niewolnok (1)
RECENZJE | 10.02.2014

„Zniewolony”, a ja znowu jestem Žižkiem („Zniewolony. 12 Years a Slave”)

 Amy Poehler, prowadząc galę rozdania Złotych Globów, ironizowała, że Zniewolony (12 Years a Slave w reżyserii Steve’a McQueena) całkowicie zmienił jej postrzeganie niewolnictwa. Żart z Hollywood, które miałoby mieć moc przemieniania rasistów w uwrażliwionych abolicjonistów, można też odczytać inaczej. Otóż film McQueena, podobnie jak cała fala tak zwanego „kina rozliczeniowego”, do którego należą także Kamerdyner (The Butler Lee Danielsa) czy Lincoln Stevena Spielberga, obnażają jedynie impotencję Hollywood (a może i całej Ameryki) w kwestii rozrachunku z najbardziej niechlubną kartą swojej historii.

Nieco na marginesie tego trendu sytuuje się Quentin Tarantino ze swoim zeszłorocznym Django. Stanowczo odrzucając roszczenia realizmu, reżyser posługuje się kampem, bawi się swoją kwiecistą żartobliwością, wprowadza dziwaczne napięcia, zaprasza do kpiącej zabawy z nadętymi konwencjami narracji i dostarcza kompensacyjnej przyjemności (więcej tutaj). Rozpuszczając realność w fantazji, twórca Pulp Fiction wychodzi poza ideologiczne status quo, które cementują wyżej wymienione dzieła – ze Zniewolonym na czele. Jest to w gruncie rzeczy arcytypowa, spłaszczająca i banalizująca problem opowieść o odkupieniu – z artystycznym zacięciem, który tak chętnie kupiła amerykańska i rodzima krytyka. McQueen próbuje uciec od hollywoodzkiej epickości, pozbawiając filmową historię ciągłości, brawury i patosu, ale w gruncie rzeczy nie wykracza poza utarte ramy filmu kostiumowego umieszczonego w konwencji południowego gotyku. Popada przy tym w pułapkę subiektywizacji, rozpoczynając i kończąc opowieść zogniskowaną na postaci głównego bohatera, nie mówiąc nam nic o samej naturze niewolnictwa w tandemie z rasizmem.

Fabuła jest oparta na wspomnieniu napisanym pod koniec XIX wieku przez Solomona Northupa (Chiwetel Ejiofor) – wolnego czarnoskórego mieszkańca Nowego Jorku, który zostaje podstępem porwany i sprzedany na Południu. Northup przeżywa jako niewolnik dwanaście lat naznaczonych nieludzkim poniżeniem, które reżyser wybiera jako leitmotiv filmu. Narracja przesuwa się między nieznośnie długimi sekwencjami ludzkiego upodlenia a równie krwawymi co w Kill Billu scenami tortur, gwałtu i chłosty, skupiając się głównie na fizycznych cierpieniach bohatera. Eksploracja cielesności jest znakiem firmowym autora Głodu, ale powstrzymując na chwilę estetyczne „ochy” i „achy”: McQueen nie odkrywa Ameryki, ukazując nam bestialstwo niewolnictwa. Robiło to już kino spod znaku exploitation w latach 70., transgresywnie przekraczając granice reprezentacji okrucieństwa dopuszczanej ówcześnie przez instytucyjne normy. To, co w kinie rozrywkowym nazywane jest gore i eksploatacją (krew i mięso), u zafascynowanego okrucieństwem i przemocą McQueena jest sprzedawane jako realizm.

Solomon jest wykształconym i utalentowanym artystycznie przedstawicielem nowojorskiej klasy średniej, co może wywołać wrażenie, iż jego męki są w jakiś sposób „głębsze” niż innych czarnych niewolników. Bohatera widzimy przed porwaniem, kiedy prowadzi wyrafinowane życie przedstawiciela miejskiej burżuazji, otoczony szacunkiem swojego środowiska. Reżyser konstruuje tu całkowicie sprzeczny z rzeczywistością historyczną mit tolerancji i poszanowania jednostki, jakim miałaby być amerykańska Północ. Jednocześnie każe nam wierzyć, że jądro ciemności znajdowało się na głębokim, egzotycznym Południu, które udało się pokonać w wojnie domowej. Choć Północ formalnie zakazała niewolnictwa, to z pewnością nie była wolna od rasizmu i segregacji, które istniały tam raczej w stanie de facto niż de iure jak na Południu.

