobieram i wydobywam, tak jak dawniej robiły to wiejskie babuszki. Przez jakiś czas chodziłam na kurs tradycyjnego śpiewu, ale tam było dla mnie za dużo reguł.
Nie przepadają za regułami także w czasie nagrań. Jurek: Zawsze nagrywamy na setkę, nie jesteśmy zwolennikami metronomów. Raczej płyniemy wspólnym kursem. Nie chcemy mechanizować naszego ducha. Podobnie wygląda komponowanie. Piotr mówi: Ktoś z nas wrzuca temat, reszta dołącza i gramy go przez 10–15 minut. Jeśli po tym czasie każde z nas znajdzie miejsce dla siebie, to zaczynamy z tego rzeźbić utwór.
Faraway skutecznie wyskakuje z kolein, w których buksowała polska scena okołopunkowa. Ich muzyka może spodobać się zarówno fanom punk rocka czy reggae, jak i yassowych szaleństw z lat 90. Ale mnie prześladuje inny aspekt ich fenomenu. Publiczność grupy to w niemal równych proporcjach ludzie bardzo młodzi, czterdziestolatkowie, którzy tęsknią za czasami, w których powstawała ich ulubiona muzyka, oraz starsi, którzy mieli szansę się na nią załapać. O to, jak to jest mieć fanów w wieku własnych dziadków, pytam śpiewającego perkusistę Ignacego: Jesteśmy równocześnie dziadkami i malutkimi dziećmi, czyli w pewnym sensie uśrednioną wersją własnej publiczności – żartuje.
Być może Radio Orient to powrót z dalekiej podróży, o której wspominał Jurek. Bo po kilkudziesięciu latach historii polskiego post punka i okolic powstał album, który przypomina o jego początkach bez popadania w rekonstrukcję historyczną. Nie pasuje do gatunkowych szufladek, choć wielu odbiorcom otwiera ich ulubione.