• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 25.02.2020
Zenek bez właściwości („Zenek”)
Recenzje | 25.02.2020

Zenek bez właściwości („Zenek”)

Najnowsze dzieło Jana i Marty Hryniaków zostało już w dniu premiery zwiastuna uznane za kompletne fiasko, kolejną kompromitację TVP. Tymczasem Zenek,jak gdyby na złość komentatorom, za nic nie chce być filmem fatalnym. Nie znaczy to jednak, że możemy odetchnąć z ulgą.

To zabawne, z jakim trudem przychodzi nam wyciąganie wniosków i nauka na własnych błędach. Wszak całe zamieszanie dotyczące Zenka i mnogość formułowanych ex catedra komentarzy zamieszczonych w mediach społecznościowych na kilka tygodni przed premierą, do złudzenia przypomina debatę toczoną przez publicystów w latach 90. Wówczas to Tadeusz Sobolewski wzywał na łamach „Tygodnika Powszechnego” do bojkotu disco polo, powoływał się przy tym na duchowych patronów w rodzaju Wajdy, Zanussiego czy Kieślowskiego. Polski najntisowy inteligent, potępiając w czambuł coraz liczniejszą grupę wykonawców i słuchaczy, z zadowoleniem umacniał podział na pana i chama, między wierszami postulował utworzenie rezerwatów dla dzikich, których my (ludzie obdarzeni nienagannym gustem) będziemy uczyć, co to jest prawdziwa kultura i sztuka. 

Krążące po Facebooku pytanie „PO CO W OGÓLE KRĘCIĆ O CZYMŚ TAKIM FILM?” – postawione na długo przed premierą Zenka– również ujawniało paternalistyczne zacięcie komentujących, a przy tym wydawało się całkowicie bezzasadne. Biografia wielkiej gwiazdy disco polo stanowi przecież doskonały punkt wyjścia do opowieści o posttransformacyjnych zawiłościach, awansie społecznym, plemiennym konflikcie wpisanym w nasze codzienne funkcjonowanie. 

Zdaję sobie sprawę, że instrumentalne podejście do disco polo prezentowane przez rządzących oraz niedawne korekty budżetowe związane z TVP sprawiają, że raczej trudno myśleć o projekcie Hryniaków z entuzjazmem i sympatią. Zbywanie całego przedsięwzięcia wzmiankami o „oddawaniu hołdu miernocie” i „sprzyjania najniższym gustom” oraz topienie tematu w „heheszkach” w rodzaju „jaki kraj, taki Freddie Mercury” (czemu sprzyjał oczywiście plakat promujący film) to jednak nic innego, jak poprawianie wspomnianych linii podziału grubym, jaskrawym markerem. Tymczasem najwyższa pora, by sięgnąć po stary, dobry (i najntisowy) korektor. Rzetelna, pozbawiona uprzedzeń dyskusja dotycząca całego zjawiska mogłaby być dobrym punktem wyjścia.

Plakat promujący film

No właśnie – mogłaby. Tajemna sztuka recenzowania tekstów, z którymi dotychczas nie mieliśmy do czynienia i przedpremierowa dyskusja zdradzająca niebezpieczne klasistowskie instynkty nie znajdują w wypadku Zenka specjalnego zastosowania. Należy bowiem powiedzieć wprost: to nie jest film o disco polo. Twórcy skupiają się przede wszystkim na początkach działalności muzycznej Martyniuka, jego dorastaniu na Podlasiu, pierwszych występach w wiejskich remizach, za które otrzymuje honorarium w postaci skrzynek wódki. Ponad połowa filmu stanowi dość urokliwą fantazję na temat polskiej prowincji z przełomu lat 80. i 90. Fantazję, gdyż lata politycznego i gospodarczego przełomu oglądamy tutaj przez estetyzujący filtr: uwagę przykuwa pieczołowita scenografia i kostiumy, oko cieszą również miejscowe plenery, w czym duża zasługa operatora Bartosza Bieńka. Podlasie z Zenka jest zgrzebne i ubogie, a przy tym niemal wolne od konfilktów i napięć, wielokulturowe i wielowyznaniowe. Cieszy choćby wątek cygański. Na pochwały zasługują również wcielający się w ejtisowego i najntisowego Zenka Jakub Zając, który wraz z Klarą Bielawką grającą Danutę Martyniuk (co ciekawe: zarówno tę nastoletnią, jak i dojrzałą) niejako ciągnie ten film. Zającowi udało się w naprawdę przekonujący sposób sportretować postać prostolinijnego, skromnego chłopaka obdarzonego niewymuszoną charyzmą, choć trzeba zaznaczyć, że w trakcie śpiewu  niepokojąco przypomina Klocucha. W każdym razie: to on kradnie ten film.

