Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

Czego można nauczyć się od psa ze schroniska? (Warhaus)

4/2026

Artykuły /

Maarten Devoldere, szerzej znany, zwłaszcza w Polsce, ze swojego autorskiego projektu Warhaus, wyruszył z Gandawy na początku milenium. W ciągu dwóch dekad odbył podróże po całym świecie, a także zajrzał w głąb siebie, by dotrzeć do dość prostych odpowiedzi na fundamentalne pytania. Uzmysłowił sobie, że są sprawy znacznie ważniejsze od artystowskich póz i gestów – dobre, spokojne życie.

1.

Introwertyczny, wysoki siedemnastolatek z pewnym doświadczeniem w talent shows, w 2004 roku stworzył wraz z przyjacielem Jintem Deprezem zespół Balthazar. W ciągu kolejnych kilkunastu lat stali się rewelacją alternatywnego belpopu. Warto nadmienić, że obaj panowie poznali się w szkole muzycznej i od początku patrzyli na muzykę bardziej od producenckiej, „reżyserskiej” strony.

Gandawa, miasto z którego wywodzi się Devoldere, posiada celtycki rodowód i tysiącletnią historię. Była zarzewiem rewolucji przemysłowej w kontynentalnej Europie. Jej współczesny krajobraz kulturowy wypełniają wyścigi kolarskie, ważny belgijski festiwal filmowy, parady techno czy słynne święto miasta z przemarszem wisielców – Stroppendragers – tradycja upamiętniająca XVI-wieczne prześladowania gandawskich kalwinistów. Jest to zarazem emblematyczna flamandzka miejscowość z wyrazistą tożsamością. Sam Maarten przyznaje, że pociąga go w niej to, że mimo nieuchronnej gentryfikacji wciąż sprawia wrażenie, jakby nie zmieniła się od 40 lat – pozostaje przytulnym, średniej wielkości miastem. Bez wątpienia miało ono wpływ na wyobraźnię przyszłego Warhausa. Nie bez znaczenia pozostaje też tamtejszy Film Fest Gent, festiwal poświęcony muzyce filmowej – bo muzykę do jakiegoś nieistniejącego filmu zdaje się pisać Maarten.

Jego pisanie zrodziło się z miłości do wielkich pieśniarzy XX wieku – Cohena, Dylana, Reeda, ale też Gainsbourga, Bowiego czy Biolaya. Dziennikarze muzyczni ochrzcili Warhausa „milenialsowym Leonardem Cohenem” – zapewne na wyrost. Łączy ich chropowata barwa głosu i literacko-muzyczna dyscyplina, ale Flamand zmierza wyraźnie w świeższym, własnym kierunku.

Maarten, do momentu rozpoczęcia kariery solowej, wraz z Jintem, Jasperem Maekelbergiem i kilkoma innymi kolegami (oraz dwoma koleżankami) nagrał trzy albumy, zagrał setki koncertów i prowadził zapewne dość klasyczny rock’n’rollowy tryb życia. W międzyczasie zdążył powstać jego pierwszy solowy album Don’t Shoot The Pacifist, wydany pod prostym pseudonimem „Maarten”. Było to niszowe wydawnictwo własnym nakładem, po którym nie ostał się żaden ślad pozwalający na zdalny odsłuch. Niemniej, był to jasny dowód na rosnące potrzeby autorskich eksploracji. Wszystko to doprowadziło do przesilenia – po największym sukcesie Balthazara, albumie Thin Walls z 2015 roku, muzycy zdecydowali, że czas od siebie odpocząć. Kilkuletnia przerwa otworzyła w życiu Maartena rozdział szczególny: powstaje Warhaus.

Kluczową postacią współtworzącą projekt jest Jasper Maekelberg – nieco młodszy od Devoldere multiinstrumentalista, który w Warhausie złapał za aranżacyjne i producenckie cugle. Gdy prześledzi się jego inicjatywy, szybko można dostrzec wyraźny autorski stempel: nieco marzycielski, melancholijny, a zarazem drapieżny i gęsty styl, doskonale spójny z tym Maartena.

