Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Dyferencjał, parateksty, perypetie | W. Orliński „Lem w PRL” [LEM: REWIZYTA]

Recenzje /

Lem w PRL Wojciecha Orlińskiego to jeden z wydawniczych przyczynków do wielkiej, „narodowej” lektury dzieł najwybitniejszego polskiego twórcy literatury science fiction. Zorganizowano je z okazji stulecia urodzin pisarza, nie szczędząc sił na przedsięwzięcia edytorskie i popularyzatorskie. Orlińskiemu udało się atrakcyjnie uzupełnić program o autorskie opracowanie listów Lema. Mimo tego sukcesu, Lem w PRL budzi pewne wątpliwości i często nie przekracza przyczynkarskich ram. 

Orliński jest doświadczonym i zasłużonym lemologiem. Opublikował leksykon Co to są sepulki? Wszystko o Lemie (2007) i biografię Lem. Życie nie z tej ziemi (2017). Jest też scenarzystą filmu dokumentalnego Borysa Lankosza Autor Solaris z 2016 r. O ile w literaturoznawczej lemologii prym wiedzie Jerzy Jarzębski, o tyle dokonania Orlińskiego przybliżają ją szerszemu gronu czytelników i mieszcząc się w kategorii publicystyki literackiej, dotykają spraw, które wymykają się akademikom. 

Podobnie jest w przypadku najnowszej książki Orlińskiego. To plon autorskiego odczytania korespondencji Lema, stworzony bez zamiaru konkurowania z innymi wydaniami, choćby zbiorami listów wymienianych z Ewą Lipską, Michaelem Kandlem czy Sławomirem Mrożkiem*. I ten autorski wybór należy uznać za udany, choć jednocześnie ryzykowny. Orliński przykroił go do czterech rozdziałów, w których ukazuje perypetie autora Solaris z wydawnictwami, światem filmu, motoryzacją, budowaniem domu oraz licznymi uciążliwościami codziennego funkcjonowania w nieudanym wariancie socjalizmu. Nad tymi listami unosi się groza biurokratycznego absurdu, w którym obywatel (nawet tak zasłużony i publicznie doceniany jak Lem) znajduje się w pozycji wiecznego petenta. Osobny – chyba najciekawszy w całym tomie – rozdział poświęcił Orliński relacjom swojego bohatera z władzami, środowiskiem literackim i urzędnikami różnych szczebli. 

Na liście adresatów rozmaite urzędowe instancje sąsiadują z nazwiskami redaktorek i pisarzy. Do tej pierwszej grupy Lem zwraca się rzeczowo, z pozwalającym zachować godność osobistą dystansem. Ludzie kultury otrzymywali od niego majstersztyki sztuki epistolarnej, pełne erudycyjnych odniesień, niedopowiedzianych aluzji, błyskotliwych, sarkastycznych żartów. 

Co wynika z lektury tej korespondencji, opatrzonej drobiazgowymi objaśnieniami Orlińskiego i jego publicystycznymi komentarzami? Lemowi w PRL-u doskwierały zarówno siermiężne warunki życia będące udziałem większości współobywateli oraz  –  o ironio – jego literacka wielkość oraz międzynarodowy sukces, które sprawiały, że nie mieścił się w ustrojowych ramach. Sprawy ekranizacji grzęzły w zawiłościach formalnych. Pisarz nie miał większego wpływu na losy swoich dzieł. Prace nad adaptacjami dokonywały się w kilku przypadkach de facto bez jego udziału. Niemałe (zwłaszcza jak na warunki demoludów) pieniądze zarobione na prawach do tłumaczeń trudno było wydać, bo łakome na dewizy władze piętrzyły trudności. Kiedy już udało się kupić wymarzony samochód, to zwykle okazywał się bublem. Wartburg w wersji luksusowej był zbyt dobry, by dało się go naprawić. Drugim udało się bezawaryjnie dojechać z Warszawy ledwie pod Grójec. Gdy na pomoc pisarzowi ruszyli pracownicy tamtejszej spółdzielni, zepsuła się furgonetka, która miała holować jego samochód. A kiedy już udało się kupić za dewizy upragnionego mercedesa, okazało się, że serwisować go można tylko w jednym stołecznym zakładzie. Każdy z tych zakupów obarczony był dodatkowo żmudną papierologią oraz słaniem listów do wysokich instancji. Czy potrafią Państwo sobie coś takiego dziś wyobrazić: że musicie napisać list do premiera z prośbą o zgodę na zakup samochodu? – pyta retorycznie Orliński.

