popmoderna flanagan
RECENZJE | 30.11.2015

Życie, które grzęźnie w błocie (R. Flanagan „Ścieżki północy”)

O książce Richarda Flanagana, za którą autor otrzymał w 2014 roku Nagrodę Bookera, można powiedzieć, że przechowuje najwyższe ambicje modernistycznej literatury. Ale jednocześnie, że wychodzi naprzeciw potrzebie brutalnego rozprawienia się z literaturą. Z jej dręczącym patosem, z jej słowami, które oblepiają rzeczy i z jej użytecznością w uzasadnianiu przemocy. To nie jest szybkie rozdanie.

Napisanie Ścieżek północy zajęło autorowi niemal 12 lat. Lat trudnych, bo polegających nie tylko na poszukiwaniu źródeł i konstruowaniu właściwej formy dla tej historii, ale także na zmaganiu się z historią własnego ojca. Ten bowiem był jednym z australijskich jeńców, którzy przeżyli pracę w barbarzyńskich warunkach podczas budowy linii kolejowej łączącej Birmę z Tajlandią. Linia, bo tak się ją tu nazywa, była paranoidalnym pomysłem obłąkanego umysłu, który – ku czci japońskiego cesarza – chciał pokonać ludzi tkwiących w ciałach i zmusić ich do całkowitego podporządkowania planowi. Podczas wykonywania tego planu umiera około sto tysięcy ludzi, reszta będzie na trwałe okaleczona, złamana, w dalszych latach swojego życia nadal przykuta do tego doświadczenia.

Centralną postacią jest Dorrigo Evans, młody chirurg, który do obozu jenieckiego trafia z sercem pełnym dwuznacznych wspomnień i nadziei. Jego romans z Amy (żoną wujka), w przeciwieństwie do oficjalnego związku z Ellą, pozostaje w jego pamięci jako doświadczenie ekscytujące, obietnica wielkiego uczucia, ale przede wszystkim wielkich wrażeń. Amy powraca w tej opowieści niemal jako synonim życia i zmysłowości. Życia niebezpiecznego i zakazanego, ale zarazem ocalającego ostatnie ludzkie emocje w sytuacji zderzenia z barbarzyństwem. Flanagan równolegle prowadzi te historie – romansu z Amy i wikłania się w jej życie, oraz doświadczeń obozowych. Wykonuje tym samym wielkie skoki – od patetycznych, nierzadko także sentymentalnych scen, do błota, krwi i gnijących ciał. Pełnymi garściami kontrastów karmi się ta proza, stawiająca sobie jednoznaczną ambicję: wszystko albo nic. Opowiedzieć wszystko albo spisać dwanaście lat na straty.

Dorrigo jest do tego celu postacią idealną – tragiczny, walczący ostatkiem sił z koszmarną sytuacją sanitarną, brakiem leków oraz bestialstwem Japończyków. Jednocześnie jest tym, który nosi w sobie ranę i nie dość jeszcze uświadomioną winę za zdradę, której dopuścił się wobec przyzwoitej dziewczyny – jego przyszłej żony.

Inni bohaterowie tej powieści to prości chłopcy, kolejne postaci, które umierają, walczą o ostatnią nadzieję, o kartkę z portretem żony, o ostatnie jajko. Inni budują w sobie nienawiść do świata sprawnie podlewaną skrytą lekturą Mein Kampf. Dobrze widoczne jest tutaj braterstwo czy raczej koleżeństwo Australijczyków. Nie podlega ono subtelnej refleksji czy negocjacji. Zdaje się sprowadzać do prostej reguły: pomaga się zawsze, jeżeli się da i nigdy się nie porzuca drugiego. Walczący o przeżycie każdego dnia budowy Linii, bohaterowie tej powieści zderzają się ze światem nie tylko barbarzyńskiej przemocy, ale także zupełnie innego sposobu percypowania świata. Flanagan bardzo precyzyjnie pokazuje nieprzepuszczalność obu tych przestrzeni. Nie ma pomiędzy nimi żadnej równowagi, ale także żadnego zrozumienia. Ten, który katuje i ten, który się znęca z fragmentami haiku na ustach nie tylko nie widzi człowieka w swojej ofierze, ale przede wszystkim nie rozumie, dlaczego jego działanie nie znajdzie po latach powszechnego uznania. Jeden z katów medytuje nad szyjami – ich typami, rodzajami, kształtem – rozkoszując się wizją i wspomnieniami doskonale obciętych głów.

Szyje… ciągnął pułkownik Kota, odwracając wzrok na otwarte drzwi, niczym obraz zamykające w ramie chłostaną deszczem noc. To właściwie wszystko, co dzisiaj widzę w ludziach. Ich szyje. To nieładne, prawda? Nie wiem. Teraz taki jestem. Gdy spotykam kogoś po raz pierwszy, przyglądam się jego szyi i oceniam, czy byłoby ją łatwo, czy trudno przeciąć. I tylko tego chcę od ludzi, ich szyj, cięcia, życia, kolorów, czerwieni, bieli i żółci.

