mueller
RECENZJE | 24.03.2014

Zapiski prenatalne (Joanna Mueller „Powlekać rosnące”)

Ciąża literacka

Co robi neolingwistka, kiedy nie pisze wierszy? W przypadku Joanny Mueller można było przekonać się o tym już w Stratygrafiach (2010), gdzie osią krytyczno-filozoficznych rozważań stała się poetycka utopia słów odpowiadających rzeczom. W najnowszej książce Powlekać rosnące. Apokryfy prenatalne autorka znów porzuciła formę wierszowaną, by zawiązać z czytelnikiem pakt krytyczno-eseistyczny, a przede wszystkim autobiograficzny. Korzystając ze swojej szerokiej wiedzy, erudycji i wyobraźni, stara się wielostronnie przedstawić, co podczas ciąży – trzeciej w życiu, stąd odwołania do stanów pre- i postnatalnych – dzieje się z jej tożsamością, ciałem (z czasem ulegającym ubezwłasnowolnieniu), rodziną, rodzicielstwem, relacjami oraz społeczeństwem, które dla ciężarówek i wózkarek bywa niemiłe (i niekiedy oczywiście vice versa).

Oczywiście język nie schodzi tutaj na dalszy plan – coś nieustannie jest na rzeczy, ale tym razem stawka jest nieco inna. O ile poprzednią książkę łatwo można było wpisać w perspektywę zakreśloną przez żywiołowy Manifest neolingwistyczny i uwięzić w rezerwacie problemów, które pisarze mają sami ze sobą bądź swoim artystycznym tworzywem, o tyle w przypadku Apokryfów Mueller, biorąc na literacki warsztat swoje doświadczenie ciąży, staje przed całkiem nowymi wyzwaniami. Zwłaszcza politycznymi – w polskiej literaturze teksty opisujące doświadczenie ciąży okazały się twórczym i (nomen omen) płodnym dyskursem, który, oprócz innych aspektów, odgrywał i nadal odgrywa ważną rolę krytyczną. Czy jest to nurt doceniany? Niekoniecznie, podobnie jak początkowo pogardliwie traktowana „literatura menstruacyjna” (według równie słynnego, co degradującego określenia autorstwa Jana Błońskiego). To niełatwy do zagospodarowania teren, szczególnie, że autorka Wylinek postawiła sobie ambitny cel, by stworzyć alternatywę zawierającą się w ramach ujęcia feministycznego, ale polemizującą z niektórymi jego formami. Jednocześnie stara się nie wpaść z powrotem w dyskurs męskich instytucji, dlatego sięga obficie do krytycznego arsenału feministek (m.in. do koncepcji kobiecego pisania Hélène Cixous). Efekt wyraźnie odróżnia się od tego, co zaprezentowała np. Manuela Gretkowska w Polce czy Dorota Terakowska w powieści Ono, i jest co najmniej intrygujący – a na pewno prowokuje do dyskusji.

Matka pokazuje język

Forma Apokryfów prenatalnych jest fragmentaryczna, tylko częściowo uporządkowana, a przy tym oscyluje między dziennikiem a szkicem. Osobisty ton przeważa, a refleksje metafizyczne tylko miejscami prowadzą do ogólnych kategorii, powracając szybko do wątków z życia narratorki powlekającej rosnące. Według niej ta złożoność wynika z samej sytuacji matki:

Macierzyństwo – doświadczane prywatnie i konkretnie – wyklucza obiektywność. W pewnym sensie zresztą wyklucza też subiektywność, skoro odbiera nam «ja» i zamienia je w abiekt. Macierzyństwo jest ciągłym wahaniem między podmiotem, przedmiotem i pomiotem, kapryśnym chaosem deterministycznym, cyklem odpływów i przypływów, które trudno wymierzyć odgórnie i globalnie. Czasem staje się – jak chcą kulturaliści – memem, wmówieniem i spętaniem kobiet, ale bywa też russowską naturalną więzią, zlepkiem abiektalnych odruchów, afirmatywnym horrendum hormonów.

Skomplikowany status rosnącego wyklucza jednostronne ujęcia, dlatego Mueller próbuje uniknąć uwikłania w wojnę płci i wciąż wraca do rodzaju nijakiego: To. Ono. Urodzaj sierocy, rodzaj zaniedbany. Feministki walczą o kobiece. Szowiniści strzegą męskiego. A nijakie wciąż wciśnięte w przegródkę, nawet główki nie może wydobyć. Nijakie jest wypieranym przez obie strony elementem doświadczenia ciąży, który ma dekonstruować opozycję płci. Autorka sięga do antropologii, przedstawiając je jako abiekt (stąd obszerne rozważania o koncepcji Julii Kristevej), czyli po(d)miot albo wymiot. Kontekst psychoanalityczny pojawia się wielokrotnie i stanowi nie tylko oparcie dla refleksji nad kulturowymi formami obchodzenia się z ciążą i porodem (od obyczajów dzikich do współczesnej mody na zjadanie łożyska), ale także pomost między wątkami prenatalnymi a tematyką języka. Mueller w wielu miejscach przypomina i omawia te koncepcje psychologiczne, językowe i poetyckie, które uznają za nieuświadomiony fundament codziennego języka naturalną mowę – wewnętrzny język ciała kobiety i jego pierwsze przejawy u dziecka.

