punknotdead
RECENZJE | 26.05.2014

Zaśpiewajmy umarłym punkowcom (Farben Lehre „Projekt punk” / Kupa „Kupa historii punk rocka”)

Przepis był prosty: w letniej wodzie rozpuszczało się cukier, najlepiej cukier puder, dużo brało się tego cukru i tak powstałą miksturę wylewało się na włosy. Inni preferowali wodę z dodatkiem miodu albo surowe jajka, nieliczni (ci bardziej ucywilizowani) stosowali po prostu żel. Nic jednak nie zdołało przebić siły oraz skuteczności klasycznej sacharozowej formuły. Kiedy kudły były już wystarczająco nasączone i lepiły się paskudnie, następował żmudny proces nacierania, pocierania, tapirowania, formowania, aż wreszcie imponujący irokez mógł czupurnie sterczeć z głowy przeciwko złu całego świata. I wtedy już można było iść na koncert i wyrzucić z siebie cały gniew, złość i bunt. Bo były to czasy, kiedy bunt był jeszcze obowiązkiem, który wypełniało się z poczuciem misji, ale też z nieukrywaną przyjemnością.

Minęło prawie czterdzieści lat od pierwszego koncertu Sex Pistols. Ponad trzydzieści lat temu na festiwalu w Opolu (!!!) gdzieś pomiędzy Dżemem a Perfectem wystąpił „przedstawiciel nowej fali rocka” – Kryzys. Nowa subkultura zawładnęła sercami i umysłami zbuntowanej młodzieży po obu stronach żelaznej kultury. Nigdy wcześniej ostrze szczeniackiego protestu przeciwko zastanemu światu nie było tak zabójcze i zarazem tak mocno nihilistyczne. Przecież nawet rewolta lat sześćdziesiątych, która na moment zachwiała kapitalistycznym snem o potędze, pogrążała się w wewnętrznych sporach i politycznych tyradach. Punk nie stawiał na intelektualne dysputy, ale proponował proste, skuteczne metody: totalne uderzenie w skostniałe społeczeństwo i system władzy, programowy anarchizm. Kusił oryginalnością oraz przywoływał dekadenckie demony. Jednak czas i tym razem okazał się bezlitosny, dlatego nie powinniśmy się dziwić, że dziś punk (jako nurt muzyczny, ale też jako szerzej rozumiany ruch kontrkulturowy) wydaje się mocno chwiać (zapewne na skutek nadużywania wyskokowych napojów o siarkowej proweniencji) nad dawno wykopanym grobem.

Współczesna wszystkożerna popkultura już kilkakrotnie skonsumowała i przetrawiła co atrakcyjniejsze elementy tej subkultury, począwszy od stylu ubierania, na Johnnym Rottenie skończywszy. Szczerość i energia ustąpiły miejsca archaiczności, a programowa oryginalność przeobraziła się w umiłowanie do uniformizacji. Właściwie można by zawiesić klepsydrę i zaśpiewać za niemłodą już legendą polskiej sceny anarchopunkowej: punkowa rebelia już upadła, celnie trafiona swą własną bronią, dławiona pieniądzem mdła muzyka, bzdurnymi tekstami, forsą i modą.

Tylko cholernie byłoby szkoda, bo punk natrafił w Polsce na wyjątkowo sprzyjające warunki, dzięki którym zyskał niezwykle nośny i twórczy charakter. Niestety nadal nie może doczekać się należnego mu uznania. Przyczyn jest kilka. Przede wszystkim należy wskazać na bezkompromisowość powodującą, że za czasów socjalistycznej władzy zespoły punkowe praktycznie pozbawione były szansy nagrywania i wydawania swojej muzyki. Oczywiście zdarzały się wyjątki (np. pierwsza płyta Brygady Kryzys zarejestrowana w ramach rozruchu nowego studia Tonpressu), ale większość nagrań z tamtych lat pochodzi z koncertów lub prób. Po obaleniu komunizmu sytuacja diametralnie się zmieniła, ale kolejna fala punka, która wezbrała w latach 90., szybko rozmyła się w morzu muzyki młodzieżowej. Między innymi dlatego warto sięgnąć po dwa nowe wydawnictwa, które próbują postawić muzyczny pomnik polskiemu punk rockowi.

