Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Dyskretny urok mesjasza (Wit Szostak, „Cudze słowa”)

07 grudnia 2020

Recenzje /

Wit Szostak należy do pisarzy, którzy ani nie zalewają czytelników i czytelniczek nadmiarem tekstów (chociaż ci z pewnością by sobie tego życzyli), ani nie zasypiają gruszek w popiele, każąc czekać na kolejną opowieść zbyt długo. Niemal każdy rok przynosi ze sobą „nowego Szostaka”: w latach 2003–2005 ukazywały się kolejne części cyklu o Smoczogórach, później trylogia krakowska (Chochoły, Dumanowski i nominowana do Nike Fuga) skradła sezony 2010–2012. W międzyczasie pojawiły się Oberki do końca świata, a od 2014 znów niemal co rok, to prorok: Sto dni bez słońca, Wróżenie z wnętrzności, Zagroda zębów, Poniewczasie. I wreszcie Cudze słowa, których pisanie Szostak, jak sam zaznacza na końcu książki, rozpoczął cztery lata przed jej publikacją.

To znaczące domknięcie może sugerować, że mamy do czynienia z książką szczególną, gromadzącą wyjątkowe doświadczenia bądź artystycznie dla autora przełomową, a w każdym razie traktowaną ze szczególną powagą. I byłoby w tym przeczuciu sporo prawdy. Cudze słowa są zdecydowanie jedną z „najcięższych” pozycji w dorobku autora Stu dni bez słońca, który przyzwyczaił odbiorców do przeplatania gravitas z lekkimi tonami, a momentów refleksji z epizodami podszytymi humorem i ironią. Nie ma też zasadniczo w najnowszej powieści elementów fantastycznych, choć (o czym więcej za chwilę) jest ona głęboko przesycona mitotwórczą pasją Szostaka. Nawiasem mówiąc, warto pod tym względem porównać Cudze słowa z Baśnią o wężowym sercu Radka Raka – z tego samego wydawnictwa Powergraph – w której z kolei króluje żywioł fantastyczny, a podciąganie Wtórego słowa o Jakóbie Szeli pod kategorię oględnie rozumianego mitu w ramach promocji wydawniczej czy laudacji prof. Pawła Próchniaka po przyznaniu książce Nagrody Nike nie jest zbyt szczęśliwym zabiegiem. Ale to temat na inną dyskusję, zatem z powrotem do tekstu.

Cudze słowa są rozpisaną na wiele głosy symfonią jednostkowych opowieści (w każdym podrozdziale wypowiada się inna osoba), zbiegających się w centralnym „wydarzeniu”. Właśnie jako wydarzenie można jednym słowem określić zarówno osobę, jak i życie Benedykta (występującego w książce pod bardzo różnymi określeniami, oddającymi perspektywę narratora/narratorki), bohatera nieobecnego głosem, a więc zawsze opisywanego tylko przez innych, oraz ewolucję Isoli, stworzonej przez niego śródziemnomorskiej restauracji na krakowskich Plantach. Odbywające się w niej co jakiś czas kuchenne rewolucje wydają się coraz wyrazistszymi emanacjami duchowej idei Benedykta (niemniej zakorzenionej w świecie maris nostri). Isola, początkowo klasyczna i rygorystycznie dbająca o jakość restauracja, przyjmuje styl domowej kuchni. Z czasem rezygnuje z klasycznie rozumianej sprzedaży, staje się miejscem otwartym na potrzebujących, by pod koniec funkcjonować jako wspólnota oparta na duchowej więzi, spotykająca się w ascetycznych warunkach. Ostatecznie, wraz z osiągnięciem ostatniego stadium, idea Isoli wyczerpuje się, a sam Benedykt dochodzi do egzystencjalnego ślepego zaułka.

