Naciśnij ESC aby opuścić wyszukiwarkę

„I opowiadać sobie wszystkie te ruskie hardkorowe historie…” („Przyjdzie mordor i nas zje”)

I opowiadać sobie wszystkie te ruskie hardkorowe historie…”

Głosy z offu:

horyzont jest jakby dalej niż u nas;

połupanie, zniszczenie, demolka;

apokaliptyczne rozkurwienie;

Pomiędzy blokami stała stara cerkiewka, ostatni ślad tego, co było tu wcześniej. Bloki stały nad nią jak dresiarze nad ofiarą, której chcą wpierdolić.

Związek Radziecki przywalił Galicję swym kostropatym cielskiem i to cielsko nadal tu leżało, bo choć zdechło, to nie było jak go pochować.

Mój Boże, jaki to biedny a zarazem fascynujący kraj, tak?

Trzeci świat, no trzeci świat…

Kurwa, oni próbują naśladować Europę, ale z tego naśladowania to jakaś parodia Europy wychodzi.

Zamiast benzedryny mieliśmy balsam Wigor. Zamiast wiejskiej Ameryki i Meksyku lat 50. – mieliśmy Ukrainę. […] Braliśmy plecaki i jechaliśmy w drogę. Nie czytaliśmy Kerouaca […] bo nam, w przeciwieństwie do Kerouaca, o nic nie chodziło.

Iwona Boruszkowska: Poznałyśmy już miejsce, teraz zastanówmy się, kto nas po tych miejscach oprowadza.

Urszula Pieczek: Bohaterem i narratorem tych kilkunastu, składających się w pewną całość, historii jest Łukasz Ponczyński, dziennikarz portalu internetowego, który zarabia na życie pisaniem gonzo-reportaży z Ukrainy, w których więcej fikcji i mitów niż czegokolwiek innego.

IB: Sam bohater ma wiele z autora – jest dziennikarzem, wspomina Kraków, w którym mieszka, i Ukrainę, do której jeździ.

UP: Jeździ i tworzy, konstruuje Ukrainę w swoich gonzo.

IB: Ten chwyt bardzo mi przypadł do gustu. Anegdotyczność i plastyczność hardkoru, który Ziemowit Szczerek opisuje jako informacje na sprzedaż, jest inspirująca i zabawna.

UP: Tak, ale smutne to jednocześnie, bo w tym zabiegu demaskuje współczesne dziennikarstwo nastawione na tanią sensację i odbiorców, czytelników, którzy są żądni historii hardkorowych.

IB: A dodatkowo Ponczyński zmuszony jest ubarwiać opowieści, ponieważ nikt w „zachodniej” Polsce nie chce stanąć wobec faktu, że u nas wcale tak odmiennie i lepiej niż na Ukrainie nie jest.

UP: Między innymi to robi narrator, ale dodatkowo faktycznie podróżuje w przestrzeni geograficznej, wyrusza w podróż na „zieloną Ukrainę”, aby doświadczyć tych wszystkich rzeczy, żeby się przekonać, jak jest, żeby coś poczuć, a dodatkowo kpić z niezorientowanych w rzeczywistości czytelników i turystów, których spotyka.

IB: Wśród plecakowców – polskich turystów z plecakami – przyjmuje pozycję dystansu (choć nie zawsze). Powieść, którą można by określić „powieścią pogranicza” czy też współczesną wersją powieści drogi, zaczyna się na pieszym przejściu granicznym między Polską a Ukrainą, gdzie widzimy pograniczników w „czapkach jak naleśniki”, mrówki tłoczące się w kolejce, a po drugiej stronie granicy rozwalające się marszrutki do Lwowa. Krajobraz dobrze znany każdemu, kto choć raz przekraczał wschodnią granicę Polski.

UP: A co po tym „rytuale przejścia” czy też „inicjacji” w inną rzeczywistość widzimy? Już od samego początku Ukraina jawi się jako „ziemia wielkiego rozjebania”. Posłuchaj głosów z offu.

IB: Im dalej bohater podąża, tym więcej zdewastowanych kamienic, walących się ruder nadających się do squatowania, śmierdzących dworców spotyka. Ten „ruski hardkor”, w którym można napić się na ulicy z każdym napotkanym lokalsem i znaleźć się nagle w środku niczego, obrasta w mit. Historie przekazują sobie wytrwali turyści wschodnich rubieży i coraz częściej podróżują do Mordoru.

UP: Im więcej ruskiego hardkoru, tym lepiej. Tylko komu jest lepiej?

IB: Turystyka ekstremalna. Ich widzenie Ukrainy jest z góry zaprogramowane przez takie stereotypy, bohaterowie przyjeżdżają tam, łaknąc egzotyki hardkorowego wschodu.

UP: No tak, pragną znaleźć się w miejscu, w którym mogą choć chwilę poczuć się lepsi, co zresztą wielokrotnie bohaterowi jest wytykane przez różne osoby, które spotyka. Przypomnij sobie fragment, kiedy Łukasz spotyka Dziurooką w pociągu, pytającą, po co „wy, Polacy” tutaj w ogóle przyjeżdżacie, odpowiedź jest prosta – żeby poczuć się lepiej. To dla narratora wstydliwe i żenujące, ale zgodne z tym patrzeniem. Sam to potwierdza, mówiąc, że w tej nędzy czuje się lepiej. Chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że w Polsce, z której przyjechał, wcale nie jest lepiej, ukraińskie bezformie mu nie przeszkadza, polskie już tak. Różnice między tymi dwoma krajami wcale nie są jakieś kolosalne, ale właśnie te drobiazgi są chyba najbardziej intrygujące.