W 2014 roku panuje już dość oczywisty konsensus w sprawie potępienia niewolnictwa i rasizmu, dlatego też film, który jedynie ten konsensus potwierdza, niczego nie osiąga. Zniewolony jako próba poważnej rewizji ponosi porażkę, nie odsłaniając systemowego uwikłania niewolnictwa, tego, w jaki sposób było ono wpisane immanentnie w amerykański sposób życia.  Nie wskazuje też logiki ekonomii i utowarowienia, która na nie pozwoliła, przez co film pozostaje opowieścią o indywidualnym cierpieniu ze szczęśliwym zakończeniem. McQueen próbuje nam pokazać, że złe (w tej roli psychopatyczny Michael Fassbender i jego żona) lub dobre (tu z kolei Brad Pitt jako wspaniałomyślny Kanadyjczyk) były jednostki, nie społeczny model. Brytyjski reżyser nie zadaje sobie pytania o to, dlaczego możliwe jest, aby w obrębie tego samego państwa obywatele Pensylwanii byli postępowymi, uwrażliwionymi abolicjonistami, ale już ich sąsiedzi w Virginii – krwawymi plantatorami. Schizofrenię amerykańskiego systemu najlepiej egzemplifikuje postać Thomasa Jeffersona, ojca założyciela, autora Deklaracji Niepodległości i trzeciego prezydenta USA. Był on właścicielem plantacji i setek niewolników, czerpał zyski z ich pracy, jednocześnie publicznie potępiając ten proceder jako niegodny. Zniewolony podtrzymuje myślenie o historii w jej oficjalnej, triumfalnej wersji symbolizowanej przez słynne „I had a dream”, w której przedstawia się iście teleologiczną narrację o walce z rasizmem, kończącą się happy endem wraz z Martinem Lutherem Kingiem i rokiem 1967, czyli oficjalnym końcem segregacji (rzut oka na mapy rozmieszczenia rasowego w USA może nam przypomnieć, że jednak ciągle jesteśmy w Kansas). Nawet tak radykalne ugrupowania jak Czarne Pantery, których ideologicznym raison d’être było obalenie amerykańskiego systemu polityczno-ekonomicznego, zostały wchłonięte do tej popularnej opowieści. Rocznice, święta takie jak Black History Month, filmy dokumentalne (Eyes on the Prize, 1987, PBS) podtrzymują oficjalny dyskurs i konstruują mit o Ameryce jako kraju wolności jednostki i demokracji. Mimo, iż sama instytucja niewolnictwa została dawno zniesiona, ideologiczne podwaliny, które pozwoliły na jego zaistnienie są w dalszym ciągu żywo obecne.

W Zniewolonym na bohatera wybrany zostaje wykształcony Northrop, co zdaje się sugerować, że istnieli Murzyni, którzy bardziej niż inni „zasługiwali” na wolność. Nieustanny kontrast pomiędzy wrażliwością i wyrafinowaniem intelektualnym Solomona a prostotą charakteru „zwykłych” niewolników, którzy nie posługiwali się poprawną angielszczyzną, sprawia, że w ekstazie szczęśliwego zakończenia przestajemy się przejmować losem tych, którzy pozostali na plantacjach. Podobnie dzisiaj los milionów ludzi zepchniętych do gett i sytuacja karceralnego boomu, którego ofiary w zdecydowanej większości są czarne, okazuje się niewystarczającym dowodem na społeczny rasizm i wykluczenie, bo przecież jest Obama. Współcześnie trudnym do zrozumienia paradoksem wydaje się wybór Obamy na prezydenta oraz statystyki mówiące, że w amerykańskich więzieniach zamkniętych jest więcej Afroamerykanów niż było niewolników w 1850 roku.

Zniewolony może się świetnie sprawdzać jako kino rozrywkowe, choć moim zdaniem dużo lepiej zadanie to spełnia Django czy starsze filmy plantation genre – gatunek kina eksploatacji rozgrywający się w scenerii niewolniczego Południa (Goodbye Uncle Tom z 1971 czy Mandingo z 1975). Film McQueena nie jest żadnym przełomowym dziełem, podsumowaniem czy rozliczeniem ze wstydliwą historią, do czego rości sobie pretensje. Zniewolony nie zmieni postrzegania kwestii niewolnictwa, nie uwrażliwi na rasizm, co najwyżej pozostawi z wrażeniem, że od amerykańskich Południowców lepiej się trzymać z daleka.

Kino artystyczne winno być niepoprawne, zadawać sobie niewygodne pytania oraz szukać niekonwencjonalnych odpowiedzi. Dużo lepiej udaje się to w przypadku niezależnego Fruitvale Station Ryana Cooglera, opowiadającego współczesną historię młodego czarnoskórego Oscara Granta zastrzelonego przypadkowo przez białego policjanta. Film niestety przeszedł bez echa, pozostając w cieniu zachwytów nad amerykańsko-brytyjskim wielkobudżetowcem. Zachęcam jednak do obejrzenia Zniewolonego wszystkich, którzy lubią folgować swoim sadystycznym skłonnościom w bezpieczny sposób. Będziecie zachwyceni walorami wizualnymi.

 

Zniewolony (12 Years a Slave), reż.  Steve McQueen, USA, Wielka Brytania (2013)

Ewa Drygalska

Ewa Drygalska

(ur. 1984) – absolwentka filmoznawstwa i doktorantka w Instytucie Amerykanistyki UJ, gdzie przygotowuje pracę doktorską na temat kina blaxploitation. Lubi rap i filozofię postsekularną. Żartuje, że jest feministką.