• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 09.09.2019
Żelazna nić, czyli o książkach dla dzieci w odbiorze dorosłych (Popteksty)
Artykuły | 09.09.2019

Żelazna nić, czyli o książkach dla dzieci w odbiorze dorosłych (Popteksty)

Jestem jedną z tych osób, które co jakiś czas odświeżają sobie wiele książek z dzieciństwa. Jako że zbliżam się do czterdziestki, gdy na polskim rynku pojawiła się np. seria o Harrym Potterze, byłam już dorosła – moje dzieciństwo to zatem raczej nieocieplone bloki z wielkiej płyty, autobusy typu Ikarus z niedomykającymi się drzwiami, zupy mleczne na śniadanie, a nie brytyjska fantastyka. I oczywiście wszystkie Anie z Zielonego Wzgórza, książki Ożogowskiej, najwcześniejsza Musierowicz czy wciskana na siłę w szkole, ale lubiana Jurgielewiczowa.

Wracam do nich regularnie. Po co właściwie? Po to, aby rozgościć się w znanym, wygodnym świecie, w którym co drugie zdanie przypomina mi czasy, gdy byłam we własnych oczach superbohaterką, każda doba trwała tydzień, a na głowie miałam – szalenie wtedy poważne – problemy typu dwója z dyktanda, kolejka do papierniczego po plastikowe okładki na zeszyty albo „czy mama zrobi blok czekoladowy?”. Po to, aby przypomnieć sobie swoje dzieciństwo, ale i dzieciństwa wcześniejszych pokoleń, bo przecież spora część książek czytanych przez moje pokolenie w latach 80. to były powieści o ludziach sprzed kilku dekad. Ożogowska czy Jaworczakowa pisały przecież o młodzieży szkolnej z lat 60., a więc na moją perspektywę dziecka późnego PRL-u nakładała się od razu perspektywa czasów, gdy Polska Ludowa, po okresie wysilonej odbudowy, łapała powoli pierwsze oddechy powojennej normalności. Problemy szkolne, domowe i koleżeńsko-uczuciowe wydawały się jednak całkiem uniwersalne – na tyle, by dziewczynka z warkoczem, ubrana w poliestrowy fartuszek z falbankami, mogła w 1985 roku czytać i rozumieć perypetie młodzieży z 1965 roku, nawet jeśli dziwiły ją pojedyncze powiedzonka czy szkolne zasady.

Biorę te tomy do rąk (bo nie wyrzucam, nigdy) po wielu latach, po przebyciu dystansu czasowego i przestrzennego, jako osoba bardzo już dorosła. Wracam do przeżyć „tego obcego”, Kasi, Ilki czy Tomka i Tosi. Wracam do poznańskich Jeżyc albo do niemal walącej się warszawskiej kamienicy, gdzie mieszka kilka rodzin, do bohaterów powieści Ucho od śledzia. Wracam jak do znajomych – a jednak mój punkt widzenia jest już inny. Na recepcję i percepcję dziecka nakłada się odbiór tej samej treści przez dorosłego. Budowa prostych przecież historii „z morałem” staje się szkatułkowa, a jednotorowa narracja poszerza się o perspektywę dorosłych bohaterów powieści, których motywacje i postępowanie zaczyna się rozumieć bardziej niż wtedy, gdy pochylało się nad dokładnie tymi samymi zdaniami trzydzieści lat temu.

Książki, o których chcę dziś opowiedzieć, to dwie (pozornie) nieskomplikowane opowieści dla dzieci: Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerekHanny Ożogowskiej i Oto jest KasiaMiry Jaworczakowej oraz dużo bardziej złożona – a i, co smutne, mniej znana – powieść młodzieżowa Danuty Bieńkowskiej pod tytułem Wielka gra. Co je dzieli? Na pierwszy rzut oka bardzo wiele. Miejsca akcji, wiek i płeć bohaterów, tor rozwoju perypetii, rodzaj morału, jaki – strawnie, lecz wyraźnie – próbują serwować nam autorki. Co łączy? Czas akcji: wszystkie te powieści dzieją się (i po raz pierwszy zostały wydane) w latach 60. 

A także: dorosła perspektywa czytelnicza, która każe współczesnej odbiorczyni ogniskować zainteresowanie nie tylko na kluczowych dla akcji postaciach dzieci, ale i na obrazie rodziny, warunków ekonomicznych i bytowych, a zwłaszcza – na kreślonych przez autorki na marginesie, niby od niechcenia, postaciach dorosłych kobiet.

Dziewczyna i chłopak…to książka, którą zna absolutnie każdy, kto wychował się w PRL, a i po transformacji jej popularność niespecjalnie osłabła. Szalona historia, od której bardzo trudno się oderwać, zasadza się na popularnym w literaturze od wieków i będącym zarzewiem zabawnych i zaskakujących perypetii koncepcie zamiany ról. I to ról płciowych. Oto, w wyniku nieporozumienia, podobne do siebie fizycznie rodzeństwo, Tomek i Tosia, zamienia się na całe wakacje rolami, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tomek musi ubierać się jak dziewczynka i wykonywać wszystkie „dziewczyńskie” obowiązki (na których się oczywiście nie zna), musi także przejawiać „damskie” zainteresowania i zamiłowania, bo tego się od niego oczekuje w nowych okolicznościach. Tosia, inteligentna, ale wątła i nieco strachliwa, trzymana do tej pory pod kloszem przez rodzinę, musi jechać na wakacje do leśniczówki i udawać silnego, zawadiackiego, wygadanego chłopaka – bo taką opinię miał Tomek. Ten konstrukt fabularny jest oczywiście stary jak świat i zawsze skutkuje serią gagów. Ożogowska jednak nie poprzestaje na komediowej stronie pomysłu à la „hahaha, facet w spódnicy”. Pogłębia perspektywę, wprowadzając postaci ojca i matki rodzeństwa, a także nie stroni od smutnych zdarzeń, walki ze sobą, strachu i nauczek, jakie dzieci (a zwłaszcza Tomek) wyciągają z nieplanowanej zamiany ról. Na polskiej lewicy powieść była półżartem opiewana jako „pierwsza polska historia transgenderowa”.