IB: W utworze padają w pewnym momencie słowa: Polska to Ukraina, tylko trochę bardziej, a sam bohater zaczyna patrzeć na odwiedzaną przestrzeń oczyma jej mieszkańców i zauważa, że to normalny kraj. Różnice w tym, co widać na zewnątrz, są naprawdę znikome.

UP: Polacy na Ukrainie często mają poczucie wyższości z różnych powodów, jeżdżą szukać polskich śladów, duchów przeszłości, „kości przodków ucałować”, a nie poznać kraj, który jest tak blisko.

IB: Mają takie typowo kolonialne spojrzenie. Ze względu na różne wypadki, które miały miejsce między Polakami a Ukraińcami, istniejące stereotypy i zaszłości historyczne, mają określony punkt widzenia.

UP: Jak widzą Ukrainę i jej mieszkańców?

IB: Ukraina postrzegana jest jako kraj biednych ludzi błądzących we mgle między wschodem a zachodem, zawieszonych w jakimś bezczasie. Jednocześnie pokutuje utrwalony w romantyzmie mit dzikich pól w ogniu i szerokiego stepu. Jest zarazem swojska – zachodnia Ukraina postrzegana jako kresy, polskie rubieże, ale także egzotyczna – zwłaszcza Krym.

UP: Ale nie będziemy teraz tego dekonstruować Saidem? Szczerek nam to podaje na tacy.

IB: Proponuje bardzo ciekawe spojrzenie i pokazuje, ile takie, a nie inne widzenie Ukrainy przez Polaków mówi o nas samych, o naszej tożsamości, o tych tabunach plecakowców, którym w przeciwieństwie do beatników o nic nie chodzi.

UP: A mi się wydaje, że o coś może jednak chodzić, głównie narratorowi (autorowi?). Może o uświadomienie Polakom, jak po Ukrainie nie podróżować? Jacy są z jednej strony naiwni, z drugiej – nadęci?

IB: Na pewno chodzi też o wyśmianie stereotypów, obalenie mitów, dekonstrukcję kolonialnego spojrzenia, zobaczenie „prawdy” o nas samych, ukazanie świata w krzywym zwierciadle.

UP: Po to mu odarte z obiektywizmu gonzo – łże-reportaże. Prztyczek w nos stereotypów.

IB: Zauważ, że narrator z żadnym ze stereotypów nie rozprawia się wprost. Świetny jest też portret „polskiego turysty”, chłonącego bezrefleksyjnie ruiny i zachwycającego się wątpliwej jakości polskimi śladami we Lwowie, czy też goniących widma schulzowskie w Drohobyczu studentek polonistyki albo czytających Sonety krymskie na ogrodzeniu w Bakczysaraju.

UP: Są to wszystko parodie postaci. Także w przypadku studentów wrocławskiej slawistyki, którzy grali w „upić lub przepić ruskiego”, byle przy dźwiękach bałałajki; studentów, dla których ruski nie był wystarczająco ruski. To jest dla mnie najbardziej interesujące w tej książce, wyjście poza gloryfikowanie utraconych kresów, poza patrzenie na Ukrainę z pozycji wielkiego, starszego, mądrzejszego brata, ale też poza stasiukowe „upajanie się” (jakkolwiek to brzmi) wschodnioeuropejskim, może w ogóle wschodnim, krajobrazem.

IB: Szczerek się przed tym sentymentalizmem broni, ale jest wiele takich momentów, kiedy ten sentymentalizm po prostu wyłazi. Nazwanie Ukrainy „nie-kresami”, dodanie całej gamy wulgaryzmów, to jednak za mało by przestać patrzeć sentymentalnie.

UP: Fascynacja ruinami, turystyka ruin?

IB: Tak jak romantycy jeździli na peryferie, na kresy, w Orient, w góry i w ruiny gotyckich zamczysk… Dlatego może ta powieść jest przeniesieniem romantycznego podróżowania (inaczej tylko nazwanego) w XXI wiek. Może trochę powiela mitologizacyjny mechanizm – tak jak romantycy mitologizowali kresy. Robi to przez ponowienie tego motywu: jedzie na Ukrainę (nawet nie ,,w Ukrainę”), spotyka miejscowych, pokazuje to, co widzi, tak jak robili romantycy. W tamtym przypadku obrosło to w mit kresów, bo romantycy nie fascynowali się polską Ukrainą, fascynowali się Ukrainą.

UP: A on się fascynuje którą Ukrainą?

IB: Postsowiecką Ukrainą. A raczej pokazuje poradziecki hardkor.

UP: Chcesz powiedzieć, że tęsknimy za Sojuzem?

IB: I jednocześnie boimy się Sojuzu uobecnionego w Mordorze, chyłkiem łypiącego na nas ze Wschodu okiem Saurona.

UP: Brzmi fajnie, a przed nagraniem mówiłaś, że ta książka ci się nie podoba!

 

Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

Ziemowit Szczerek

Korporacja Ha!art, 2013

Liczba stron: 222

Urszula Pieczek

(ur. 1986) - lubaczowianka z pochodzenia, krakowianka z wyboru. Absolwentka ukrainistyki i polonistyki UJ, obecnie doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Redaktorka trójjęzycznego czasopisma "Radar" i miesięcznika "Znak". Tłumaczy z języka ukraińskiego, zajmuje się dyskursem tożsamościowym i udaje, że nie czyta poezji.

Iwona Boruszkowska

(ur. 1982) – redaktor naczelna portalu Panorama Kultur www.pk.org.pl. Filolożka i kulturoznawczyni, doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ, gdzie zajmuje się badaniem figur szaleństwa w literaturze. Tłumaczka współczesnej literatury ukraińskiej. Współpracuje m.in. z magazynem literackim "Radar". Okazjonalnie zajmuje się wszystkim.