Najbardziej horrendalne rzeczy działy się jednak w sprawach ściśle zawodowych. Kolejni wydawcy przetrzymywali tytuły, nabierali wody w usta lub (na początku kariery) traktowali pisarza jak uciążliwego petenta. Gdy po różnych perypetiach udało się znaleźć spokojną przystań w Wydawnictwie Literackim, na atmosferze współpracy zaciążyły skandale związane z serią „Stanisław Lem poleca”, ambitnym założeniem przybliżającym czytelniczkom i czytelnikom najwybitniejsze dzieła światowej fantastyki w osobistym wyborze i z posłowiami krajowego mistrza gatunku. Philip K. Dick, zobaczywszy skromne wynagrodzenie, oskarżył niewinnego polskiego kolegę o matactwa. Czarnoksiężnik z Archipelagu Ursuli K. Le Guin nie ukazał się, bo tłumaczenia dokonał niemiły reżimowi Stanisław Barańczak. Podobnie było z edycją Pikniku na skraju drogi Arkadija i Borisa Strugackich. Tłumaczka Irena Lewandowska „zawiniła” podpisaniem wraz z Barańczakiem listu przeciwko zmianom w konstytucji PRL. 

Ówczesny reżim opierał się nie tylko na twardym, realnym prześladowaniu dysydentów, ale też na osobliwej „kulturze hipokryzji”, przemilczania, udawania, że sprawy idą swoim naturalnym torem. Te punkty systemu działały jak czarne dziury, które pochłaniały rozmaite cenne inicjatywy. Ostatecznością, której chciałbym uniknąć, byłoby zamieszczanie przeze mnie jakichś wyjaśnień w prasie literackiej, wyjaśnień przedstawiających to, co robić chciałem, ale czego zrobić nie jestem w stanie. […] Z góry jednak wyjaśniam, że nie mogą mi już wystarczyć życzliwe uspokajające zapewnienia, iż jakoś to w końcu z tym będzie – pisał rozgoryczony Lem do WL. Orliński dodaje do tego uwagę, że nawet Andrzej Kurz, ówczesny dyrektor wydawnictwa, mógł mieć w tej sprawie ograniczone pole manewru. PRL, która oficjalnie hołubiła wybitnego pisarza i filozofa, chętnie ukazując go jako dowód na sukces kraju, w rzeczywistości marnotrawiła jego energię, czas oraz pozycję, którą uzyskał na międzynarodowej scenie literackiej. Lem usiłował z niej skorzystać, by przysłużyć się krajowemu życiu kulturalnemu. Bezskutecznie. Pomimo licznych wysiłków, nie udało mu się nawet ufundować za własne zagraniczne honoraria stypendium dla tłumaczy.

Z komentarzy Orlińskiego wspartych licznymi odniesieniami do źródeł wyłania się obraz Lema jako pisarza „zbyt dobrego jak na PRL”. Trudno się nie zgodzić. Oto jeden z najbłyskotliwszych umysłów XX wieku musi tłumaczyć się z zawiłości naukowej podbudowy swoich książek (w latach stalinowskich), marnotrawić czas na urzędową korespondencję a nawet pilnować jakości aluminiowych przewodów w Wartburgu (wadliwy oryginał należało wymienić na lepszy stop, a przed każdym przeglądem wymontować, by nie połasił się nań mechanik). A nawet bronić przed urzędowym zajęciem mebli z powodu nieuregulowanej opłaty za nieżyjącego psa (!). Orliński konsekwentnie wspomina o większych i mniejszych kłopotach swojego bohatera oraz broni jego dorobku i biografii przed oskarżeniami o nadmierną skłonność do kompromisów. 

