kryminalnekomiksy_ilustracja
ARTYKUŁY | 22.06.2015

Zbrodnia popłaca. Także ta na obrazkach

 Masowy komiks ostatnimi czasy wydaje się mieć w Polsce coraz lepiej. Po kolekcji Marvela kioski szturmują kolejne serie, a wydawcy sprowadzają do nas docenione za granicą pozycje. Nie tylko jest w czym wybierać, ale  można też – trochę na siłę, ale jednak – wyodrębnić wśród nowych tytułów oddzielne nurty, co jeszcze jakiś czas temu takie proste nie było. Mamy coraz więcej superbohaterów. Na niedosyt raczej nie narzekają fani komiksu europejskiego. Jak zawsze swoją reprezentację ma szeroko rozumiana fantastyka. Poszerza się też – zaniedbywana nieco ostatnimi czasy – półka kryminalna. Po domknięciu cyklu Sin City Franka Millera nie byliśmy zbytnio rozpieszczani. Ponurzy i niewylewający za kołnierz panowie w prochowcach i wodzące ich na pokuszenie damy niemal zniknęli z kart nowych pozycji. Sytuacja zmieniła się diametralnie – może nie do końca satysfakcjonuje ilość tytułów, ale równoważy to ich poziom.

Cykl Parker oparto na klasycznych już kryminałach Richarda Starka, publikowanych od końca lat 50. Twarde reguły dawnego gangsterskiego światka sportretował Kanadyjczyk Darwyn Cooke, idealnie splatając z nimi swoją specyficzną, staroszkolną kreskę, której bliżej do amerykańskich rysunków prasowych z epoki, niż do współczesnych komiksów. Tytułowy bohater to przestępca, ale nieco odchodzący od stereotypu. Nie jest to prosty rzezimieszek, czy karny członek mafii, ani nawet szukający wrażeń romantyk. Parker jest wolnym strzelcem – przebiegłym, pozbawionym skrupułów, ale i pragmatycznym. Otwierający cykl album Łowca, zaczyna się od zdradzenia bohatera przez wspólników, a tak się składa, że lojalność i zasady traktuje równie poważnie, co pieniądze. Odzyskanie swojej części łupu stanowi naturalną konsekwencję, a rzucenie wyzwania całej przestępczej organizacji i duże prawdopodobieństwo skończenia na dnie rzeki z cementowymi bucikami, nie mają tu nic do rzeczy. Zasady to zasady.

Bohaterowi komiksu nie sposób odmówić osobowości. To zimny drań o dość konkretnej, szorstkiej charyzmie. Równie dużo charakteru oddaje rysunek Cooke’a – artysta świetnie sprawdza się w portretowaniu właśnie tamtej epoki, tj. starych samochodów, przydrożnych jadłodajni, spelunek, dam w podkreślających ich atrybuty sukniach, czy rzeźbionych w granicie szczęk niedzisiejszych gangsterów. Rysownik, przekładając na obrazy książki Starka, jawi się jako narrator – kolejne sekwencje jego kadrów  dobrze wyglądają bez słów, a utrzymanie komiksu w palecie ograniczonej tonacji kolorystycznej, nadaje mu dusznej atmosfery rodem z czarno-białych filmów. Choć na naradach bandytów czy w trakcie pojedynków na słowa pojawia się sporo tekstu, Cooke wystrzega się nudy, jaką zwykle wnoszą gadające głowy – unika monotonii, różnicuje kadrowanie, bawi się kolejnymi perspektywami.

Cooke świetnie radzi sobie też z zabawami formalnymi. Drugi tom cyklu, zatytułowany Firma, pokazuje, że rysownik nie zaczął serii od wyłożenia na stół wszystkich kart. Parker postanawia dokończyć sprawę organizacji przestępczej, z którą wszedł w konflikt, koordynując serię włamań, do których zachęcił kolegów z branży. Autor komiksu, przedstawiając dziejące się równolegle wydarzenia, gładko przechodzi pomiędzy konwencjami – to artykułu prasowego, to znów rozrysowanego planu napadu – by wrócić do swojej charakterystycznej kreski dla opisania przygód głównego bohatera. Cooke wysoko zawiesił poprzeczkę, ale nie na tyle, by nie utrzymać poziomu, co samo w sobie jest dość znaczącym dokonaniem. Podobnie jest w przypadku trzeciego tomiku pod tytułem Zdobycz, gdzie już sama okładka sugeruje nieco większy rozmach – oto nad uśpionym miasteczkiem roztaczają się złowrogie cienie uzbrojonych postaci. Znowu mamy skok, tym razem wbrew preferencjom Parkera, dość złożony i wymagający zaangażowania większej liczby osób. Cooke pokazuje kolejne fazy przygotowań, aż do samego sięgnięcia po łup, gdy oczywiście coś nagle idzie nie tak. Fabuła od początku rozwija się w nieśpiesznym, ale konsekwentnym tempie podkręcającym napięcie, a opowieści towarzyszy ponownie perfekcyjna kreska, tak jak poprzednio znakomicie znajdująca równowagę pomiędzy czernią a bielą, a do tego wzbogacona ciepłą, żółtawą tonacją, pasującą do pustynnych scenerii. Parker jak zawsze jest cynicznym draniem, a Cooke potrafi pokazać go tak, by trudno było go nie polubić. Podczas gdy polscy fani czekają na czwarty tom jego przygód, Amerykanie, którzy zdążyli serię odznaczyć już kilkoma nagrodami, oczekują piątej części cyklu.