Pozostają opowieści, poszlaki, domysły i świadectwa. Głos zabierają m.in. współzakładająca restaurację Weronika, przenikliwa filozofka Magdalena, poznany w trakcie studiów Szymon, dawny przyjaciel z dzieciństwa Jakub czy Józef, ojciec bohatera, borykający się z piętnem „dezercji” ze stanu duchownego. W opowiadaniach siedmiorga osób Benedykt przyjmuje rolę trochę autora totalnego, kochanka, religijnego przywódcy, wyalienowanego filozofa, anarchisty, podróżnika, szefa kuchni i – last but not least – mesjasza:

Mówiłem mu na «ty», tak chciał; myślałem o nim: «On». Nie potrafiłem używać jego imienia. Kiedyś nieśmiało nazwałem go Mistrzem, lecz zganił mnie i zagroził rozstaniem. Jaki był? Wymykał się słowom i ludziom. Zawsze obok, na marginesie świata, ale wszyscy wiedzieli, że właśnie stamtąd, zza horyzontu świeci światło. (…) Stał się cichym bogiem. A ja zostałem z nim do końca

– tak zaświadcza o nim Jan. I chyba w kontekście takich przykładów nie sposób już uciekać od omówienia rzucającej się w oczy ewangelicznej stylizacji powieści. Cudze słowa nawiązują do niej na każdym kroku, o czym świadczą między innymi znane z Nowego Testamentu imiona, rozpisanie opowieści na wiele głosów (brak wśród nich autonomicznego głosu głównego bohatera traktowanego najczęściej ze świątobliwą rewerencją), mesjańska kreacja Benedykta i zdarzenia układające się w dramat o odkupieniu i winie.

Czy ten śródziemnomorski klimat służy powieści? Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale prosta. Od razu zastrzegam, że Cudze słowa wciągają na długo i należą do tych książek, z którymi podejmuje się dyskusję ze względu na ich złożoność oraz urodzaj sensów. Biblijna stylizacja nadaje postaciom wyrazistości i pewnej schematyczności. Z jednej strony mają one odsyłać do jednostkowych życiorysów, a z drugiej – do pewnych typów, przy tym Szostak potrafi tchnąć w nie życie i nadać im egzystencjalną głębię. To napięcie oddaje już tytułowa metafora „cudzych słów”, z jednej strony odsyłająca do wciąż żywego w kulturze Zachodu religijnego konfliktu między apokryfem a autentycznym przekazem, zaś z drugiej strony opisująca osobisty problem możliwości wypowiedzenia się i bycia zrozumianym. Łącząc tak ściśle indywidualne biografie z mitologicznym uniwersalizmem, autor Fugi okazuje się kontynuatorem egzystencjalistycznych filozofów-literatów, chętnie konwertujących (zwłaszcza przez zaprzeczenie) chrześcijańską mitologię na dramat jednostkowego istnienia zanurzonego w historycznym tu i teraz. Jeśli weźmie się pod uwagę podwójną, pisarsko-akademicką kreację autora i jego dorobek, a także obfite filozoficzne nawiązania w samej powieści, zwłaszcza do Heideggera i Derridy, to zaliczenie tekstu do tego egzystencjalistycznego nurtu wyda się całkiem zasadne.

Nie znaczy to jednak, że jest to literatura przeintelektualizowana. Cudze słowa na tyle dyskretnie wplatają w życiowe dramaty filozoficzne kontrapunkty, że zachowują intrygującą „krwistość” tych pierwszych, pozwalając rozwinąć się emocjom, przeżyciom i wspomnieniom. Dotyczy to zresztą całego świata powieści, którego materialność nie należy może do najintensywniejszych w literaturze, ale prezentuje całkiem uchwytnie rzeczywistość PRL, relacje akademickie czy piekło szkoły i rodziny (ten ostatni wątek, prezentujący wspólną przeszłość Jakuba i Benedykta, jest jednym z najciekawszych i najbardziej dopracowanych). Subtelnie zarysowana duchologia pozostaje jedną z ciekawszych warstw całej opowieści, zwłaszcza jeśli chodzi o detale związane z Krakowem, których u Szostaka tradycyjnie jest niemało. A przy tym im bliżej akademickich okolic i sytuacji, im bardziej tekst zagłębia się w relacje mistrzowsko–uczniowskie, tym mocniej pobrzmiewa również charakterystyczny, podszyty ironią styl autora Chochołów. I szkoda, że nie ma go w tej powieści więcej.