Tym, co rzuca się od razu w oczy osobie dorosłej, która pierwszy lub nawet kolejny raz czyta Hecę, jest patriarchalny konstrukt rodziny, z prymarną rolą ojca. Jego wola jest ostateczna, jego słowo rozstrzygające. Żona i dzieci chodzą na palcach, by nie wzbudzić wybuchu gniewu. Jednocześnie jednak ojciec ten jest przez autorkę przedstawiany jako postać nieskazitelna moralnie, człowiek zapracowany i uczciwy, którego ciężka praca „na rodzinę” usprawiedliwia terror wychowawczy. Moralne przesłanie opowieści jest takie, że dzieci powinny słuchać rodziców, by całej rodzinie żyło się gładko. Ożogowska nie stroni od usprawiedliwiania ojca, nawet wprost, odautorskim tekstem, a jedynie lekko, jakby piórkiem, rysuje postać matki, która także obawia się gniewu i niezadowolenia swojego męża, a w dodatku spada na nią istotna rola: ma stanowić żywą tamę pomiędzy tym gniewem a dobrostanem dzieci.

Oto jest KasiaMiry Jaworczakowej to natomiast dość mdląco dydaktyczna opowiastka dla dzieci z podstawówki, w moich czasach jedna z obowiązkowych lektur szkolnych. Historyjka, która zasadza się na tym, że warto być miłą i grzeczną, bo wtedy nas lubią, a nie warto być samolubną i egoistyczną, bo się od nas odsuwają, ma jednak ciekawy walor – stanowi dość interesującą opowieść o zazdrości, jaką odczuwają dzieci po pojawieniu się na świecie rodzeństwa. Psychologia dziecięca poświęca temu tematowi trochę miejsca, ale Jaworczakowa prostym, przystosowanym do percepcji dziesięciolatków językiem opisała te meandry uczuć już w 1960 roku.

Ostatnią z interesujących z perspektywy dorosłej kobiety powieści jest Wielka graDanuty Bieńkowskiej. Trudno ją nazwać książką dla dzieci, a nawet dla młodszej młodzieży. Bohaterką opowieści jest Ilka, dziewczyna z klasy maturalnej. Rodzina Ilki przedstawiona jest wprost, bez upiększeń: rodzice są po rozwodzie, ojciec nie mieszka z rodziną, brat nie zajmuje się domem i wdaje w podejrzane towarzystwo, matka chałturzy jako szwaczka, bez przerwy, dzień i noc, skulona przy maszynie w malutkim dwupokojowym mieszkaniu. Ilka niby „ma się tylko uczyć”, ale rzeczywistość dopada ją wcześniej, niż się spodziewała: matka ma zawał. Skromny dotąd domowy budżet zupełnie już się rozpada. Ilka postanawia zdobyć pieniądze, potajemnie występując w turnieju Wielka gra. Jest jeden haczyk – żeby wygrać, musi żmudnie przyswoić wiadomości z nieznanej sobie wcześniej dziedziny nauki, jednocześnie zajmując się domem, przygotowując do matury, odwiedzając mamę w szpitalu i przeżywając perypetie uczuciowe. Książka jest gorzka, smutna, bardzo uczciwa wobec opisywanej rzeczywistości uboższych rodzin, w których brak jednej osoby, jednego puzzla powoduje zawalenie się całego świata. Z omawianych tu pozycji ma też perspektywę zdecydowanie najszerszą – możemy zajrzeć do domów innych rodzin z tamtego okresu, m.in. bogatego lekarza czy córki praczki. W tle, dostrzegany głównie okiem dorosłych czytelników, przewija się korowód problemów epoki i tych uniwersalnych, ponadczasowych: niezdana matura, dokwaterowanie obcych do mieszkania, chęć „urządzenia się”, pospieszne małżeństwo i takiż rozwód, socjalizm jako blada, nierozpalająca już młodzieży idea. Obecnym osiemnastolatkom byłoby być może trudno głębiej zrozumieć część tej narracji, ale wiele z opisywanych przez Bieńkowską codziennych kłopotów warszawskich rodzin z 1967 roku mogłoby się innym rodzinom przydarzyć także i teraz.

Odkurzajmy półki, bo są na nich poupychane klejnoty i świadectwa odchodzenia w niebyt kolejnych epok, z którymi jednak łączy nas całkiem silna, czasem nawet żelazna nić. Szukajmy w tych nieco zapomnianych, a czasem nawet śmieszących nas historiach uniwersalnego wzorca zdarzeń, według którego po prostu działa nasz świat, swoistego koła życia i śmierci, raz-na-wozie-raz-pod-wozem, perpetuum mobile, które, samo nigdy się nie zatrzymując, i nas wprawia w wieczny ruch. Gdy te półki przejrzymy, okaże się, że książki „dla dzieci” nie są wcale tylko dla nich, lecz dla każdego i o każdym.

Projekt jest współfinansowany ze środków Miasta Krakowa.