Bardziej widoczną postacią z otoczenia Maartena jest Sylvie Kreusch. Poznali się, gdy jej zespół Soldier’s Heart supportował Balthazara. Maarten był nią oczarowany. Nawiązali relację romantyczną, która naturalną koleją rzeczy znalazła twórczą kontynuację w twórczości Warhausa. Zmysłowy, „syreni” głos Sylvie inspirował Devoldere, a ich więź znalazła artystyczne ujście w tematyce piosenek. Pełne napięcia i mrocznego pożądania teksty znajdowały odzwierciedlenie we wspólnych wykonaniach, które stały się sednem repertuaru wczesnego Warhausa.

Pozostanie tak na czas dwóch pierwszych albumów – We Fucked a Flame Into Being z 2016 roku oraz Warhaus z 2017 roku. Tytuł debiutu stanowił bezpośredni cytat z libertyńskiej powieści D.H. Lawrence’a Kochanek lady Chatterley, w której tytułowa bohaterka, wiedziona pożądaniem, przekracza kolejne bariery pruderii. Jak wspominał Maarten, gdy przeczytał tę frazę, pomyślał, że ktoś kiedyś musi wydać popowy album pod takim tytułem. Co więcej, zdanie to jak ulał pasowało do jego muzyki. Warhaus performował w swojej twórczości zblazowanego dandysa będącego pod wpływem przeklętej muzy: inspirującej i pięknej, ale niebezpiecznej kobiety, którą trudno kochać, ale głupstwem byłoby tego nie robić. Brutalnie, dekadencko, ale z pasją – pośród donośnych dęciaków i jazzujących melodii. Pierwsze albumy Warhausa to szczytowy moment krystalizowania się autorskiej wizji Devolderego: chwytliwe kompozycje oparte na popowych strukturach, ale zanurzone w alternatywnych aranżacjach, zaowocowały intrygującym, nieoczywistym sznytem.

Co ciekawe, jeden z wczesnych koncertów zespołu miał miejsce na nieistniejącym już Opole Songwriters Festival. Maarten był już wówczas dobrze znany naszej publiczności – Balthazar zagrał w Polsce w latach 2013–2015 aż siedem razy. Devoldere przyznaje, że po dziś dzień, poza Beneluksem, rezonuje ze słuchaczami głównie w Polsce i Turcji, gdzie publiczność reaguje na jego twórczość najbardziej ekstatycznie. W jednym z wywiadów sugerował, że w jego muzyce jest coś, co szczególnie trafia w mroczno-romantyczne zakamarki wschodniej duszy. Popularność Warhausa w Polsce wciąż nie słabnie – Maartenowi podczas polskich festiwali zdarzyło się już dzielić scenę z… Margaret czy Bedoesem.

2.

Metodą Maartena na pozyskiwanie inspiracji było szukanie nowych bodźców (o czym nieco później) i podróże. Jak mówił, nie chodzi o romantyczne poszukiwanie przygód, ale o etykę pracy. Izolacja pozwala mu skupić się na rzemiośle i pozostać nieosiągalnym dla znajomych, którzy chcą wyciągnąć go do baru.

W okresie powstawania We Fucked a Flame Into Being zamieszkał na małej łodzi pożyczonej od przyjaciela. Przez pięć miesięcy pływał po niderlandzkich kanałach, okazjonalnie odwiedzany przez Sylvie i przyjaciela Woutera Bouvijna, który nakręcił krótki dokument o śródlądowym żeglarzu-szansoniście pod tytułem I’m Not Him (to zarazem tytuł jednej z piosenek z solowego debiutu). Film daje wgląd w proces nagrywania demówek: widzimy rzeczny holownik przekształcony w pływające studio, po sufit zagracony instrumentami, sprzętem nagraniowym i brudnymi talerzami. Maarten przerywa pracę sesjami Pac-Mana, kąpielami w rzekach i niezbędnymi naprawami. Devoldere wspominał, że czas na łodzi dał mu szansę na pracę twórczą w najczystszej formie. Sama łódka zaś nazywała się… „Warhaus” – ochrzczono ją tak z nieznanych powodów, to słowo w niderlandzkim nieznaczące zupełnie nic. Maartenowi jednak jej nazwa na tyle się spodobała się, że postanowił przysposobić ją jako swój pseudonim.