Lem w PRL to nie drobiazgowe, wyczerpujące opracowanie korespondencji, lecz autorski wybór, który za pomocą lekkich, felietonowych z ducha komentarzy pozwala przyjrzeć się różnym aspektom życia jednego z najwybitniejszych polskich prozaików. Ale w miarę lektury ten publicystyczny ton wywołuje pewien opór. Orliński raz po raz gromi porządki panujące w powojennej Polsce. Z reguły słusznie, ale w czasach, gdy pomstowanie na PRL stało się narodowym sportem, warto było wyrzekać mniej donośnie. Dokumenty w wielu wypadkach mówią same za siebie. Ten naddatkowy krytycyzm razi szczególnie mocno, gdy posługuje się nim autor dysponujący lekkim piórem oraz zdroworozsądkowym dystansem wobec obecnego ustroju, przecież też niewolnego od mankamentów. Z kolei wspominając o dobrej opinii, jaką miał Lem o reżyserze Marku Piestraku, jako jednym z nielicznych ekranizatorów swojej twórczości, warto było zrewidować obiegową opinię o nim jako twórcy filmowych kuriozów. Od pewnego czasu trwa przecież rehabilitacja jego twórczości* i zamiast pisać, że: raczej nie trafiłby do zestawienia typu „10 najwybitniejszych polskich filmowców”. W pierwszej setce też zresztą mogłoby zabraknąć dla niego miejsca warto byłoby uznać jego starania zakończone niezłą ekranizacją Testu pilota Pirxa z 1978 r., a być może nawet dostrzec w nim wizjonera podobnego Lemowi – próbującego przekuć rozmach kultury Zachodu na rodzime możliwości.

Największą wadą Lema w PRL jest jednak przyczynkowy charakter. Pomimo obszernego wyboru z listów i obfitych komentarzy, czuć niedosyt. Zamiast jednego kilkusetstronicowego opracowania powinna ukazać się cała seria, tak by każdy z rozdziałów stanowił osobny tom. Taka publikacja byłaby co prawda mniej strawna dla większości odbiorców, za to satysfakcjonowałaby tych naprawdę oddanych. A przede wszystkim dawałaby więcej przestrzeni na komentarz i mogłaby stać się niezwykle cennym źródłem dla bardziej zaawansowanych czytelników. 

Zaproponowany przez Orlińskiego zestaw zagadnień robi wrażenie. Sądzę, że może być atrakcyjny nawet dla tych, których nieszczególnie interesuje biografia i twórczość autora Solaris. To pouczająca opowieść o czasach, w których życiem literackim rządziły wewnątrzredakcyjne parateksty, każdy zmotoryzowany obywatel czy obywatelka zmuszony był do posiadania wiedzy na temat działania dyferencjału, a dysponowanie własnymi zarobkami było skomplikowane do niewyobrażalnego dziś stopnia. Dodatkowym walorem jest szata edytorska i duży wybór ilustracji, zarówno tych pochodzących z archiwum bohatera tomu, jak i niepowiązanych bezpośrednio z nim, przybliżających ducha epoki.  

Liczę, że po pierwszej edycji nieznanych dotąd czytelnikom listów Stanisława Lema, Wojciech Orliński opublikuje kolejne. Mogąc pozwolić sobie na szczegółowe omawianie korespondencji, nie będzie musiał troszczyć się o „dydaktyczny” wydźwięk lektury. Szkoda takiego materiału i talentów obu (Lema i znawcy jego twórczości) pisarzy na (nawet najbardziej udane) przyczynkarstwo.

* Warto docenić aktywność Wydawnictwa Literackiego oraz zyskać pełniejszy obraz epistolarnej maestrii Lema, sięgając także po tomy Lem, Mrożek, Listy 1956-1978 (2011), Sława i Fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla 1972-1987 (2013), Boli tylko, gdy się śmieję… Listy i rozmowy, Stanisław Lem, Ewa Lipska, Tomasz Lem (2018), 

** Takiej „rehabilitacji” filmów Marka Piestraka podjął się między innymi filmoznawca Michał Oleszczyk w podcaście Spoiler Master 

Wojciech Orliński

Lem w PRL

Wydawnictwo Literackie 2021

Liczba: stron 498

Tekst powstał w ramach projektu LEM: REWIZYTA współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa

Jan Bińczycki

(ur.1982) – doktorant na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek zespołu Korporacji Ha! Art. Publikuje, gdzie się da. Z zawodu bibliotekarka.