Mamy tu też sporo atrakcji dla rodzimych duchologów: Zenek i jego koledzy z zapałem spisują z nagrań teksty zagranicznych utworów, uciekają przed wrogo nastawionymi wobec nich rockistami-depeszowcami, buszują po targowiskach w poszukiwaniu zachodnich magazynów. Podczas jednego z występów wykonują natomiast zapomniany singiel Papa Dance pt. Miłość z walkmana. W filmie dominują zresztą utwory z epoki pre-discopolowej: usłyszymy tu (a w niektórych przypadkach również zobaczymy!) między innymi Limahla i Bad Boys Blue, znalazło się również miejsce dla Boney M. i Boltera, ale i dla utworów cygańskich. Wszystko to zdaje się sugerować, że disco polo to amalgamat rozmaitych gatunków i tradycji.  Co zaskakujące, muzyki samego Martyniuka oraz jego kolegów po fachu niemal nie uświadczymy.

Nieobecność disco polo na ścieżce dźwiękowej filmu o sztandarowym wykonawcy z tego nurtu musi budzić podejrzliwość. Dużo bardziej martwi jednak fakt, że scenarzyści zaledwie prześlizgują się po całym zjawisku: karierę Akcentu z lat 90. postanowili streścić przy pomocy ogólników i fabularnych skrótów. Wiemy, że Zenek zaczął wówczas zarabiać całkiem sporo pieniędzy, że rzadko bywał w domu i zaniedbywał rodzinne obowiązki. I że pieczę nad jego karierą sprawował początkowo Sławomir Skręta, który został tu (wbrew znanym powszechnie faktom) ukazany jako kombinacja cinkciarza i nadmorskiego machera oszukującego turystów podczas gry w kulki. Najntisowa działalność Akcentu (oraz biznesowa machina, której byli częścią) nie została tu obarczona żadną, choćby zalążkową refleksją. Nie zahaczymy tu o discopolowe szaleństwo tamtych czasów, nie dane nam będzie poznać tła wszelkich wydarzeń – chyba że za takowe uznamy wzmiankę, że Zenek kupił wtedy mieszkanie. Zupełnie, jakby twórcy chcieli jedynie potwierdzić tezę pt. started from the bottom, now we’re here i ruszyć dalej.

A dalej czekają nas głównie fabularne kurioza i nieprzyjemności. Co prawda Krzysztof Czeczot, grający starszego Martyniuka, robi, co może i wypada w swojej roli całkiem przekonująco, nie jest jednak w stanie przebić się przez scenariuszowe niedostatki. Gdy tylko na horyzoncie zaczyna migotać jakiś ciekawszy wątek – na przykład działalność Akcentu w latach zerowych oraz problemy alkoholowe głównego bohatera – zostaje on sprowadzony do lapidarnej wzmianki w rodzaju „menadżerowie obsiedli Zenka, nie wytrzymywał całej tej presji”. Narracyjną indolencję obnaża dodatkowo fakt, że część historii zostaje opowiedziana przez uczestników wydarzeń w paradokumentalnej formie – na ekranie pojawia się wówczas logo fikcyjnej stacji telewizyjnej zajmującej się disco polo. 

Martyniuk z drugiej części filmu zdaje się jedynie pozbawioną właściwości marionetką, która średnio radzi sobie z popularnością i jest zmuszona robić dobrą minę do złej gry (często dosłownie). Temat ten również nie zostaje jednak rozwinięty. Zamiast tego dostajemy wmontowany na siłę, fikcyjny wątek porwania syna Martyniuków (co ciekawe: tego typu epizod pojawił się tak naprawdę w biografii innej gwiazdy disco polo – Sławomira Świerzyńskiego), który ma zapewne ożywić i uwierzytelnić postać Zenka. Zamiast tego rozbija jedynie fabułę, a jego rozwiązanie [MAŁY SPOILER] rujnuje cały wcześniejszy trud włożony w to, by ukazać społeczność romską w sposób daleki od stereotypów i stygmatyzacji [PO MAŁYM SPOILERZE].

Pomimo powyższych zarzutów Zenek stanowi dość solidne kino rozrywkowe. Film Hryniaków nie sprowokuje jednak szerszej dyskusji, nie będzie stanowić głosu w debacie na temat polskiej polityki kulturalnej i fenomenu disco polo, nie zachwyci, ale i raczej nie oburzy. To poprawne pod względem rzemieślniczym, ale zarazem zupełnie niezobowiązujące kino – takie, do którego raczej nie chce się wracać, nawet dla żartu. Jak już zapowiedziano, opowieść o Martyniuku doczeka się za jakiś czas sequela, który prawdopodobnie będzie opowiadał o ostatnich kilkunastu latach kariery muzyka. Zważywszy na to, co serwują nam twórcy w drugiej połowie Zenka, wszelkie obawy wydają się tym razem uzasadnione.

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.