popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Zabawa na poważnie. Wywiad z Foals
yannis2
ROZMOWY, WYWIADY | 29.08.2015

Zabawa na poważnie. Wywiad z Foals

Chętnych, aby porozmawiać z Jimmy’m Smithem i Walterem Gerversem, gitarzystą i basista grupy, było naprawdę sporo, więc czas naglił. Mimo to udało się trochę rozciągnąć regulaminowe dziesięć minut. Nic dziwnego, że panowie byli tak rozmowni: jakieś dwie minuty po pojawieniu się na krakowskich Błoniach, Walter maszerował już po kulisach z butelką Perły w dłoni. Oto efekt naszej rozmowy, która odbyła się podczas Kraków Live Festivalu (19-21 VIII).

Mateusz Witkowski: Znalazłem cytat, w którym Yannis (Philippakis, wokalista grupy – przyp. MW) stwierdza, że jego poprzedni zespół, The Edmund Fitzgerald, rozpadł się, bo sprawa zaczęła się robić zbyt poważna, a on chciał się po prostu dobrze bawić. Foals to dziś niewątpliwie bardzo poważna sprawa. Mimo to dobrze się bawicie?

Walter Gervers: Ujmijmy to tak: bycie w Foals dostarcza bardzo dużo rozrywki, ale do tego, co wspólnie tworzymy, podchodzimy bardzo, ale to bardzo poważnie. Szczerze mówiąc, mnie, jako słuchacza, zupełnie nie obchodzi muzyka robiona wyłącznie dla przyjemności czy zabawy. Kiedy pomyślę sobie o artystach, których słucham i których nagrania kupuję, to wszyscy robią to „na poważnie”.

Jimmy Smith: Przede wszystkim: bardzo serio podchodzimy do naszych koncertów. Gdyby było inaczej, to po prostu marnowalibyśmy czas, zarówno swój, jak i (co ważniejsze) publiczności. W końcu wszyscy przychodzą na koncert po to, żeby zobaczyć nas w jak najlepszej formie. Nie staniesz naprzeciw publiki z miną typu „jebać to, nie zależy mi”. Podkreślę jednak: kiedy mówimy „poważny”, nie mamy na myśli grobowych min i sztywnej postawy. Znaczy to po prostu tyle, że wkładamy sporo wysiłku, żeby osiągnąć zamierzony efekt.

Nie jesteście co prawda nestorami muzyki rozrywkowej, ale też ciężko was nazwać debiutantami – koncertujecie niemal bez przerwy od dobrej dekady. Tradycyjnie rozumiane „życie muzyka w trasie koncertowej” jeszcze was w ogóle interesuje i dotyczy?

JS: W pewnym sensie. Kiedy jesteś w trasie, okazje do imprezowania właściwie same się mnożą. Rzecz w tym, że należy się nauczyć je omijać. Dopiero teraz zdobywamy te umiejętności. Zresztą, nie ma co ukrywać, że nauce „sprzyja” po prostu brutalna rzeczywistość: jesteśmy coraz starsi i coraz gorzej znosimy kace. Poza tym, trudniej by się nam było dziś „wywinąć” w wypadku ewentualnej niedyspozycji: gramy coraz większe koncerty, a więc ponosimy większą odpowiedzialność. Nie możemy spieprzyć koncertu tylko dlatego, że za późno się położyliśmy zeszłej nocy.

No właśnie, zdarzyło się wam coś takiego?

JS: Nie zdarzyło się nam nigdy zagrać kompletnie beznadziejnego koncertu, zdarzyło się natomiast, że w trakcie grania myśleliśmy „potrafimy to robić dużo lepiej”. Ale mogło to być tylko nasze wrażenie. Staraliśmy się, żeby na zewnątrz nie było tego zupełnie widać. Miałem okazję oglądać w swoim życiu zespoły, po których widać było, że mają kompletnie w dupie to, jak wypadną na scenie. Po co w takim razie w ogóle zawracać głowę ludziom, którzy zapłacili za to, żeby cię zobaczyć? I to w sytuacji, w której bilety nie należą często do najtańszych? To brak szacunku. W razie ewentualnej niedyspozycji, naprawdę staraliśmy się z tym nie obnosić. Nawet, jeżeli wewnątrz zalewaliśmy się łzami, trzeba było przykleić sobie uśmiech do twarzy i…

WG: …połknąć to, co chciało się zwymiotować! Przepraszam.

To może przejdźmy lepiej do najnowszego albumu. Gdyby porównać proces nagrywania Holy Fire i What Went Down, to…?

