popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | „Żeby płakać, muszę najpierw wejść w rytm” (A. Ginsberg „Listy”)
Ginsberg_rys.Marta Kubiczek
RECENZJE | 20.10.2014

„Żeby płakać, muszę najpierw wejść w rytm” (A. Ginsberg „Listy”)

Zbiór listów Allena Ginsberga (którego oryginalne wydanie zawdzięczamy Billowi Morganowi) nie doda zbyt wiele do obrazu Beat Generation, jaki wyłania się po lekturze wydanej w 2012 roku korespondencji poety z Jackiem Kerouakiem. To jednak żaden problem – nie o tym jest ta książka.

W takim razie o czym? To pytanie – w wypadku publikacji tego typu – może się wydać bezzasadne i/lub głupie. Ciągłość wymiany listownej między bohaterem tego tekstu a autorem W drodze pozwalała jednak czytać wspomniany zbiór jak dziwną epistolarno-awanturniczo-(tu wpisz jeszcze kilka określeń gatunkowych) powieść. Tym razem jest inaczej, bo i specyfika Listów Ginsberga jest inna. Bill Morgan wykonał ogromną archiwistyczną robotę i dostarczył czytelnikowi wyselekcjonowaną korespondencję powstałą na przestrzeni pięćdziesięciu sześciu lat. Jak łatwo się domyślić, jest to korespondencja jednostronna. Odpowiedź na pytanie otwierające niniejszy akapit wydaje się więc banalna: Listy są o Ginsbergu.

Czytelnik otrzymuje wgląd w skomplikowaną osobowość poety i obserwuje jego relacje z przyjaciółmi, rodziną, wydawcami. Wiadomo, że Ginsbergowi trudno byłoby przypiąć łatkę artysty-introwertyka, co znajduje potwierdzenie w zawartości tego zbioru. Pisarz nie szczędzi adresatom swoich listów rozmaitych informacji dotyczących jego stanu emocjonalnego czy seksualnych eksperymentów dokonywanych na własnej orientacji. Prawdziwe „mięso” introspekcyjnych wywodów poety stanowi jednak refleksja dotycząca roli, jaką odgrywa w jego życiu literatura – co ciekawe, dotyczy to nie tylko wiadomości wysyłanych do znajomych pisarzy i wydawców. W liście do Wilhelma Reicha – znanego psychiatry, o wizytę u którego zabiegał dwudziestoletni autor – przyznaje: […] obecnie jednak jestem aż nazbyt świadom tego, że pisarstwo wiąże się z wtórnymi, zapośredniczonymi emocjami i w związku z tym nie jestem w stanie „poświęcić się” temu ani jakiemukolwiek innemu zajęciu. I tak jest już do końca: pisanie jest dla Ginsberga esencją życia, ale potrafi też odwracać uwagę od wszystkiego, co poza tekstem (były to czasy, gdy coś poza nim jeszcze istniało).

A jeśli tak, to jest to też książka o pisaniu. Nie tylko pisaniu autora Skowytu, ale i o tym, w jaki sposób amerykańska poezja uwalnia się spod jarzma wysokiego modernizmu i szuka sobie nowych bohaterów w postaci Walta Whitmana i (od początku bardzo wspierającego Ginsberga) Williama Carlosa Williamsa. Wczesne listy i zawarte w nich fragmenty wierszy nie wskazują jednak jeszcze na to, że mamy do czynienia z poetą wybitnym. Młody autor przyznaje się co prawda do fascynacji Arturem Rimbaudem czy wspomnianym Whitmanem, jego próby literackie są jednak naszpikowane okrągłymi frazami i zgranymi rekwizytami. Tłumaczy to też, dlaczego cieszą się zmiennym szczęściem wśród redaktorów pism literackich i wydawców. Można jednak przypuszczać, że zapał korespondencyjny Ginsberga odegrał niebagatelną rolę w poszukiwaniu własnej dykcji i ćwiczeniu pisarskiego warsztatu. Skojarzenia ze słynnym Skowytem są – w przypadku fragmentów takich jak ten, pochodzący z listu do Jacka Kerouaca z 1949 roku i niebędący wcale załączonym do wiadomości wierszem – nieuniknione: to bezkrwiste, apoetyckie mieszczaństwo, ci od nauk społecznych i eksperymentów ze szczurami, ci błękitnoocy, co chodzili na studniówki i rozprawiali o socjalizmie – potem jechali autokarem, wśród falujących na wietrze łanów pszenicy, żeby studiować psychologię społeczną i medycynę, nudziarze i ignoranci, Żydzi z Bronxu. Uwadze badaczy literatury nie ujdzie zapewne fakt, że niektóre z listów można traktować jako mini-eseje dotyczące technicznego aspektu pisania, kwestii rytmu i prozodii (znajdziemy tu choćby list do Ezry Pounda z 1951 roku, który był – niestety nieskuteczną – zachętą do dyskusji na temat kwestii poetyki i warsztatu). Z tego punktu widzenia wartość zbioru zredagowanego przez Billa Morgana jest nie do przecenienia – mamy do czynienia z sytuacją, w której zapomniana sztuka pisania listów jest głównym z czynników, które ukształtowały dojrzałego poetę.

