• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Nowości wydawnicze | 14.06.2020
Zenon Sakson, „Zaczarowany uber” (fragment)
  • Autor
  • Redakcja
  • ILUSTRACJA
  • Fragment okładki aut. Bolesława Chromrego
Nowości wydawnicze | 14.06.2020

Zenon Sakson, „Zaczarowany uber” (fragment)

Fryzjer z piekła rodem

Jest koło piątej i już ciemno, bo to zima. Idziesz przez nieznany rejon centrum, ulice jakby Jagiellońska albo Śląska, ale wyglądają i przebiegają inaczej. Skręcasz w małą przecznicę, której nigdy wcześniej tam nie było, i pod wpływem impulsu, jakiejś nagłej i trudnej do wytłumaczenia chęci zmiany, wchodzisz do fryzjera. O tej porze zakład jest pusty, suchy staruszek w białym kitlu odkłada gazetę, wstaje z fotela i wita cię zaskakującym „Szczęść Boże”.

Rozglądasz się po raczej nietypowym otoczeniu, widać, że od wielu lat nic tutaj nie zmieniano, z przykurzonych ścian patrzy zwielokrotniona przez rzędy luster, wykrzywiona z bólu twarz mężczyzny naturalnej wielkości, zawieszonego na krzyżu ze sczerniałego od starości drewna. Za dodatkowe dekoracje służą wielkie i zadymione malowidła przedstawiające portrety zachmurzonych świętych i ostre sceny starotestamentowe, w których nienaturalnie białe postacie, zastygłe w dziwnie powyginanych pozach, wymownie wskazują na siebie palcami, zrywając udrapowane szaty i wznosząc noże. Wolne miejsca między obrazami, a także narożniki misternie frezowanych i wierconych przez korniki ram zajmują tanie druki z cytatami z Pisma i przeciwdemoniczne wezwania do świętego Ignacego Loyoli.

Siadasz w fotelu pamiętającym pewnie czasy Inkwizycji, leciwy fryzjer zawiązuje ci ciasno pod szyją białą komżę i bez słowa wręcza album z wzorami fryzur do wyboru. Zamiast standardowych czupryn wielkomiejskich gejów czy królów parkietów prowincjonalnych dyskotek są tam fotografie samych dużych głów znanych z telewizji: jest Kaczyński, Wałęsa, Dziwisz, Głódź, Terlikowski i reszta. Przeglądasz chwilę i decydujesz:

– Na młodego Giertycha poproszę.

Bardzo stary fryzjer, prawdopodobnie czynny uczestnik Cudu nad Wisłą, wzdycha surowo, ale w milczącym geście potwierdzenia skłania lekko głowę i wyjmuje z kieszeni kitla grzebyk oraz nożyce, którymi zaczyna monotonnie trzaskać nad twoim uchem. Działa to na ciebie usypiająco i odpływasz w dziwny ni to sen, ni to marzenia realistycznie ukazujące sceny z czyśćca. W czyśćcu jest szaro, zimnawo i pusto, wędrujesz bezdrożami, zaczepiany przez dusze dzieci nienarodzonych błąkające się po polach skutych topniejącym lodem, dusze te ciągną cię za rękaw, namawiając do czynienia pokuty i zakupu okazjonalnych dewocjonaliów. Brodząc przez zmarzłe błoto, trafiasz na krętą drogę, między szpalerami wierzb chwieją się wystawne kaplice, zwiędłe kwiaty i stopione ogarki świec za szkłem otaczają rzeźbione figury o smutnych spojrzeniach, z ich pustych oczodołów leje się krew ściekająca do przydrożnych rowów wypełnionych przez zmurszałe krzyże, umundurowane kości kończyn i dziurawe czaszki. Po szosie snują się znękane kolumny przodków, powstańców i bohaterów maszerujących z trudem przez płaski i gruboziarnisty krajobraz radzieckiego kineskopu. Jest to niekończący się wąż zesłańców, straceńców, wyklętych, wysiedlonych i reszty ofiar dziejów o startych, zszarzałych twarzach i dziwnych, rzadko obecnie używanych imionach typu Bronisława albo Kalasanty. Niosą wspólnie olbrzymi, choć niewidoczny ciężar i pragną ci go przekazać albo przynajmniej nakłonić cię do przyłączenia się do ich pochodu. Odmawiasz, a oni patrzą na ciebie z wyrzutem i pełzną dalej zgarbieni pod jarzmem przytłaczającego brzemienia. Na bardzo nisko zawieszonym ponad nimi sinofioletowym niebie klucze boćków formują szyki i odlatują na południe, nurkują nadlatujące z zachodu sztukasy, z północy wyje wściekle mokry, polarny wiatr, a od wschodu biją złowrogo gromy i szaleje łuna pożarów. Przepychając się przez oddziały zgnębionych dziadów odzianych w szare łachmany, przechodzisz na drugą stronę szosy, temperatura jest tam wiosenna i krajobraz nabiera kolorów, niebo jest niebieskie, a pustynia żółta. Spomiędzy kaktusów wychodzi seksowna dama ubrana w długą, czarną suknię z koronkami, wysokie, sznurowane trzewiczki i posrebrzane sombrero. Jej twarz jest ręcznie malowana bezpośrednio na nagiej czaszce, ale naprawdę bardzo ładnie jej w tym makijażu. Młoda kobieta tańczy, gra na gitarze i śpiewa po hiszpańsku raczej wesołą piosenkę o śmierci: „¡Oh, la muerte, oh, la, la, la, la muerte!”.

Jej piękny głos wyrywa cię z tego przedziwnego letargu i kiedy otwierasz oczy, widzisz przed sobą odbicie w lustrze przedstawiające zgarbionego, starego człowieka w białym kitlu, który pochyla się nad tobą z nożycami, ale od razu zauważasz, że coś jest z tobą nie tak, i krew ścina ci się w żyłach, kiedy zaglądasz w twoją twarz, która jednak nie jest twoja:

– Nie! – krzyczysz. – Tak nie miało być! Twarz miała zostać! Miałeś, dziadu, tylko podciąć boki i grzywkę!

Trzymając się oburącz za głowę, wybiegasz z przeklętego zakładu, próbując ukryć swoją nową twarz, ale ludzie idący po chodniku rozpoznają cię bez trudu i pokazują cię sobie palcami:

– O, zobacz – mówią – młody Giertych! Biegnie jak szalony, ciekawe dokąd?

Zenon Sakson, Zaczarowany uber, Korporacja Ha!art 2020