carol (1)
RECENZJE | 15.02.2016

Wszystko zatacza pełny krąg („Carol”)

Todd Haynes w filmie Carol przenosi na ekran historię miłości dwóch kobiet – Carol Aird (Cate Blanchett) i Therese Belivet (Rooney Mara). Mistrzowska gra aktorska, atmosfera Nowego Jorku lat 50. i dobrze dobrana muzyka tworzą melancholijną, lecz unikającą sentymentalizmu całość – historię nie tylko o zakazanym obyczajowo uczuciu, ale również o dialogu dwóch różnych światów, środowisk i dwóch pragnień. 

Opublikowana w 1952 roku książka amerykańskiej pisarki Patricii Highsmith opowiada o przypadkowym spotkaniu dojrzałej, eleganckiej, zamożnej i na pozór chłodnej kobiety z młodą, nieśmiałą, marzącą o karierze fotografki Therese – alter ego autorki. Carol jest w historii literatury amerykańskiej pierwszą książką o homoseksualnej miłości, która, jak mówi pisarka, nie kończy się dla bohaterek podcięciem żył, utopieniem w basenie […] czy popadnięciem w depresję równą piekłu. Wręcz przeciwnie – tu miłość to nie koniec, lecz początek, który nadchodzi wraz z odkryciem własnej tożsamości. W przypadku Carol – tej uciszanej przez macierzyńskie obowiązki i problemy rozpadającego się właśnie związku, w przypadku Therese – dopiero odkrywanej.

Film rozpoczyna i kończy scena rozmowy w restauracji. Na początku nie słyszymy jednak głosów kobiet, a o charakterze ich relacji wnioskować można jedynie z subtelnych gestów i spojrzeń. Intymna konwersacja przerwana zostaje przez mężczyznę, który rozpoznaje Therese i chce dowiedzieć się, co u niej słychać. Carol oznajmia, z typową dla niej wyższością i kurtuazją, że musi wykonać jeszcze kilka ważnych telefonów, a następnie wychodzi. Obraz Haynesa odtwarza historię tego, co wydarzyło się wcześniej, więc opowieści o relacji, która rozpoczyna się w okresie przedświątecznym w sklepie z zabawkami. Carol zagląda do niego, szukając prezentu dla czteroletniej córki, poznaje pracującą tam Therese, a wychodząc – być może celowo – pozostawia na ladzie rękawiczki. Młoda dziewczyna wysyła je klientce wraz z jej zamówieniem, a niedługo potem, jako wyraz wdzięczności, otrzymuje zaproszenie na lunch. Scenę w sklepie wypełniają niejednoznaczne dialogi i spojrzenia. A moment, kiedy Carol, wychodząc, odwraca się do Therese (ubranej w obowiązkową dla pracowników czapkę Mikołaja) i mówi I like your hat, zdaje się definiować charakter całego filmu, który największą intensywność zyskuje w momentach niedopowiedzeń, narracyjnych pęknięć.

Spotkania na herbatę i zaproszenia do domu na przedmieściach przeradzają się w coraz głębsze, lecz wciąż nienazwane uczucie. Jak mówi w jednym z wywiadów Cate Blanchett – Carol to opowieść o miłości, lecz też o tym, jak kobiety nie dysponują językiem zdolnym wyrazić to, co czują. Akcja filmu rozgrywa się tak naprawdę w pełnych afektu spojrzeniach, gestach i pojedynczych słowach. Jednak i te podlegają autocenzurze widocznej w momentach spuszczania wzroku, kontrolowania nieśmiałych uśmiechów. Mąż Carol (Kyle Chandler), a właściwie szerzej: społeczne konwenanse lat 50., nie pozwalają kobietom na zbliżenie się do siebie, wobec czego spontanicznie wybierają się one w samochodową podróż po Ameryce, która – jak mówi reżyser – jest punktem zwrotnym całej opowieści, ale również aż nazbyt oczywistą metaforą poszukiwania siebie. To, co wydarza się w trakcie, to powolne i pełne napięcia sceny rozmów, dominacji i skrywanych pragnień. Carol, początkowo niepokojąco opresyjna wobec Therese, na propozycję, że dziewczyna może pobiec i przynieść jej papierosy, odpowiada zirytowana: you don’t have to run out in the middle of nowhere to buy cigarettes. Not for me. I’m fine. Wiemy jednak, że nie wszystko jest w porządku, szczególnie że Carol – już w trakcie pierwszego pobytu Therese w jej domu – odkrywa niemożność pogodzenia miłości do córki z miłością do kobiety. W trakcie ich podróży, po spędzonej wspólnie nocy pozostawia zafascynowaną jej osobą i zrozpaczoną odrzuceniem Therese, czym prowokuje dziewczynę do rozpoczęcia nowego etapu życia i, wydawać by się mogło, dorośnięcia do relacji, którą w przyszłości, być może, stworzą.

Cate Blanchett w roli Carol – chłodna, dominująca i opanowana – nadaje postaci psychologiczną głębię, co w połączeniu ze świetnymi zdjęciami (Edward Lachman) wywołuje prawdziwie intrygujący efekt. Potęguje go też sama technika filmu: zbliżenia, napięcia i zatrzymania, choćby to, kiedy Therese fotografuje, a zarazem podgląda Carol, a kadr na moment nieruchomieje, by potem przybrać postać fotografii – przedmiotu, wobec którego Therese czuje zarówno sentyment, jak i żal. Rooney Mara balansuje w tej roli na granicy naiwności i podporządkowania starszej kobiecie. W jednej ze scen mówi: I – I should have said no to you. But I never say no. And it’s selfish because I take – everything. Z drugiej strony Therese uczy się dumy i dąży do życia innego niż to, pozornie tylko szczęśliwe, z Richardem (Jake Lacy) – chłopakiem odgrywanej przez Marę postaci.

Historie o kobietach to specjalność Todda Haynesa – wystarczy wspomnieć pięciogodzinną, serialową adaptację Mildred Pierce z Kate Winslet w roli głównej. W Carol nie tylko zadaje on pytanie, gdzie kończy się wolność, a zaczynają społeczne oczekiwania (najwyraźniej widoczne w scenie rozwodu), lecz również, łącząc wizualne mistrzostwo z liryczną treścią, pokazuje piękno samej miłości. Przy tym film jest raczej delikatnym obrazem o marzeniach, podróży i tożsamości niż feministyczną walką o własną przestrzeń bądź politycznym wołaniem o prawa, gdyż oczywiste „prawo” do miłości pozostaje, jak mówi Blanchett, gdzieś obok. Nominowana do sześciu Oskarów Carol to warty uwagi, powolny i pełen niedopowiedzeń melodramat, który maksymalnie wykorzystuje możliwości wizualnego przedstawienia emocji. A także pięknie opowiada o tym, jak – powtarzając słowa bohaterki – wszystko zatacza pełny krąg.

 

Carol, reż. Todd Haynes, USA/Wielka Brytania 2015.