Wielki problem, który stawia ta proza, wydaje się kluczowy dla dyskusji na temat przedstawień wojny i przemocy, na jaki zdobywa się literatura ostatnich dziesięcioleci. Jak bardzo przemoc uzależnia i jak faszystowska ideologia stwarza umysł, który traci jakiekolwiek zewnętrzne (nie mówiąc o etycznych) punkty odniesienia? Gdzie jest granica absurdu wojny, której nie można już przekroczyć? Jak można uzasadnić traktowanie człowieka jako amunicji? Jakie człowiek ma możliwości oporu wobec wtłoczenia go do wiru wojny jak mięso? O tym zresztą też są części poświęcone życiu Dorriga po powrocie do domu. Pozornie ułożone życie rodzinne i zawodowe jest z punktu widzenia bohatera potężną udręką i rozpaczliwym zmaganiem się z byciem sobą. Jego tęsknota za Amy i rozczarowanie życiem małżeńskim to jedno, wypranie z emocji i uczuć, które pozostaje jednym z bezpośrednich skutków doświadczeń z obozu jenieckiego – to drugie.

Język tej powieści, wielokrotnie poruszający się na granicy, choć bardzo rzadko zapadający się ostatecznie w nieco pretensjonalne frazy, jest jednym z kluczowych aspektów decydujących o wybitności tej książki. Zdarzają się momenty dość już ograne w literaturze ostatniego stulecia, jak rozważania o tym, że istnieje tylko jedna książka – „bez początku i bez końca”. Całość jest jednak zbudowana bardzo misternie, z pełnego brutalności, fizjologiii przemocy języka, wciąganego w tryby krytycznej refleksji na temat całkowitego absurdu wojny. W tym zakresie powieść nie pozostawia żadnego pola do dyskusji – wojna, w której znajdują się bohaterowie (ale także wszyscy inni) nie ma żadnego uzasadnienia. Ani w wyznawanej filozofii, na którą powołuje się Nakamura (jeden z najbrutalniejszych nadzorców), ani w dyrdymałach o narodowej duszy, ani w żadnym przemówieniu, które ma uzasadniać wyzyskanie ciała aż do ostatniego ścięgna. Flanagan wciąga czytelnika w rzeczywistość Linii za pomocą radykalnych środków. Nie ma tu wytchnienia, nie ma momentów poluzowania gorsetu tej prozy. Brniemy przez błoto, niekończące się, bezsensowne błoto, pełne fekaliów, odpadów i zmarłych, skatowanych ciał, które desperacko próbują wyławiać słaniający się ze zmęczenia i chorób, jeszcze żywi, mężczyźni.

Długi fragment, w którym Japończycy katują jednego z najbardziej wycieńczonych Australijczyków – Gardindera, jest najbardziej wstrząsającą częścią tej książki. Dosadność, brutalność i bestialstwo katów przedstawione w opisie tej sceny są porażające. Niełatwo przeczytać ją bez żadnej przerwy, bez odwracania wzroku, jak gdyby w konfrontacji z tekstem mogło nam to czegoś oszczędzić. Ciało, krew, kości i błoto mieszające się w jedno. Nagie ciało katowane przez nadzorców w mundurach. Scena katowania oglądana przez innych więźniów. Zwłoki, które nie przypominają już człowieka. To jedna strona tej książki. Druga to prawdziwe życie, które nie stanowi jej jednoznacznego przeciwieństwa, jest raczej rozłączne. Nie jest ani niewinne, ani pozbawione dramatu, jednak oszczędza człowieka jako istotę domagającą się elementarnej wolności i godności. Dorrigo jest tu postacią niemal emblematyczną. Walczy nie tylko o własne przetrwanie i życie swoich pacjentów, ale i o pozory godności i nadziei, jakie może dać swoim żołnierzom.

Dorrigo rozumie, że kult Jezusa Chrystusa czyni z cierpienia cnotę. Spierał się o to z Padre Bobem. Ma nadzieję, że słuszność jest przy Chrystusie, ale nie zgadza się z Nim. Nie. Dorrigo jest lekarzem. Cierpienie to cierpienie. Cierpienie nie jest cnotą, nie czyni cnoty i cnota niekoniecznie z niego wypływa. […] Tej nocy, kiedy umarł Padre Bob, Dorrigowi śniło się, że on i Pan Bóg siedzą w piekle, obaj są łysi i biją się o perukę.

Dorrigo nie jest ślepy na ludzkie słabości więźniów. Kłamią, oszukują i kradną, chociaż z klasą. Najgorsi symulują chorobę, najdumniejsi udają zdrowych. Szlachetność często im umyka. […] Mimo wszystko Dorrigo każdego dnia nosi ich na własnych rękach, opiekuje się nimi, kroi ich i zszywa, gra w karty o ich dusze i rzuca wyzwanie śmierci, żeby ocalić jeszcze jedno życie. Kłamie, oszukuje i też kradnie, ale dla nich, zawsze dla nich. Albowiem nauczył się ich kochać i codziennie rozumie, że zawodzi ich w tej swojej miłości, ponieważ coraz więcej z tych żołnierzy umiera.

Dorrigo walczy o żołnierzy. Amputuje im kończyny, nosi na rękach. Wyślizgujące się ciała ciążą ku wszechobecnemu brudowi, błotu i wodzie. Maź bez końca i początku, która najbliższa wydaje się istocie wojny, wciąga ich wszystkich w grę, na którą nie powinni nawet być gotowi. I która nigdy nie miała szczęśliwego finału.

 

Ścieżki północy

Richard Flanagan

Tłum. Maciej Świerkocki

Wydawnictwo Literackie, 2015

Liczba stron: 473

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”, a wcześniej także „Polisemii”. Autorka książki „Korespondent Witkacy” Publikowała artykuły i recenzje w licznych czasopismach oraz portalach. Zajmuje się podmiotowością w literaturze i kulturze współczesnej oraz kulturą amerykańską. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w najnowszej kulturze. Pisze biografię Marii Kownackiej.