Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

„Bóg dał, to i my dałyśmy” (język w „Love Is Blind: Polska”)

5/2026

Od paru tygodni tematem Love Is Blind żyje cała Polska – rodzima edycja hitu Netfliksa okupuje pozycję TOP1 i nie da się ukryć, że budzi silne emocje. Osobiście parsknęłam śmiechem już w pierwszej scenie, gdy prowadząca zapewniła, że „to nie jest kolejny program randkowy”. Koncept flirtowania przez ścianę nie jest szczególnie wywrotowy – na tym samym koniu jechała przecież Randka w ciemno. A jednak ów, dosłownie, kolejny program randkowy, zgromadził rekordową widownię i skutecznie zachęcił ją do wymiany opinii. Jako że param się słowem, nurtuje mnie kwestia języka. Jakim słownikiem operują uczestnicy Love Is Blind i co nam to mówi o współczesnej Polsce?

„To jest sick, to nie jest normalne, to jest crazy”

Z rozlicznych omówień i komentarzy do Love Is Blind wynika, że największe emocje w kontekście języka uczestników (no, może oprócz wykrzyknika „AUUU!”) budzi zalew anglicyzmów. Polacy wtrącają w konwersacji angielskie słowa? W dobie korpo i social mediów? Groundbreaking. TikTok tonie w rolkach obśmiewających najczęstsze wstawki, w tym najsssss, awkward i milenialskie, a przez to na wskroś krindżowe: o em dżi. A ja się pytam, czy alfy i zetki naprawdę nie widzą belki w swoim oku, skoro 2/3 nominowanych do Młodzieżowego Słowa Roku to zapożyczenia w stylu brainrot, slay czy tuff. Mimo to ponglisz w Love is Blind kłuje w uszy na tyle, że w „Gazecie” ukazał się okolicznościowy wywiad z polonistą, w którym padają przebrzmiałe pytania o zubożenie języka i realne zagrożenie dla polszczyzny. 

I teraz tak: o ile biadolenie nad zapożyczeniami, zwłaszcza w tak elastycznym i patchworkowym języku jak nasz, można sobie spokojnie darować (radziliśmy sobie z ich wchłanianiem i deklinacją na długo, zanim pierwszy Polak postawił stopę w Chicago), o tyle ekspansywny code-switching, szczególnie, gdy w grę wchodzą trudne emocje, może już nas na chwilę zatrzymać. W niektórych sytuacjach przerzucanie się na angielski podbija intensywność wypowiedzi (cytuję: „ten czworokąt to jest sick, to nie jest normalne, to jest crazy”), ale w innych działa dokładnie odwrotnie – pomaga zachować bezpieczny dystans. Jeśli tata uważał mnie za „annoying”, a mama „była violent czasem”, obce wstawki działają w zasadzie jak eufemizmy – odzierają bolesne fakty z dosadności. „Boję się, że mnie skrzywdzisz” to nie do końca to samo, co „mam zachowawcze podejście, bo this is not safe zone for me” albo taki pongliszowy kwiatek jak „nie chcę mieć żadnych regrets”.

Swoją drogą, stosunkowo rzadko przełączają się między kodami ci uczestnicy, których moglibyśmy o to w pierwszym rzędzie podejrzewać, czyli mieszkający na co dzień poza granicami kraju Kamil i Krzysztof, a nawet pochodząca z Kazachstanu Malika. Wypowiedzi upstrzone angielskimi wstawkami nie muszą być od razu oznaką językowego ubóstwa czy bezradności; czasem pełnią po prostu funkcję perfomatywną.

„Nie będę na kogoś rzucał swoich lęków”

O wiele ciekawszym zjawiskiem wydaje mi się kultura terapeutyczna, której przejawy możemy zaobserwować już na etapie rozmów w kabinach. Uczestnicy programu żonglują słowami-kluczami takimi jak „trauma”, „niezdrowa relacja”, „dojrzałość emocjonalna” czy „obraz męskości”, które kiedyś były domeną gabinetów, a dziś padają w co drugim poradniku czy podcaście. Jeśli temat, to „przepracowany”, jeśli granice, to byle nie „przekroczone”, jeśli ojciec alkoholik, to „przytulony w głowie”. Bohaterowie Love Is Blind (skądinąd boleśnie doświadczeni przez życie) mają słownik psychologii w małym palcu i do znudzenia powtarzają, jak ważna jest komunikacja. Jednocześnie zdają się nie dostrzegać, że operowanie gotowymi kliszami, które ostatecznie niewiele znaczą, bywa w owej komunikacji poważną przeszkodą. Szczególnie wyraźnie widać to w relacji Julity i Jacka, którzy podczas randek w ciemno opowiadają o sobie w kontekście „mocno przepracowanych tematów” i pozamykanych rozdziałów, które „mają już za sobą”. Kiedy Julita wyznaje Jackowi, że „od niedawna zna swoją wartość” i „lubi obecną wersję siebie”, Jacek cały w skowronkach konstatuje, że „używa tych samych słów” i że „mówią swoim językiem”. Ta sama para ma na późniejszym etapie tak duże problemy z komunikacją, że udaje im się przeprowadzić rozmowę, w której obie strony faktycznie słyszą, co do siebie mówią, dopiero po odtworzeniu warunków z kabin – czyli kiedy dzieli ich ściana i nie muszą na siebie patrzeć.

O przenikaniu fachowej, użytecznej klinicznie terminologii do prywatnego kontekstu wspomina często Kama Wojtkiewicz, autorka książki Sobą zajęci i podcastu Sznurowadła myśli. W wywiadzie dla „Wprost” psycholożka zauważa, że używanie specjalistycznych pojęć zamiast prostego języka oddala nas od siebie w takim sensie, że „nie pozwala dobrze zrozumieć wewnętrznego doświadczenia”. Z kulturą terapeutyczną wiąże się jeszcze jeden problem, a mianowicie szafowanie diagnozami, co w przypadku szerokiej recepcji Love Is Blind przybrało formę internetowego samosądu. Wystarczy przejrzeć ze trzy posty na temat programu i zerknąć przy tym w komentarze, żeby natknąć się na pełne etykiet wywody, zwłaszcza na temat Julii i jej najbliższych. Doszło do tego, że widzowie wystawiali uczestniczce nieproszone skierowania „na terapię, zanim zabierze się za szukanie miłości”. Podczas Reunion (ostatniego odcinka serii, który jest nagrywany już po premierze programu, a zatem po pierwszej fali sławy i hejtu) wyraźnie poruszona Julia tłumaczyła, że terapia to wieloletni proces i że w jej trakcie ma, jak zresztą każdy, prawo do miłości.

Żadna ze mnie ekspertka od randkowania, ale z różnych stron dochodzą mnie słuchy, że uczestnicy Love Is Blind nie są w swoim upodobaniu do terapeutycznego języka odosobnieni. Sprawne władanie tymże uchodzi raczej powszechnie za green flag, bo świadczy o samoświadomości, a może i o trudzie pracy nad sobą – choć przecież pokrewny słownik da się nabyć w oparciu o coachingowy kontent z YouTube’a. Tymczasem jako alternatywę dla pop-psychologicznych, abstrakcyjnych frazesów mamy jeszcze stary, niemodny konkret. W tym kontekście znamienne jest, jak wiele szumu wywołała w sieci lista pytań jednej z uczestniczek, Maliki. Zamiast owijać w bawełnę, dziewczyna wolała wprost zapytać potencjalnego partnera o to, czy zna swoją grupę krwi, głosuje w wyborach, chciałby wziąć kredyt i daje kelnerom napiwki. Już na etapie montażu zrobiono z tego niezły dowcip – a przecież proste odpowiedzi na pragmatyczne pytania powiedzą nam o człowieku o wiele więcej niż zapewnienia, że jest on „najlepszą wersją siebie”.

„Kurwa, nie wierzę, co ja robię, Daria, czy zostaniesz moją żoną?”

Jeszcze jako studentka polonistyki zderzyłam się na którymś z wykładów z hipotezą, jakoby Polacy koncentrowali językową ekspresję na dwóch skrajnych biegunach: sacrum (w tej sekcji krótkie akty strzeliste, w tym wszelkie „Boże” i „Jezusmarie”) oraz profanum (tu oczywiście soczyste „kurwy” i szereg innych wulgaryzmów). Gdzież indziej szukać na to dowodów, jeśli nie w spontanicznych reakcjach uczestników Love Is Blind? Rzeczywiście, coś jest na rzeczy, skoro nawet w trakcie zaręczyn „o fuck” pada na zmianę z „o Jezus”. O ile niewyszukany język w reality TV chyba nikogo już nie dziwi, muszę przyznać, że zatrzymały mnie wiązanki płynące z ust uczestników podczas ślubnych ceremonii.

Jeden z panów młodych, Filip, schodząc po krętych schodach, mamrocze „ja pierdolę, o kurwa” i o ile nie mamy pewności, czy te słowa padają na tyle głośno, żeby służyć za specyficzne powitanie gości, to w kolejnych scenach wszystko staje się jasne. Ojciec prowadzi Darię do ołtarza, a Filip na to: „o kurwa, idzie, ja pierdolę”; Daria wygłasza wzruszającą przemowę, łzy same cisną się do oczu, więc młody mimowolnie pokazuje wrażliwą twarz („kurwa, ja nie chciałem”). Wierzę, że w tak podniosłej chwili emocje sięgają zenitu, ale czy naprawdę nie ma już świata, w którym pewnych rzeczy po prostu nie wypada? To, ile powagi mają w sobie śluby zawierane przed kamerami po dwóch miesiącach znajomości, to inna sprawa. Filip ma chyba mgliste przebłyski przyzwoitości, bo wygłaszając przysięgę, gryzie się w język, ale tuż po sakramentalnym „tak” cenzura zostaje na powrót zdjęta, tym razem z inicjatywy panny młodej („w co ty się wjebałeś?”). Gdy inny uczestnik, Jacek, nie wytrzymuje presji i nerwowo kurwuje pod nosem na ślubnym kobiercu, montaż okrasza scenę „Aniołem Bożym” wyszeptywanym nabożnie przez jego matkę. 

Jedną ze złotych myśli, jakie zapisały się w historii programu, był komentarz Julii odnośnie intymnych zbliżeń pomiędzy uczestnikami. Dziewczyna skwitowała wakacyjne uniesienia zmyślną grą słów: „Bóg dał, to i my dałyśmy”. Zaiste, sacrum i profanum. A to Polska właśnie.

„To nie jest kolejny program randkowy”

Love Is Blind dostarcza nam przegląd barwnych idiolektów, ale i daje zbiorczy obraz tego, jak mówią dziś Polacy – a przecież język ukradkiem zdradza nasze bolączki i sposoby radzenia sobie z rzeczywistością. Możemy patrzeć na program, jak chce tego Netflix, czyli na absolutnie niewyreżyserowany eksperyment dowodzący istnienia ślepej miłości. Możemy też potraktować go jako życiowy, bogaty w przykłady poradnik, jak ze sobą rozmawiać (i jak tego nie robić).

Parę tekstów, które padły w programie, od razu obrócono w memy – znajdziemy wśród nich rozkoszne metody i na otwarcie dyskusji, i na szybkie jej ucięcie. Kiedy Filip po raz pierwszy zostaje sam na sam z przyszłym teściem, próbuje zabić niezręczną ciszę pytaniem: „A fotowoltaikę macie czy nie?”. Tym samym wysyła rozmówcy komunikat o funkcji czysto fatycznej, czyli zorientowanej na nawiązanie kontaktu – ot, zagajenie o pogodę lub samopoczucie, wersja podmiejska i osadzona w aktualnym trendzie. Kiedy Krzysztof, targany wątpliwościami co do przyszłości ich związku, usiłuje wyciągnąć od Maliki „co teraz?”, ta natychmiast unika konfrontacji, odpowiadając pytaniem na pytanie („Chcesz ser?”). Słowa, słowa, słowa.

Zapewnienie Zofii Zborowskiej-Wrony, jakoby Love Is Blind nie było „kolejnym programem randkowym”, jest oczywiście próbą zakłamania rzeczywistości i jawnym ruchem marketingowym. Biorąc pod uwagę, jak dużo i chętnie mówi się o show Netflixa, cel został osiągnięty. Sto lat temu belgijski surrealista wzniecił dyskusję o sztuce, podpisując swój obraz „to nie jest fajka”. Dziś pochylamy się nad kondycją naszego społeczeństwa w oparciu o sprytnie zmontowane odcinki dostępne w streamingu. Jakie czasy, taki René Magritte.

Rozalia Knapik-Wojtaczka

(ur. 1991) – za dnia copywriterka, nocą doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Autorka monografii „Sztuczny Bóg. Wizerunki Technologicznej Osobliwości w (pop)kulturze”. Samozwańcza ambasadorka Radiohead; lubi rośliny, ładne rzeczy i wciągające historie. Chce kiedyś założyć podcast – ma już nawet mikrofon.