Pierwsza z płyt to Projekt punk płockiego Farben Lehre, zespołu, który rozpoczął działalność w schyłkowych czasach PRL-u, a oficjalnie zadebiutował w 1991 r. albumem Bez pokory. Był bez wątpienia jednym z ciekawszych zjawisk na polskiej scenie alternatywnej, wyróżniał się inteligentnymi tekstami niestroniącymi od socjologicznych obserwacji oraz przebojową melodyjnością. Na przełomie wieków zespół reaktywował się po kilkuletniej przerwie, stając się czołowym reprezentantem sceny „punky reggae”, czyli zbuntowanej muzyki skierowanej do młodzieży gimnazjalno-licealnej. Natomiast drugim albumem jest Kupa historii punk rocka młodej i mało znanej, nawet w kręgach miłośników gatunku, kapeli o wdzięcznej nazwie Kupa, określającej się jako „wieś punk z okolic Kielc”.

To, co łączy te dwie płyty, to podejście do tematu – szczere, proste, pozbawione kombinowania; nie ma tu w związku z tym wiele miejsca na autorskie pomysły i osobiste interpretacje. Wszystkie wykonania są bardzo bliskie oryginalnym wersjom. Zbliżony jest również dobór coverowanych artystów, choć żaden z utworów nie powtarza się. Pojawiają się więc tacy klasycy gatunku, jak Dezerter (Ku przyszłości, Tchórze), Siekiera (Idzie wojna, Między nami dobrze jest), Moskwa (Powietrza, Wasze ja), czy Defekt Muzgó (Defekt Muzgó, Obcy). Przy czym Kupa sięga także po twórczość mniej znanych (Stress, Dekret), a także młodszych zespołów (Bunkier, The Bill). Oba albumy zawierają także kompozycje autorskie – świetny, przebojowy Handel Farben Lehre oraz Pomyje Kupy – ostry, energetyczny numer z antyhipsterskim tekstem (ładni chłopcy w rurkach skaczą, ładni chłopcy dziś kozaczą).

Projekt punk kusi również udziałem licznego grona artystów związanych ze sceną alternatywną. Możemy usłyszeć m.in. Smalca, Gutka i Jelonka, ale niestety niewiele pozytywnego z ich obecności wynika. Przykładowo Gutek (którego osobiście bardzo lubię i cenię), śpiewając Niezwyciężonego Armii, sprawia, że piosenka ta wypada jak podrasowany ciężkimi gitarami utwór oazowy. Jednak większym problemem płyty Farben Lehre jest jej brzmienie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że całość jest zbyt sterylna, zbyt wygładzona, a przez to jednowymiarowa. Zabrakło tej koniecznej odrobiny szaleństwa, co szczególnie słyszalne w porównaniu z albumem Kupy. Bowiem paradoksalnie to „zespół z okolic Kielc” brzmi jak rasowa punkowa kapela z brudnymi wokalami, młodzieńczą energią, ostrym basem i galopującą perkusją. Bez chwili przerwy na oddech (no, może prócz zapowiedzi kolejnych piosenek) oraz niepotrzebnych kompromisów. Jedyne, do czego można mieć zastrzeżenia, to sięgnięcie po wątpliwe perełki gatunku w rodzaju Punkowca Azotoxa oraz Granicy Nauki o Gównie, która jest niewątpliwie odnalezionym po latach ogniwem ewolucji łączącym punków z discopolowcami.

Nie można wykluczyć, że w przyszłości punk rock triumfalnie powróci, stając się ponownie językiem masowego buntu skierowanego przeciwko społeczeństwu, państwu i religii. A gdyby nawet, co przecież bardziej prawdopodobne, nie nastąpiło cudowne wskrzeszenie, warto wracać do tej muzyki. Dlatego dobrze się stało, że są w Polsce zespoły, które widzą cel w sięganiu do punkowego repertuaru. Trochę może zakurzonego, ale wciąż zaskakująco aktualnego. Bo opisywane albumy zawierają w zdecydowanej większości świetne kompozycje stworzone przez ludzi obdarzonych wielkim talentem, dla których punkowa estetyka i ideologia wyznaczały, a w niektórych przypadkach wciąż wyznaczają, kierunek artystycznej drogi.

 

Farben Lehre

Projekt punk

Lou Rocked Boys 2013

 

Kupa

Kupa historii punk rocka

2013

Marcin Pawlik

Marcin Pawlik

Marcin Pawlik (ur. 1978) – politolog, prawnik, basista oraz tekściarz zasłużonych zespołów alternatywnych, członek trupy teatralnej Teatr Bob. Czynny kadrowicz Reprezentacji Polskich Pisarzy w Piłce Nożnej. Wydał dwie książki poetyckie „Deklinacja nic” oraz „Bunt na jeziorach”. Mieszka w Krakowie.