W przerwie między trasą po debiucie a pracami nad drugim albumem Maarten szukał wyciszenia i powodu do wyrwania się z Belgii. Na imprezie w coraz bardziej męczącej go Gandawie znajomy fotograf-podróżnik rzucił do niego: „musisz jechać do Kirgistanu, to koniec świata!” Następnego wieczora bilety były już zarezerwowane. Po dotarciu na miejsce i kilku godzinach jazdy wynajętym jeepem, kolega wysadził Maartena w małym gospodarstwie gdzieś na pustkowiu. Przez dwa tygodnie wędrował z pasterzami i stadami owiec po górach przy mrozie sięgającym nocą minus czterdziestu stopni. Porozumiewał się wyłącznie za pomocą gestów. „Ci ludzie żyją niesamowicie prosto, ale mi się to podobało. A co zabawne, właśnie tam napisałem najdziksze piosenki” – wspominał. Surowy krajobraz gór Tienszan i pasterskie życie radykalnie kontrastowały z jego dotychczasowymi artystycznymi pozami. Tam właśnie powstały utwory, które znalazły się na albumie Warhaus.

Podróż była też niezbywalną częścią powstawania trzeciego albumu – wydawnictwa szczególnego, wyznaczającego przełom w historii projektu. Po kolejnej przerwie od współpracy z kompanami z Balthazara Maarten stanął przed kluczowym, a zarazem oczywistym wyzwaniem: musiał wyleczyć złamane serce. Później będzie twierdził, że nie chodziło o rozstanie z Kreusch, ale pewne tropy wskazują, że nie jest to tak oczywiste. Uciekł na Sycylię, zaszył się w Palermo i tworzył. „To dostojne, romantyczne miasto, w którym jest sporo nostalgii, a farba odpada płatami ze ścian” – mówił. – „W mojej muzyce jest coś podobnego”. Wrócił z naręczem piosenek przedstawiających wszystkie odcienie rozbitego, ale już posklejanego serca. Ścieżki wokalu nagrane w mikrostudiu w pokoju hotelowym trafiły finalnie na album, i to wokół nich, wraz z Maekelbergiem, zbudował aranżacje. Materiał przybrał przewrotny, lecz trafny tytuł: Ha Ha Heartbreak. To album wyjątkowy w dorobku Devolderego – zniknął syreni śpiew, pojawiły się orkiestrowe aranżacje w stylu europejskiej piosenki estradowej lat 60. i 70., przywołujące momentami bardziej Zbigniewa Wodeckiego niż Toma Waitsa. Pełna paleta uczuć: od rozdzierająco melancholijnej piosenki Open Window po radosne, taneczne When I Am With You, od wyrzutów w It Had To Be You po pokorne wyznania Best I Ever Had. Nigdy wcześniej i, jak dotąd, nigdy później Maarten nie stał się piosenkopisarzem tak czułym, sentymentalnym i radosnym jednocześnie. 

Domknięciem tego etapu jest powrót do współpracy z Sylvie w singlu Popcorn, wydanym kilka miesięcy po premierze albumu. Oboje zrozumieli, że ich więź jest większa i trwalsza niż związek romantyczny – Popcorn udowadnia, że ważna relacja po rozstaniu nie musi się skończyć. Jak sami przyznają w tekście, pewne drzwi należy definitywnie zamknąć, wytyczyć nowe granice i pożegnać „najsłodsze kłamstwo”. Warto dodać, że w solowym singlu Wild Love z 2020 roku Sylvie śpiewała o trzymaniu okna otwartego na wypadek zmiany zdania, zaś na Ha Ha Heartbreak Maarten odpowiada, że dotyk dawnego piękna stał się dla niego jedynie piosenką dobiegającą gdzieś z otwartego okna.


3.

Jak po tym wszystkim wrócić do pozy zblazowanego dandysa? Odwrotu chyba nie było – przyszedł czas na zmiany, ale bez wyparcia się przeszłości.

Maarten deklarował, że po trudnym rozstaniu i przejściu suchą stopą przez pandemię jest szczęśliwszy niż kiedykolwiek – u boku nowej partnerki, w dobrze poukładanym życiu. Uznał więc, że przyszedł czas na podróż najważniejszą: w głąb siebie. Przed pracą nad czwartym albumem zdecydował się na eksperymenty z psychonautyką, m.in. kontrolowane dawkowanie psychodelików, hipnozę, intensywną medytację, terapię kontrastową, prowadzenie dziennika snów i głęboką introspekcję na modłę buddyjską. Zaczął nagrywać rozmowy z hipnoterapeutą, podczas jednej z sesji hipnozy długo improwizował na keyboardzie, a wiele zrodzonych wówczas zalążków melodii trafiło na płytę. Podobnie fraza o „księżycu karaoke” (Karaoke Moon), która pojawiła się w jego głowie podczas sesji i wżarła w wyobraźnię na tyle głęboko, że stała się tytułem albumu.