Wreszcie – być może najistotniejsze z oblicz Ginsberga. Jawi się on nam tu jako „poeta interwencji”, przez pryzmat którego oglądamy zmieniającą się na naszych oczach Amerykę. Symptomatyczny wydaje się fakt, że zbiór otwiera list napisany przez piętnastoletniego autora do redakcji „New York Timesa”, dotyczący udziału Stanów Zjednoczonych w II Wojnie Światowej. Znajdziemy tu również korespondencję przesyłaną do kongresmenów i prezydentów USA (od Eisenhowera do Clintona), które pokazują, jak silnie autor listów zaangażowany był w debatę publiczną. Wbrew temu, co napisałem na temat problemów Ginsberga ze wszystkim, co nie ma związku z pisaniem, poeta miał pokaźny wpływ na zmiany obyczajowe, jakie dokonały się w latach 60. i 70., udatnie wspierając kontrkulturową rewoltę i stając się rzecznikiem zmian dotyczących leczenia uzależnień i depenalizacji miękkich narkotyków. Nietrudno zauważyć też, że od początku pełnił funkcję kogoś na kształt agenta literackiego swoich przyjaciół, mając ogromne zasługi dla rozwoju kariery Burroughsa i Kerouaca (ten drugi był jego zdaniem najwybitniejszym z całej grupy, jednak – jeżeli była taka potrzeba – nie szczędził mu dosadnej krytyki: no i, jezu, dobra, Joyce tak pisał, ale Ty sobie często po prostu bezmyślnie popierdalasz […]). Prawdziwą perełkę stanowią interwencje Ginsberga związane z recepcją Beat Generation. Autor Kadyszu miał bardzo ambiwalentny stosunek do ujmowania tej grupy twórców przy pomocy narracji pokoleniowej, choć przyjął w końcu na siebie rolę „twarzy” całego ruchu. Wśród listów odnoszących się do tego tematu warto zwrócić uwagę na nieco histeryczne wiadomości wysyłane do krytyków, którzy dopiero zamierzali pisać o bitnikach, pełne przestróg i rad (uwagę należy zwrócić na najsłynniejszy list Ginsberga, zaadresowany w 1956 roku do Richarda Eberharta).

Podobnie jak w przypadku zbioru sprzed dwóch lat, zręczny przekład Krzysztofa Majera sprawia, że nawet jeśli nie uważamy się za die-hard fanów Pokolenia Beatu, pochłonie nas językowa inwencja i narracyjna swada autora. Odpowiednia selekcja korespondencji pozwala czytać Listy na wyrywki, a ci, których przeraża objętość książki, i tak co chwilę trafią tu na błyskotliwe, emocjonalne frazy i nietypowe obserwacje – nawet jeśli impulsem do napisania listu była konieczność pożyczenia od brata kilku dolarów. Co zaś się tyczy obrazu Beat Generation, jaki wyłania się ze zbioru oraz jego towarzysko-anegdotycznej strony: Listy mogą uświadomić, że imprezy, na które chodzisz ze swoimi przyjaciółmi, to tak naprawdę bezbrzeżna nuda.

 

Zobacz też: Twój czuły potwór (A. Ginsberg, J. Kerouac, Listy)

__

Allen Ginsberg

Listy

Oprac. Bill Morgan

Tłum. Krzysztof Majer

Czarne, 2014

Liczba stron: 856

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.