glod
RECENZJE | 13.06.2016

Wściekłość po oburzeniu (Martín Caparrós „Głód”)

Jeśli istnieje coś takiego jak nerwica całej ludzkości z okresami pogorszenia i remisji wyraźnie widocznymi w historii, to wiele wskazywałoby na to, że przeżywamy obecnie okres dramatycznej zapaści. Coś się zacięło, dzieje stanęły w martwym punkcie. Straciliśmy zdolność do walki z niesprawiedliwością, osłaniając cynizmem własną bezradność. Patrzymy, ale nie widzimy, wiemy, ale nie reagujemy, gorzej: wiemy i właśnie dlatego nie będziemy reagować. Bezsilność stała się chlebem powszednim. A to ten właśnie chleb jest jedynym pokarmem dla niemal miliardowej rzeszy bohaterów słynnej już książki Martína Caparrósa: dla głodnych.

Głód to książka taka jak nasza obecna epoka: niespójna, meandryczna, napięta od wewnętrznych sprzeczności, usiłująca stać się czymś i wciąż sobie przecząca. Idea tekstu wydaje się prosta – opisać głód jako zjawisko i jako problem. Caparrós wychodzi więc od twardych danych: czym jest głód, czym niedożywienie; jakie są skutki głodu, tak indywidualne, jak społeczne. Wreszcie – ilu na świecie jest głodnych (ok. 800–900 mln) i jak często umierają (1000 osób na godzinę). Z samych tych wyliczeń rodzi się zdumienie zaprawione bezgraniczną rozpaczą: jak to się dzieje, że w świecie, który produkuje dość żywności dla wszystkich ludzi na planecie, wciąż ponad jedna dziesiąta z nich głoduje?

Popularnonaukowe dociekania przechodzą płynnie w reportaż: autor odwiedza dziesiątki miejsc na całym świecie, rozmawiając z głodnymi. Od Madagaskaru po Mozambik, od Sahelu po Indie, od Argentyny po Stany Zjednoczone spotyka kolejne przejawy nędzy, bardzo różne w swej naturze. Rozmawia z najuboższymi rolnikami z Afryki, których jedynym codziennym pożywieniem jest proso lub ryż, z wyjątkiem okresów, gdy i ten pokarm – najuboższy z możliwych i wyniszczający organizm – przestaje być dostępny. Rozmawia z uczestnikami darwinowskiej walki o byt, która toczy się na wielkich wysypiskach niedaleko Buenos Aires: wywożone między innymi przez wielkie sklepy i hurtownie odpadki wciąż nadające się do zjedzenia można zbierać przez krótki czas pod nadzorem służb porządkowych. Dociera wreszcie do amerykańskich klientów pomocy żywnościowej – wciąż żywych i nieprzymierających głodem, lecz otyłych wskutek spożywania najtańszego, tłustego i pozbawionego składników odżywczych jedzenia. Wszyscy ci ludzie, zamknięci w kokonie własnej sytuacji, są w istocie powiązani niewidzialnymi więziami globalnego kapitalizmu: otyłość ubogich jednego kraju jest zwierciadlanym refleksem sytuacji ubogich w innych państwach.

Reportaż z czasem staje się nieco monotonny, jak i jego temat: głód, brak nadziei przeplatany wątłymi szansami na poprawę losu – na kupienie nowej krowy, na pług, na pracę, na przeżycie dzieci, na edukację dzieci, na wyjazd. Szansami, które są tak wielkie, że nie mogą nie zostać zmarnowane. Globalizacja sprawia, że sytuacja ubogich na całym świecie staje się podobna, choć niektórzy mają jeszcze dostęp do żywności, choćby niezdrowej, a innym nie pozostało już nawet to. Caparrós przemierza kolejne kraje i dochodzi do podobnych konkluzji jak Zygmunt Bauman. Wszędzie napotyka niszczycielskie siły wielkiego kapitału, które różnymi środkami – przez wymuszanie cięć, zawłaszczanie ziemi, osłabianie i korumpowanie państw – wytwarzają bogate, ponadnarodowe imperium, na peryferiach którego żyją ludzie-wyrzutki. Głód jest ich codziennym doświadczeniem, odbijającym się zarówno na ciele – słabym, podatnym na choroby, niezdolnym do pracy – jak i na psychice. Nie mieć co jeść lub mieć tylko na dzisiaj znaczy tyle, co żyć w ciągłej niepewności, która wyklucza posiadanie dalszej perspektywy i możliwość polepszenia własnego losu.