Moje wątpliwości budzi inna strona oddziaływania wspomnianej już ewangelicznej ramy. Korzystając z niej tak chętnie, Szostak wchodzi w koleinę, z której ciężko się wydostać. Rozpięcie opowieści na stelażu chrześcijańskiego mitu sprawia, że otrzymujemy nie tak znowu złożoną wariację na temat cudownego chłopca o niejasnym pochodzeniu i przeznaczeniu, który w człowieczą nędzę tchnął nieco niezwykłości, zostawiając za sobą grono wiernych uczniów i uczennic. Im bliżej końca oraz im szerszym spojrzeniem można ogarnąć opowiadane historie, tym bardziej archetyp usidla bohaterów na określonych z góry pozycjach. Szczególnie dotkliwie przejawia się to w losach bohaterek. Czytając opowiadane przez nie podrozdziały, miałem wrażenie, że do w miarę tradycyjnych ról narzucanych im przez mit próbuje się przyłatać elementy świadczące o ich samodzielności – podczas gdy koniec końców i tak pozostają głównie kochankami i żałobniczkami po Benedykcie, rozpamiętującymi opuszczenie/porzucenie. W ten sposób czterej ewangeliści, wespół z Weiserem Dawidkiem i Jean-Paulem Sartre’em (jako autorem Świętego Geneta), tłamszą w zalążku pomysły, które mogłyby tę prastarą i mocno eksploatowaną również w polskiej literaturze sztancę przetworzyć i ożywić. Jako kontrprzykład można przywołać Fale Virginii Woolf, które korzystają z podobnej elegijnej struktury (sześć postaci opowiada o siódmej, Percivalu, obecnym tylko w ich strumieniu świadomości). Tekst Woolf potrafi jednak na tyle skutecznie zdystansować się od chrześcijańskiego mitu, by go zdekonstruować i uniknąć ciążenia ku pułapce opozycji winy i odkupienia.

Pisarstwo Szostaka wielokrotnie już takie bariery skutecznie pokonywało i czytając teksty tego znakomitego mitografa, szukam przede wszystkim momentów, w których archetypiczne schematy przełamuje i ogrywa. Tym, co w Cudzych słowach przemawia najmocniej, są życiorysy i wydarzenia idące na przekór mesjańskiej logice i zagarniającemu sens religijnemu żywiołowi. Jak na przykład wspomnienia ojca, snującego elegijny monolog o relacji z synem i losie eksduchownego, czy wyznania Magdaleny, które zbliżają się do prozy poetyckiej (w tych fragmentach pobrzmiewa echo filozoficznej eseistyki Jolanty Brach-Czainy):

Marynatę wcierasz opuszkami palców, wolno, masując uległe mięso. Oliwa i przyprawy wnikają w szczeliny. Bywa ostro i gorzko, ale zawsze puszczają soki. Podziemna woń korzeni. Są ziarna i strzępy kory. Mięso blednie, skropione sokami z cytrusów. Potem jest chłód, czasem pieczenie

Cudze słowa odczytuję zatem jako zmierzenie się z mitycznym wzorcem, który ciąży nad kulturą Zachodu, a literatura polska nie jest od tej archetypicznej reguły wyjątkiem. Plan powiódł się przewrotnie – słowo stało się ciałem, zamieszkało między nami w postaci całkiem udanej książki i jest żywym pomnikiem tego, jak wielkie opowieści zagarniają osobiste głosy, ślady, zapiski. A najciekawsze w Szostakowym mitopisaniu wciąż pozostaje to, co dzieje się poza tymi uświęconymi szlakami.

Wit Szostak

Cudze słowa

Powergraph 2020

Projekt „Kultura w akcji” jest współfinansowany ze środków Miasta Krakowa.

www.krakow.pl

www.ngo.pl

Michał Koza

(ur. 1987) – literaturoznawca, krytyk i poeta. Adiunkt w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ.