13 szczerych akapitów do influencerów (Kasia Babis, Szymon Pękala)
Wydanie
7/2026Autor
Kamil WalczakŚwiat influencerów jest przepełniony treściami politycznymi. Dobrze zacząć od banału, bo, przekręcając bon mot Marcina Giełzaka, jest to waluta koncyliacyjna, w której każdy może coś rozmienić. Także w Polsce dorobiliśmy się naszego uniwersum youtuberów, streamerów i półanonimowych twitterowiczów, którzy objaśniają nam rzeczywistość i, co ważniejsze, generują tzw. dramy internetowe. Kasia Babis, influencerka progresywna, zmierzyła się niedawno z Szymonem Pękalą, influencerem konserwatywnym. Wbrew zasadzie zachowania energii (i własnej racji), tym razem wydarzyło się w tym dyskursie coś naprawdę ciekawego.
Drama wybuchła, gdy na jednym ze streamów Kasia Babis zaprezentowała 10 szczerych pytań do katolików. Była to seria problemów, z którymi sama autorka mierzyła się, kiedy wychowywała się w wierze katolickiej. Mnie samemu trudno było uwierzyć w ich rzeczywistą „szczerość” i „dobrą wiarę”, bo brzmiały one m.in.: „Co Bóg myśli o dinozaurach?”; „Czy zaśniad groniasty ma duszę?”; „Po co reszta wszechświata?”; „Czy Bóg stworzył pasożyty?”. Były to często pytania z granicy bioetyki, teologii historii i kazuistyki – pytania, na które Kościół i jego uczeni już odpowiadali w różnych iteracjach. Sens polegał, zdaniem streamerki, na sprawdzeniu, jak katolicy sami sobie tłumaczą te tematy, a nie jak poddaje je egzegezie Kościół. Innymi słowy, nietypowe badanie z socjologii religii, o którym poszukiwaczka już na wstępie powiedziała, że nie są to dla niej sprawy zastanawiające, bo nie wierzy w istnienie Boga.
Gdy zobaczyłem te pytania, w zasadzie się ucieszyłem, bo było to wprost zaproszenie do debaty. Babis odpowiedział Szymon Pękala, publicysta i autor kanałów Wojna Idei oraz Szymon mówi. W swojej polemice Pękala odniósł się kolejno do pytań autorki Okruchów, korzystając z nauki Kościoła i argumentów teologicznych dotyczących teorii ewolucji, ludzkiej duszy, ale też pewnego stopnia niepojmowalności istoty boskiej. Zwrócił też uwagę na wątpiący ton zdeklarowanej ateistki. Ta z kolei odpowiedziała mu swoim filmem, w którym co rusz wchodziła w polemikę z wygłaszanymi przez Pękalę tezami, np. na temat ludzkiej godności (uznawanej przez niego za pojęcie samooczywiste), a także z jego pedagogiczną retoryką.
W ten sposób rozpoczął się proces, który chyba trzeba nazwać debatą reakcyjną, czyli dość bizarnym przedstawieniem, polegającym na komentowaniu czyichś wypowiedzi „na gorąco” poprzez transmitowanie ich na ekranie głównym. Tego typu materiały commentary to zresztą sól ziemi politycznych livestreamów, które spełniają potrzebę zaangażowania (niewymagającego szczególnego przygotowania) po stronie twórcy i interpasywnej przyjemności oglądania po stronie widzów. Ci drudzy wcale nie muszą znać oryginalnego materiału – wystarczy, że zobaczą, jak reaguje na niego influencer. Tym samym commentary łączy się z reaction video – i powstaje najpopularniejsza, obok gameplayów, forma streamingu.
Zapowiadane na początku „coś ciekawego” to jednak wcale nie fakt kolejnej dramy, których na polskim YouTubie nie brakuje. Ciekawi mnie to, jak cały ten kociokwik się zakończył. Po odpowiedzi Pękali na odpowiedź Babis, influencerka postanowiła nagrać film, w którym deklaruje, że nie będzie już więcej dyskutować: Szymon, ja nie prowadzę z Tobą żadnej debaty. (…) Ja nie chcę z Tobą gadać, bo jesteś irytujący. Babis szczególnie zdenerwowało to, że Pękala wytknął jej brak tolerancyjności, choć ta ongiś była w Partii Razem, która tolerancję hołubi. To nie pierwsza „sprawa” influencerki o tolerancję w ostatnim czasie – małym viralem poniosło się nagranie, w którym deklaruje ona, że wyborcy Brauna są jebnięci, a że nie jest już polityczką, to nie musi się zastanawiać, jak przekonać ich do zmiany poglądów.
Myślę, że to odrzucenie, nawet wstręt do debaty – sformalizowanej i uprawianej niczym sport, co stało się trendem i zarazem memem w Stanach Zjednoczonych – jest znaczące, i to na kilku poziomach. Po pierwsze, Babis wyraża nastawienie części środowiska progresywnego, która nie życzy sobie dyskusji z osobami o zupełnie innych poglądach. Stąd popularność deplatformingu i dyskursu wokół legitymizacji określonych kanałów i osób, by przeciwdziałać skrajnej prawicy poprzez ograniczanie jej widoczności. Tego typu strategia medialna działa bardzo destrukcyjnie dla debaty publicznej, bo coraz mniejszy sens jest w dyskusji i wzajemnym przekonywaniu się, a coraz większy – w okopywaniu się na bezpiecznej pozycji. Jest to metoda „na Ratzingera”: na długo zanim został papieżem, profesor Ratzinger proponował, że w Kościele katolickim powinni pozostać tylko ci, którzy naprawdę, w sposób ortodoksyjny, są gotowi przestrzegać zasad wiary i żyć po chrześcijańsku. Podobna jest świecka propozycja „partii” mikroprogresywnej Kasi Babis.
Po drugie, w tej aferze ujawnia się ciekawy mezalians estetyczny. Nie chodzi o wygląd ani różnice płciowe, ale sposób komunikacji. Babis zorganizowała tę rozmowę wokół figur wziętych z imaginarium szkolnego: popularna dziewczyna, zbyt fajna, by odpowiadać na zaczepki, i nachalny chłopak, który stara się o jej względy – stąd wykorzystana przez nią fraza: Co zrobić, żeby on przestał? Znaczenie mają też ich widzowie, którzy w pewnej liczącej się, bo bardzo wokalnej części wspierają swoje obozy na sposób tożsamościowy. Widzimy więc poziom polemiki między dwoma influencerami, a do tego: polemika wspiera grono sykofantów, którzy napędzają formułowane przez oboje docinki i sarkastyczne uwagi.
Odmienne są także prezencje: Pękala pragnie być obiektywizującym publicystą, który waży na szali różne racje, choć nie ukrywa także swoich poglądów, katolickich i centroprawicowych. Jego dyskurs jest monotonny, a on sam zadziera nosa, czym zasłużył sobie na opinię „smerfa ważniaka”. Z kolei Babis przypomina „Hassana Pikera w domu”, lewicową streamerkę, która nie ucieka od treści politycznych, ale się do nich nie ogranicza, dzieląc je z kontentem typowym dla „twórców reakcyjnych”. W przeciwieństwie do autora Wojny Idei, influencerka nie ma ambicji eksperckich i merytokratycznych, choć w zasadzie oboje, w miarę potrzeb, odwołują się do ustaleń naukowych i potrafią dyskutować na argumenty.
Mezalians między tymi twórcami jest stały, żyją oni w zupełnie różnych sferach medialnych i gruntownie się ze sobą nie zgadzają. Materiał Babis był skierowany jakby do-wewnątrz, do wierzących widzów, którzy mieli tłumaczyć się z racjonalizowania „sytuacji granicznych” dotyczących ich religii. Tymczasem do dyskusji włączył się Pękala, który zaczął nie tylko odpowiadać, ale też polemizować z pewnymi supozycjami na temat religii. Babis odebrała to jako próbę „zaorania”, którą zneutralizowała obśmianiem. Pękala pozostał w grze sam. W tradycyjnych regułach polemiki oznacza to zasadniczo, że wygrał.
Po trzecie, cała ta sprawa to przykład trudnej do przełknięcia pigułki. Rzeczywiście, niełatwo jest przyznać, że w świecie pasożytniczej synergii mediów tradycyjnych i internetowych, starych instytucji i nowych platform, coraz wyraźniej widać, że twórcy internetowi stali się współczesną inteligencją. Nie jest to bynajmniej termin wartościujący, ale określenie pewnej warstwy osób wypowiadających się publicznie, dla których głównym orężem jest słowo pisane czy mówione. Influencerzy i podcasterzy dołączyli do dziennikarzy i publicystów – którzy nierzadko obejmują pozycje tych pierwszych – jako przedstawicieli „klasy dyskutującej”, „komentariatu”, opiniotwórców. Nie mam wątpliwości, że twórcy internetowi są osobami publicznymi. W momencie, gdy stali się popularni, a ich głos zaczął coś znaczyć w sferze publicznej – jakkolwiek podziurawionej i kopniętej w dobie potężnie segmentujących algorytmów – znaleźli się oni w gronie osób, które mają władzę demagogiczną.
Z taką władzą, jak zwykle, wiąże się pewna odpowiedzialność. Intelektualista publiczny (public intellectual) bez zobowiązań to figura bardzo dziwna i niebezpieczna. Gdy internetowi inteligenci decydują się zabrać w jakiejś sprawie głos, muszą liczyć się z krytyką i z konsekwencjami własnych słów. Promując idee równości, państwa opiekuńczego czy otwartości, warto nie odwracać się od spraw ważnych i podejmować polemiki, które są odpowiedzią na własne stanowisko. Porzucenie takiego frontu nie jest „porażką”, ale zapoznaniem własnej roli jako influencera i inteligenta. Cynizm i zamykanie się we własnej bańce to nie cnota, ale tchórzostwo.
Część z Was może uznać, że to brednie. Przecież influencerzy generalnie nie mają nic wspólnego z inteligencją, rzadko reprezentują postawy obywatelskie, a wielu z nich wzdryga się na myśl o zaangażowaniu politycznym (polityczność rozumiejąc jako zaangażowanie partyjne). To fakt, że internetowi inteligenci często żyją w przeświadczeniu o własnej apolityczności i wprost określają samych siebie jako twórców rozrywkowych. Inny fakt, że nagminnie są to niezbyt rzutcy komicy, którzy targetują swoimi treściami młodzież. Ale rozrywka czy wszelka twórczość nie jest wolna od bycia tu i teraz, od promowania postaw, od suflowania idei, od obśmiewania czegoś złego lub wspierania dobrego. To, że twórcy w internecie nie są najlepszymi wzorami, nie powinno nam przeszkadzać, żeby (skoro są już popularni, słuchani i opiniotwórczy) czegoś od nich wymagać.
Kasia Babis i Szymon Pękala przez chwilę polemizowali i tworzyli sferę publiczną, dyskutując o wierze katolickiej. Tak naprawdę podobne debaty o sprawach poważnych odbywają się często – ostatnio Krzysztof M. Maj wywołał temat płatnych recenzji w branży gier i filmów, czym wywołał popłoch – a niekiedy także śmieszność – wśród wielu recenzentów. Sęk w tym, by twórcy mieli świadomość, że to, co mówią, może być istotne. Że ich słowa ważą i mają wpływ, nieważne jak bardzo „tradycyjnym” intelektualistom się to nie podoba.