01.12.14m
RECENZJE | 01.12.2014

Zaciskanie zębów (E. Winnicka „Angole”)

Fala emigracji po otwarciu granic Unii Europejskiej dla polskich obywateli poniosła do Wielkiej Brytanii od 700 tysięcy do 2 milionów ludzi. I choć trend ten osłabł, dla wielu Polaków Zjednoczone Królestwo nadal jest synonimem dobrobytu – o czym miałem okazję przekonać się, wyjeżdżając na wymianę studencką do Anglii. Kilkoro członków mojej rodziny bez skrępowania wyrażało nadzieję, że zostanę tam na kilka lat i „się dorobię”. Dla nich Angole Ewy Winnickiej mogliby okazać się kubłem zimnej wody. Z zebranych przez autorkę historii wyłania się ponury obraz życia na emigracji.

Od samego początku intryguje język kolonizacji stosowany przez Winnicką do opisu emigracyjnego doświadczenia. Przybyli na Wyspy Polacy to najeźdźcy albo kolonizatorzy właśnie, którzy dokonują inwazji, zaś gospodarze to tubylcy. Coś w tym jest, bo Angole – zwłaszcza na początku – stanowią opowieść o spotkaniu z Innym. Czytamy więc o egzotyce Zjednoczonego Królestwa: sztywnych podziałach społecznych (jeden z bohaterów mówi o londyńskich zamieszkach z 2011 roku, które ogarnęły także jego dzielnicę: Kiedy St. John’s Road przecina Battersea Rise, zamienia się w Northcote Road, bardziej elegancką, pełną drogich butików ulicę. I nikt się nie odważył pójść rabować na tę lepszą ulicę. Na wystawach leżały rzeczy, na których się nie znali), o innej kulturze biurowej (Polskie „no, but…” kontra angielskie: „yes, but…), o podejściu do uczuć (Nie rzuca mi się na szyję, nie robi szalonych rzeczy. Nie wykrzyczy na środku ulicy, że jestem kobietą jego życia). Pobrzmiewa w ich opisach fascynacja, czasem czuć też pogardę, być może nie do końca uświadamianą, sygnalizowaną – szczególnie w sytuacjach konfliktowych – powracającym jak refren określeniem Angole (Angole napisali skargę do councilu, że za często trzaskamy drzwiami; Na przerwie Angole zaczęli go szturchać; Angole wolą siedzieć na zasiłkach). Słowem: pełne spektrum postaw w sytuacji spotkania z Obcym.

Trzeba jednak przy tym rozwijaniu kolonialnych analogii zachować dużą ostrożność; jeden zbyt naiwnie postawiony krok i zaczniemy powtarzać slogany wyspiarskich nacjonalistów. Przywołuje je zresztą sama Winnicka, zamieszczając na wstępie zlepek kilku artykułów i wystąpień na temat imigrantów z Europy Wschodniej, choć nie robi tego bezkrytycznie: charakterystyczne (i konsekwentne) wybory leksykalne ironicznie naśladują antyimigrancką retorykę tabloidowego dziennika „Daily Mail” i Nigela Farage’a, szefa partii UKIP, której program mój brytyjski znajomy scharakteryzował słowami: xenophobia coated in idealised, narrow nationalism. Farage i „Daily Mail” zupełnie poważnie piszą o inwazji imigrantów z Europy Wschodniej, którzy wypełniają sielską, zieloną Anglię obcymi twarzami o słowiańskich rysach, kiszonymi ogórkami i wódką.

Jest to, należy dodać, ironia wyjątkowo gorzka, niewielu bohaterom bowiem rzeczywiście się powiodło. Część z nich – ich historie otwierają książkę – pracuje co prawda w londyńskich wieżowcach położonych w samym centrum, ale nawet im rzadko udaje się zintegrować z tubylcami. Później zaś jest coraz gorzej. Symptomatyczne są dwie opowieści z boarding schools, czyli szkół z internatem – swoistej wizytówki angielskiego systemu edukacji. Boarding schools, zwłaszcza te najbardziej prestiżowe, to miejsce dla elit (Przyjęli parę dziewczyn, kilku obcokrajowców. Ale żadnego kolorowego, tak daleko się nie posunęli), gdzie na przybysza z Polski czeka szereg upokorzeń: wyśmiewanie akcentu, wyrzucanie mebli z pokoju. Przetrwać można tylko zaciskając zęby (Dzwoniłem do mamy i cioci, że jest super (…), a szkoła jest najlepszym miejscem na świecie. Nie mogłem ich zmartwić ani zawieść). Druga historia kończy się szczęśliwie, jest w niej sukces i znalezienie swojego miejsca, ale okupione dużym wysiłkiem. Nie wystarczy być dobrym w tym, co się robi; by zyskać szacunek i uznanie trzeba być najlepszym, wybić się ponad „tamtejszych”, pokonać ich – na przykład w rugby, jednym z narodowych angielskich sportów.