Devoldere doszedł jednak do wniosku, że nie chce być twarzą przebudzonej duchowości. Stwierdził w końcu: „Nauczyłem się od mojego psa Ediego więcej o tym, jak podchodzić do życia, niż od jakiegokolwiek nauczyciela w moim życiu. Edie ciągle przywraca mnie do tu i teraz – trzeba go nakarmić, wyprowadzić na spacer, sprzątnąć po nim i się z nim pobawić. Moje życie staje się coraz mniejsze i to daje mi dużo spokoju. Nigdy nie miałem nic wspólnego z psami, to dla mnie nowość, ale powrót do domu i widok małego pieska szczęśliwie czekającego na ciebie jest czymś naprawdę wyjątkowym”. Edie, kundelek adoptowany z rumuńskiego schroniska, jest być może centralnym bohaterem tej historii.

Kluczową figurą w powstawaniu Karaoke Moon, tym razem chyba bardziej niż kiedykolwiek, stał się Jasper Maekelberg. Spędzili razem dużo czasu w jego domowym studiu, a Maarten zaoferował mu pełną swobodę: „Moja twarz może i jest na okładce, ale wkładu Jaspera nie da się przecenić: wyrzucił całe aranżacje i przerobił je na nowo. Czasami tego nienawidziłem, ale przeważnie uwielbiałem”. Karaoke Moon jest najbardziej eklektycznym albumem Warhausa – spójnie łączy zgiełk dwóch pierwszych płyt z przełamaną melancholią Ha Ha Heartbreak, wyciągając z nich to, co najlepsze. Pod względem rzemieślniczym to najdojrzalszy album Warhausa, wyśmienicie wyprodukowany i dopracowany w najdrobniejszych detalach. Maarten eksploruje męskość w utworze Jim Morrison, poetycko rozważa pokusy w The Winning Numbers i nie boi się sztampy w miłosnych wyznaniach Where The Names Are Real, wciąż przekłuwając balonik wysokich rejestrów pozornymi banałami. Powróciła też Sylvie – już jako stonowana chórzystka. Demony zostały poskromione. Stał się ich świadomym obserwatorem, a nie niewolnikiem.

Podczas trasy promującej ostatni album Maarten po raz pierwszy (również w towarzystwie Sylvie) wystąpił na żywo z orkiestrą symfoniczną na zbiorowym koncercie dla belgijskiej telewizji, co, jak sam nieco później wspomni, zrobiło na nim naprawdę duże wrażenie. Maarten przy okazji wywiadów towarzyszących Karaoke Moon zachwycał się prężnie rozwijającą się solową karierą Kreusch i co rusz sugerował, że jest ona jedną z najzdolniejszych, najbardziej niedocenionych wokalistek na świecie. Sentyment zostaje.

Kluczową postacią w świecie Warhausa jest dziś zaś nieznana publiczności z imienia ukochana Maartena. Stała się adresatką dedykowanych jej na ostatniej trasie piosenek wykonywanych z maszyny karaoke – pod koniec każdego koncertu publiczność wybierała jeden z dwóch zaproponowanych przez Maartena coverów. Przy tej okazji zabrzmiały odśpiewane wspólnie z fanami The Best, My Heart Will Go On, My Way czy niderlandzki dramatyczny lovesong Laat me. Maarten chyba dojrzał i odnalazł wewnętrzny spokój – z prawdziwą miłością, psem i domem w kameralnej Gandawie, do której, po latach wojaży, koniec końców powrócił.

Warhaus wydał w listopadzie 2025 roku album koncertowy wieńczący trasę i jak na razie zamilkł, zapowiedział jedynie kilka kameralnych koncertów we współpracy z Julienem Libeerem, wybitnym flamandzkim pianistą. Czy spokojniejszy czas to znak zbliżającego się powrotu Balthazara? A może Maarten zamknął się z Jasperem w studiu i pracują nad czymś nowym? Niezależnie od tego, Devoldere przyznał, że pojął, do czego przez ostatnie lata zmierzał. Kawał drogi, Maarten – ale dobrze, że jesteś u celu.