Głód nie może więc pozostać reportażem, jak też i nie mógł być tylko popularnonaukową książką faktograficzną. Problem globalnego niedożywienia nie daje się opisać w izolacji. Wystarczy pociągnąć za byle nitkę, by rozpruł się nagle niekończący się worek globalnych powiązań, sieć trudnych do ogarnięcia zależności, które nieustannie pracują na rzecz bogactwa jednych i ubóstwa innych. Na jaw wychodzi prawdziwie neurotyczna struktura globalnego kapitału, który wytwarza mnóstwo żywności po to tylko, by ją zmarnować, odbiera ziemię lokalnym rolnikom w Afryce, by siać tam uprawy dla Pierwszego, jak pisze Caparrós, „najedzonego Świata”, wytwarza strukturalne warunki dla głodu, by potem móc ekspediować pomoc humanitarną, opierającą się na dotowanym zachodnim zbożu. Tych problemów nie da się zamknąć w neutralnej książce, tak jak to zrobiono w stertach papieru, zwanych na wyrost raportami, wytwarzanymi na potrzeby ONZ i FAO. Nic w tym świecie nie może już pozostać osobne i neutralne, podobnie jak każdy kęs zjadanego w dostatnim świecie pożywienia jest już – czy tego chcemy, czy nie, czy to wiemy, czy nie – nierozerwalnie spleciony z globalną strukturą wytwarzania głodu w innych miejscach planety.

Dlatego książka Caparrósa przeradza się w rodzaj rachunku sumienia najedzonego świata. Ale ponieważ nie ma już sumień, lecz ideologiczne wytwory, na których pracują nasze umysły, toteż i rachunek nie może się na wiele zdać. Głód przeplatany jest rozważaniami rozpoczynającymi się od oczywistego na pozór pytania: Jak, do diabła, możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy?. Caparrós układa z możliwych do udzielenia odpowiedzi – obojętnych, szczerych, niby-szlachetnych, bezsilnych, rozpaczliwych, cynicznych – katalog fałszywej wiary naszych czasów. Wiary fałszywej, która nie ma już za przeciwieństwo prawdy: system globalny tak bardzo wyrwał się spod czyjejkolwiek kontroli, że nie pozostaje nam nic prócz przeżuwania tych samych pustych formuł, wzniecania rozpaczy, kojonej następnie myślą o małych krokach, które trzeba podjąć, nawracającej, gdy małe kroki na nic się zdadzą, prowadzącej do wściekłości na system, którego najwyraźniej zmienić nie można – choć służy tak naprawdę tylko garstce ludzi – i zapadającej się wreszcie w bezsilność, w której cynizm, obojętność i szlachetność są praktycznie bez różnicy.

Głód jest podstawowym symptomem tego, że postęp w zachodnim stylu – zbudowany wpierw na tzw. konsensusie waszyngtońskim (będącym podstawą neoliberalnego modelu ekonomicznego), a następnie twórczo przejęty przez nowe potęgi gospodarcze z Chinami na czele – jest przede wszystkim postępem kapitalizmu, a nie ludzkości. Oczywiście – niektórym przynosi poprawę sytuacji, ale gdzie indziej, zawsze w owym przesłoniętym gdzie indziej, wytwarza cywilizacyjne śmietnisko. Rujnuje, nie dając nic w zamian. Dlatego, jak pokazuje Caparrós, głód nie jest problemem, który da się rozwiązać metodą małych kroków, zwiększeniem pomocy humanitarnej, nowymi programami wspólnoty międzynarodowej, tworzeniem zapasów czy łagodzeniem klęsk żywiołowych. Choć odsetek głodujących maleje, to tylko dlatego, że rośnie liczba ludzi na Ziemi. W liczbach bezwzględnych ta plaga ma się cały czas świetnie, a od lat osiemdziesiątych nawet się rozszerza. Ci, którzy dziś głodują, są w znacznej części ofiarami globalizacji, która pozbawiła ich ziemi albo uczyniła lokalną produkcję nieopłacalną – zostali oni włączeni w światowy system gospodarczy i ulokowani na pozycji ofiar. Ale za połączeniem całego świata w jeden ekonomiczny organizm przez kapitalizm nie idzie globalna świadomość, dzięki której moglibyśmy widzieć bezpośredni związek między naszym dobrobytem a nędzą innych. Obecnie ludzkość produkuje dość żywności, by wyżywić wszystkich. Jeśli więc wciąż istnieje głód, to tylko i wyłącznie wskutek niesprawiedliwości i nieracjonalności systemu globalnego.

Caparrós nie jest jednym z oburzonych. Być może nazwać go można postoburzonym. Uczuciem, które dominuje w jego rozważaniach, jest wściekłość – na głód, na bezsensowny system społeczny, na brak rozwiązań, na własną bezsilność. To ostatnie, co zostaje po przejściu wszystkich intelektualnych dróg w zablokowanym świecie. Ruch Oburzonych jest dla niego przykładem bezsilności sprawy co prawda słusznej, lecz po pierwsze niezwykle trudnej do przeprowadzenia, a po drugie, mającej olbrzymie kłopoty ze sformułowaniem pozytywnego programu. W książce Caparrósa uderzające jest mocne wołanie o nową, zdecydowaną lewicę. Być może długie bóle porodowe naszej epoki, by użyć wyświechtanej metafory, zwiastują narastającą gotowość na uformowanie się nowej wiary w przyszłość. Być może. Tymczasem głód pozostaje głodem.

 

Martín Caparrós

Głód

Tłum. Marta Szafrańska-Brandt

Wydawnictwo Literackie, 2016

Liczba stron: 715