W dalszej części książki – zdecydowanie przeważającej – narracja skupia się na niższych warstwach społecznych: Polkach i Polakach pracujących w hotelach, przetwórniach, sortowniach śmieci, domach opieki, na budowach. Nadal jednak są to przede wszystkim opisy zaciskania zębów aż do bólu i wytężonej pracy – czasem ponad siły, okupionej zszarganym zdrowiem, nerwicą i depresją. Także tutaj Polacy muszą zmagać się z szykanami i presją, najczęściej ze strony zajmujących minimalnie wyższe miejsce na drabinie społecznej obywateli dawnych państw kolonialnych (głównie Pakistanu i Indii). Dwojaki jest wreszcie stosunek do współobywateli – kilka rozdziałów opisuje działalność Polaków próbujących pomagać rodakom, którzy po przybyciu na Wyspy mają problemy z urzędami, mieszkaniem, przemocą domową. Te historie pozwalają w panoramicznym skrócie przedstawić jeszcze dokładniej ciężki los polskich imigrantów, szczególnie tych, którzy przyjeżdżają bez odpowiedniego przygotowania, na przykład językowego. Z drugiej strony zaś Polacy bywają także dręczycielami ([Polak] przychodził rano i ustalał tempo, w jakim porusza się taśma. (…) Chciał się popisać cudzym kosztem. (…) Jak miał zły nastrój, to jeszcze podkręcał).

Angole to wierny i wyczerpujący obraz emigracyjnych trudów. Polacy na obczyźnie muszą się zmagać z wyzyskiem i pracą ponad siły, nie wspominając już o bardziej prozaicznych utrapieniach, takich jak warunki mieszkaniowe (typowym lokum, zwłaszcza przez kilka pierwszych lat, są podnajmowane, podzielone na klitki domy, w których gnieździ się kilkanaście osób, na których zarabia główny najemca), rozłąka z rodziną, samotność. Wyspiarski sen łatwo zamienia się w koszmar, z którego ucieczka nie zawsze jest możliwa – bo brakuje na bilet, bo duma nie pozwala. Dla zarobku i szansy na lepsze perspektywy Polacy są w stanie wiele poświęcić, lecz ich ofiara nie zawsze zostaje przyjęta. Lekarstwem staje się więc alkohol, czasem zaś pozostaje już tylko wyjście ostateczne – wśród emigrantów, zwłaszcza młodych mężczyzn, szerzy się plaga samobójstw.

O wszystkim tym Ewa Winnicka pisze dużo i przejmująco. Powstaje jednak pytanie, czy obraz ten jest wystarczająco szeroki. Niewiele tutaj historii, które zakończyłyby się sukcesem – rozumianym nawet nie jako „dorobienie się”, ale pełną aklimatyzacją w nowym miejscu. Opowieści zgromadzone na początku książki wydają się służyć jako kontrast do późniejszych, w których każdy dzień to trudna walka o przetrwanie. Specyficzną optykę książki wyznaczają z pewnością – oprócz klasy społecznej bohaterów (Winnicką interesują, jak się wydaje, jedynie szczyty i doliny hierarchii społecznej) i przede wszystkim ekonomicznych powodów ich emigracji – miejsca, na których skupia się autorka. Ponad połowa opowieści pochodzi z Londynu i jego satelitów; drugie miejsce zajmuje Manchester i (po)przemysłowe miasteczka na Północy. Można się tylko zastanawiać, jak wyglądają warunki życia polskich emigrantów w mniej zurbanizowanych rejonach.

Ograniczony projekt książki daje się bronić: Ewa Winnicka polemizuje w ten sposób z wizjami nacjonalistów z Wysp (aż chciałoby się, by jej książka została wydana również po angielsku!), dobitnie przedstawiając trudy, z jakimi muszą się zmagać imigranci w Zjednoczonym Królestwie, przy okazji sugerując, że za niemożność ich pełnej integracji odpowiadają po części sami Anglicy. Angole sprawdzają się także jako przestroga dla wyjeżdżających – choć nie jestem pewien, czy przedstawiają całą prawdę o doświadczeniu emigracyjnym, to jego ciemne strony na pewno.

 

Angole

Ewa Winnicka

Czarne, 2014

Liczba stron: 304