Świętości, mądrości i zachcianki

Ruch ku nieświadomości języka to jednocześnie sprzeciw wobec oswojonych form mówienia o ciąży, macierzyństwie i rodzicielstwie. W ich przełamywaniu Mueller szuka pomocy u anarchomistyczek, do których należą nie tylko postacie z kanonu chrześcijańskiego (jak Julianna z Norwich, Teresa z Ávili wraz z Janem od Krzyża czy Faustyna Kowalska), ale przede wszystkim trzy współczesne pisarki – Bianka Rolando, Lidia Amejko i Agnieszka Kuciak (ten ostatni sojusz, moim zdaniem, jest dla niej najmniej korzystny). W ich tekstach sakralność przenika się ze zwyczajnością, a wzniosłość i mit z codziennym krzątactwem, co odbija się w sposobie, w jaki autorka książki przeżywa swoją ciążę, starając się wydobyć z drobnych przeżyć egzystencjalny profit sensu. Literackie punkty odniesienia są oczywiście o wiele bogatsze – obejmują m.in. Virginię Woolf, Sylvię Plath, Annę Świrszczyńską i Justynę Bargielską – i tworzą oryginalną, intertekstualną sieć.

Czy jednak takie wyniesienie roli kobiety nie zamyka jej w posągowej minie męczennicy zwyczajności? Wydaje się, że Mueller nie tylko udało się tego uniknąć, ale nawet zrobiła kilka sprytnych kroków w drugą stronę. Zwłaszcza gdy idzie w ślady Betty Friedan, analizującej mistykę kobiecości – ideologię stawiającą nieziemskie wymagania kobietom, która w USA przyczyniła się do rozkwitu frustracji i desperacji wśród tamtejszych wannabe Wzorowych-Pań-Domu. Autorka raczej nie obnosi macierzyństwa jak feretronu, nie udaje też, że to, co prywatne, jest azylem przed sferą polityczną, wątpliwościami i sporami światopoglądowymi. Stara się za to łączyć podejście duchowe z głosem krytycznym i poparciem dla społeczno-kulturowych zmian, które pozwoliłyby kobietom odzyskać podmiotowość wobec opresyjnych bądź ślepych na ich los instytucji.

Trzeba jednak zauważyć, że spora amplituda rejestrów, do jakich odwołuje się autorka (żeby nie było za lekko i powszednio, całość wpisana jest w strukturę liturgii katolickiej mszy, a w tytule pojawiają się apokryfy), sprawia, że jej książka to projekt karkołomny, który w kilku miejscach literacko trzeszczy. Zdolność tolerowania natchnionego tonu to oczywiście sprawa osobista, ale nadmiar mistyki niepotrzebnie tępi ostrze krytyczne książki. Nawet lingwistyczno-poetyckie zabiegi w rodzaju eufonii, w których Mueller, zdawałoby się, powinna czuć się najlepiej, zbyt często okazują się przypadkowymi i denerwującymi ornamentami.

Powlekać rosnące bez wątpienia jest ciekawą lekturą. Wieloaspektowo i erudycyjnie mierzy się z doświadczeniem ciąży i macierzyństwa, poszerzając horyzonty wciąż nośnego nurtu polskiej literatury, który reprezentuje. Jest w nim miejsce dla zaangażowanych feministek, jest i dla mistyczek. Mueller chce pozostać gdzieś pośrodku i nawet jeśli jej Apokryfy mają wady, to pokazują, że dyskurs o macierzyństwie jeszcze się nie wyczerpał i może być płodniejszy niż niejeden poetycki manifest.

 

Joanna Mueller

Powlekać rosnące. Apokryfy prenatalne

Biuro Literackie, 2013

Liczba stron: 280

Michał Koza

Michał Koza

(ur. 1987) – redaktor internetowego czasopisma naukowego „Polisemia”. Doktorant polonistyki na UJ, gdzie im dalej w teorię, tym jest mu lepiej. Lubi oglądać to, co niepokoi albo nie jest zbyt poważne, słucha rzeczy przewiercających, często dryfuje w nerdowe strony. Najczęściej i tak czyta. Siewcoentuzjasta memów, batmanów i Twin Peaks.