Rok 2014 przyniósł nam też pierwszy tom niezmiernie chwalonej za oceanem serii Fatale. Ed Brubaker w albumie Śmierć podąża za mną wziął na warsztat sztafaż nurtu noir, by po skrzyżowaniu go z klimatami serwowanymi przez Lovecrafta, ukazać losy tytułowej „kobiety fatalnej”. Josephine nie bawi się mężczyznami dla kaprysu, a przynajmniej nie robi tego ciągle. Żyje niemal poza czasem, nie starzeje się, a jej władza nad samczą rasą to wręcz przekleństwo. Od dekad nie jest w stanie porozmawiać z żadnym facetem nie rzucając przy tym na niego uroku.

Brubaker stopniowo podsuwa kolejne wątki, koncentrując się najpierw na emocjonalnym trójkącie, rozpiętym między dziennikarzem śledczym tropiącym skorumpowanych gliniarzy, Jo, a policjantem uwikłanym w łapówki i mistycyzm. Historię dopełniają okultyści, pomniejsze demony i przesiąknięta papierosowym dymem atmosfera Los Angeles  lat 50. Inteligentna zabawa niby nieprzystającymi do siebie konwencjami, daje zaskakujący efekt, którego siłę pogłębia realistyczna, szorstka kreska Seana Phillipsa i dusznawa kolorystyka Dave’a Stewarta.

Kolejny tom, który nosi tytuł Diabelski interes rozgrywa się już w latach 70. Lekko rozwiewa się noirowa otoczka, ustępując obrazowi kulis Hollywood. Nie dzieje się tam lepiej niż dwadzieścia lat wcześniej – dekadencja i rozpasanie elit to tylko fasada, przesłaniająca mrok i smród zaległy w piwnicach, gdzie hulają mroczne kulty, przy których rodzina Mansona to harcerze. Josephine udało się na dwie dekady przyczaić, schodząc z pola widzenia tropiących ją okultystów, ale splot wydarzeń nie tylko wywabia ją z ukrycia, ale też rzuca w epicentrum wydarzeń. Brubaker z Phillipsem pokazują dalsze losy przeklętej uwodzicielki, ale wciąż nie wiemy co sprawiło, że z atrakcyjnej, ale raczej zwyczajnej kobiety stała się kimś więcej. Odpowiedzi na to pytanie pojawią się prawdopodobnie wkrótce w tomie trzecim, którego akcja rozgrywa się w latach 30.

 

Komiksy ocierające się o klimaty gangsterskie i detektywistyczne to jednak nie tylko suspens, deszcz, dym z papierosów i pełna powaga. Seria Chew Johna Laymana i Roba Guillory’ego… Cóż, najcelniejsze będzie chyba stwierdzenie, że „wgryza” się w temat z zupełnie innej strony. John Chu, protagonista serii, to detektyw-cybopat. W świecie wymyślonym przez Laymana oznacza to osobę potrafiącą wyczytać przeszłość z tego, co zje. W praktyce sprowadza się to najczęściej do degustowania ludzkich zwłok. Pomysły sypią się Laymanowi jak z rękawa – pojawiają się następni bohaterowie o nietypowych umiejętnościach związanych z jedzeniem, które stało się zresztą pewną obsesją postaci zamieszkujących ten świat. Na skutek pandemii ptasiej grypy, mięso drobiu zostało zdelegalizowane, z czym wielu się nie zgadza, decydując się na bycie smakoszem dóbr zwalczanych z nie mniejszą zajadłością niż narkotyki.

Kolejne strony albumu Przysmak konesera wypełniają więc rysowane cartoonową kreską śledztwa, sporo specyficznego humorku i nieco obrzydliwości. Problem polega na tym, że gdyby usunąć nietypowe reguły rządzące światem, komiks ten stałby się banalną i – wbrew tytułowi – mało wyszukaną opowieścią policyjną. Seria wydaje się jednak nabierać wiatru w żagle, sądząc po kolejnym tomie, który ukazał się na naszym rynku. Międzynarodowy smak to wyprawa na wyspę ulokowaną prawdopodobnie gdzieś na Morzu Karaibskim. Sztampowe śledztwo z przebłyskami nabiera rozmachu – pojawiają się kolejne nieszablonowe postaci, mała rewolucja w duchu Ameryki Łacińskiej, a w centrum fabuły pojawia się nagle panaceum na wszystkie problemy – dziwaczny owoc, który po podsmażeniu smakuje jak kurczak.

Chew daleko do wybitności, pozostaje jednak przyjemnym i niezobowiązującym czytadłem. Czy łatwostrawnym? To już zależy od tolerancji czytelnika na obrzydliwości i pomysły, które można uznać za przekombinowane. Z drugiej strony ta seria, stojąc na zupełnie innym biegunie niż poprzednie dwa tytuły, dobrze ilustruje rozstrzał wydawanych w Polsce komiksowych kryminałów. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie, nawet jeśli nie przepada za przygodami Sherlocka Holmesa czy przegranych jegomości w fedorach, popijających z piersiówki burbona. Chew to bardziej relaksująca, choć momentami trochę szalona (czy też raczej aspirująca do tego miana) komedyjka, skutecznie, choć nieco nachalnie próbująca odróżnić się od podobnych fabuł. Fatale docenić powinni zarówno miłośnicy samotnika z Providence, jak i sympatycy opowieści, w których zwykle każdy przegrywa – zarówno detektyw, jak i jego zleceniodawca, o ofierze (napadu? obrzędu?) nie wspominając. Parker to rewelacyjna forma dopasowana swoją specyfiką do ciekawej treści. Nawet ortodoksyjni fani komiksów „superbohaterskich” znaleźliby pozycje z pogranicza kryminału, i to nie tylko z udziałem Batmana. Na polskim rynku, po Sin City, po Blacksad, jest ostatnio w czym wybierać i każdy znajdzie coś dla siebie.