WG: Tym razem byliśmy dużo bardziej zrelaksowani i pewni siebie. Nagrywanie Holy Fire to była katorga – nie wiedzieliśmy w ogóle, w którą stronę to wszystko zmierza, nie wiedzieliśmy, co chcemy osiągnąć. Nie mogę jednak powiedzieć, że to był kompletnie bezwartościowy czas. Dzięki temu nauczyliśmy się paru rzeczy, wyciągnęliśmy wnioski. Przy What Went Down nie powtórzyliśmy już tych samych błędów. Byliśmy dużo lepiej przygotowani, czuliśmy mniejszą presję. Pisanie i nagrywanie tych konkretnych piosenek przyszło nam w bardzo naturalny sposób. Tak naprawdę jedynym trudnym momentem było ustalanie ostatecznej listy utworów.

Mam wrażenie, że gdy nagrywaliście Holy Fire, podjęliście dość wykalkulowaną próbę napisania typowego indie hitu – mam tu na myśli My Number. Słyszałem wczoraj sampler z minutowymi fragmentami nowych piosenek [rozmowę przeprowadzono przed premierą albumu] – tym razem o niczym takim nie było chyba mowy?

WG: Fakt, tym razem daliśmy sobie z tym spokój. Niemniej, niektórzy myślą, że nagranie My Number było z naszej strony jakąś cyniczną zagrywką: ojej, napisaliście  z premedytacją chwytliwą, radiową piosenkę. To nie do końca tak. Pierwsza wersja tego numeru powstała w bodaj pół godziny. Początkowo to był naprawdę hałaśliwy, irytujący, niemal punkowy kawałek. Potem dostał się w ręce naszych producentów, którzy nadali mu bardziej przystępną formę, a my wyraziliśmy na to zgodę. Przy okazji nagrywania What Went Down, mieliśmy delikatne obawy, że wytwórnia będzie chciała kolejnego hitu. Gdyby tak się stało, odmówilibyśmy. Nie jesteśmy kurzą fermą McDonald’s, żeby prowadzić regularną, masową produkcję.

JS: Zresztą, nawet gdybyśmy byli na tyle wyrachowani, żeby się tego podjąć, nic by z tego nie wyszło. Po prostu: nie próbuj robić niczego na siłę, nie powtarzaj tych samych zagrywek. Być może My Number jest naszą najprostszą, najbardziej popową piosenką. Spoko. Być może już nigdy nie nagramy czegoś podobnego. W porządku. Rzecz w tym, żeby czerpać z bardzo różnorodnych doświadczeń. Pamiętam, że gdy pisaliśmy kawałek Spanish Sahara z naszej drugiej płyty, to czuliśmy, że nadszedł odpowiedni moment na stworzenie takiego, a nie innego utworu – znacznie odcinającego się od tego, co robiliśmy wcześniej, o odmiennym brzmieniu etc. Ale gdybyśmy poszli dalej tym torem i nagrali całą płytę składającą się z tego typu kompozycji, album Total Life Forever byłby prawdopodobnie żenujący.

A propos próbowania nowych rzeczy: wasz klip do Mountain At My Gates jest pierwszym teledyskiem nakręconym przy użyciu sferycznej kamery GoPro. Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło: duża firma testująca technologiczną nowinkę zaprasza do współpracy zespół Foals, a nie kogoś jednoznacznie mainstreamowego, na przykład Taylor Swift.

WG: Nie wiem tak do końca, jak do tego doszło. To rzeczywiście dziwne, ponoć wpakowali w to na dodatek całkiem sporo pieniędzy. Co prawda reżyser naszych klipów, Nabil, ma tam jakieś znajomości, ale co ich skłoniło do podjęcia ostatecznej decyzji? Może akurat spodobała im się ta piosenka? Albo ktoś z osób zarządzających firmą jest naszym fanem? Nie mam pojęcia. W każdym razie, mieliśmy dzięki nim możliwość zrobienia czegoś, na co nigdy nie bylibyśmy w stanie sobie pozwolić – teledyski to niestety dość droga sprawa. Efekt jest moim zdaniem znakomity.

Ok, pani za waszymi plecami wysyła mi już sygnały, że czekają na was następni dziennikarze. W takim razie na szybko: czy członkowie Foals mają jakieś rekomendacje muzyczne dla czytelników Popmoderny?

JS: Czego ja ostatnio słucham… [przegląda playlistę na swoim smartfonie] O, Unknown Mortal Orchestra, to jest fajny zespół. Albo Holy Wave, na przykład Albuqerque Freakout, świetny kawałek… O! Ready To Fly zespołu Aqua Nebula Oscillator [obaj śmieją się przez chwilę z nazwy] Ale ci są akurat dość ciężcy!

Rozumiem, że podpisujesz się pod tymi typami?

WG: Tak, zdecydowanie! Ale tak serio, to mam wrażenie, że ostatnio w ogóle nie słuchałem niczego nowego. Jedynie jakieś rzeczy w stylu Townesa Van Zandta – na przykład Live at the Old Quarter itd.

JS: I Aqua Nebula Oscillator!

Dobra, sprawdzę!

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.