• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 18.02.2019
Wożąc doktora Shirleya („Green Book”)
Recenzje | 18.02.2019

Wożąc doktora Shirleya („Green Book”)

Spike Lee zapytał ostatnio, kto dziś ogląda Wożąc panią Daisy. Film Bruce’a Beresforda z 1989 roku o bogatej staruszce i jej czarnoskórym szoferze prawie trzy dekady temu zdobył główne Oscary, pozostawiając jego wybitne Rób, co należy jedynie z dwiema nominacjami (za scenariusz i dla aktora drugoplanowego). Z dzisiejszej perspektywy film Lee, który również poruszał kwestie rasowe, wydaje się dużo bardziej wartościowy pod względem artystycznym oraz społecznym i nadal dyskutowanym, podczas gdy film Beresforda jednak poddał się upływowi czasu. W tym roku Spike Lee, wciąż wierny swoim tematom, wreszcie doczekał się, dzięki Czarnemu bractwu, pierwszych w karierze nominacji do Oscara za najlepszą reżyserię i film. Jednym z jego głównych rywali jednak znowu okazał się film, który o podobnych kwestiach mówi w bardziej łagodny i przystępny sposób. Czy sytuacja z 1989 roku powtórzy się, poznamy 24 lutego podczas tegorocznej gali.

Green Book, podobnie jak Wożąc panią Daisy, cofa się o kilka dekad, aby opowiedzieć o stosunkach rasowych w Ameryce. Także dwójkę głównych bohaterów, poza kolorem skóry, wiele dzieli, z pochodzeniem społecznym na czele. Tony Vallelonga (Viggo Mortensen) jest drobnym cwaniaczkiem z Bronxu, który właśnie stracił pracę jako ochroniarz w nocnym klubie. Mając na utrzymaniu rodzinę, nie chce wchodzić w struktury mafijne i szuka legalnej pracy. Trafia na rozmowę o pracę do niejakiego „doktora” Dona Shirleya (Mahershala Ali), wyrafinowanego, czarnoskórego pianisty, który ma odbyć tournée po amerykańskim Południu. Mimo iż wydaje się, że włoski temperament Tony’ego nijak nie przystaje do usposobienia spokojnego i pełnego kultury artysty, otrzymuje on pracę jako jego prywatny kierowca. Zaopatrzeni w Zieloną książeczkę – broszurę, w której wyszczególnione są hotele, restauracje i stacje benzynowe, które obsługują czarnych klientów – ruszają w podróż po Ameryce początku lat 60.

Już sam punkt wyjścia filmu sprawnie ustawia historię o zderzeniu charakterów i poglądów na świat. Dwaj idealnie niedopasowani bohaterowie ruszą w nieznany i wrogi im świat Południa, gdzie będą musieli zmierzyć się nie tylko z rasizmem i wrogością napotkanych na drodze rodaków, ale też pokonać własne lęki i uprzedzenia, co oczywiście doprowadzi do zbudowania prawdziwej i pięknej więzi między nimi. A to wszystko sprawnie wpisane w nieśmiertelny motyw kina drogi, które od Easy Ridera, przez Thelmę i Louise po Transamericę, wchodzi w idealną fuzję z kinem społecznym.

Jednak mimo lekkiego, zdawałoby się, wysłużenia formuły i w sumie niewielkiego wkładu własnego w tęże formułę, film Petera Farrelly’ego sprawdza się wyśmienicie. Sceny „docierania się” Tony’ego i Dona pełne są nieodpartego uroku i humoru, na tyle silnych, że jesteśmy w stanie przełknąć szereg uproszczeń i stereotypów, który w międzyczasie zostają nam zaserwowane. Świetnie rozpisane postacie nawet na chwilę nie tracą nic ze swojej szlachetności ani sympatyczności. Zrobione jest to tak sprawnie, że nie przeszkadzają nam nawet momenty, w których Tony stosuje jawną przemoc wobec innych, bo przecież praktykuje ją wobec rasistów i bydlaków, a dość karykaturalne potraktowanie Shirleya jako specyficznego artysty staje się nawet ujmujące.

Oprócz kwestii rasowych film porusza także wątek homoseksualizmu Shirleya, ale oczywiście robi to w równie przystępny i bezkonfliktowy sposób. Nie widzimy go przecież w bezpośredniej sytuacji intymnej z drugim mężczyzną (jedynie nagiego i skutego przez policję z białym partnerem już po), temat nie jest też kontynuowany. Zostaje zbyty stwierdzeniem Tony’ego, że jako były ochroniarz w nocnym klubie, wie, że życie jest skomplikowane. Wspaniałomyślny i w pełni wystarczający akt akceptacji, można powiedzieć.

Stereotypowe i zero-jedynkowe potraktowanie tematu nie jest jednak w stanie przysłonić satysfakcji, jaka płynie z tego bardzo sprawnie wyreżyserowanego i świetnie zagranego filmu. Mahershala Ali prawdopodobnie zdobędzie swojego drugiego, zasłużonego, Oscara w kategorii drugoplanowej, a Viggo Mortensen znowu potwierdził, że jest jednym z ciekawszych współczesnych aktorów. Film jest wymieniany jako faworyt w oscarowej kategorii najlepszy film, mimo że nie otrzymał nominacji dla najlepszego reżysera (Wożąc panią Daisy również takiej nominacji nie otrzymało). Sukces filmu wynika w dużej mierze również z tego, że Green Book idealnie trafia w swój czas, w którym rasizm i jawny brak akceptacji wróciły do głównego nurtu. W Ameryce Trumpa widzowie potrzebują filmu, który przypomni im i potwierdzi, że te zjawiska są złe, a ludzie, którzy myślą inaczej, to dranie czy po prostu idioci. Bo nie ma większej satysfakcji niż gdy z ekranu dostajemy potwierdzenie, że jesteśmy po właściwej stronie, a zło da się przetrwać.

Amerykańska Akademia Filmowa jakiś czas temu publicznie rozważała wprowadzenie oddzielnej kategorii dla tzw. „filmu popularnego”. Miało to na celu zwiększenie oglądalności oscarowej gali i danie szansy takim filmom jak Czarna pantera, które w głównych kategoriach są zazwyczaj pomijane. Pomysł spotkał się ze sporą krytyką i na razie został zawieszony. Tymczasem kilka miesięcy później Czarnej panterze udało się zdobyć nominację w kategorii najlepszy film, co dobitnie potwierdza, że idea pomysłu nie była do końca słuszna. Ewentualna wygrana Green Book również potwierdzi, że tak naprawdę główna oscarowa nagroda jest w istocie wyróżnieniem dla filmów popularnych. Tak jak trzy dekady temu Wożąc panią Daisy okazało się dużo bardziej popularne niż Rób, co należy, tak w tym roku zapewne film Farrelly’ego (twórcy kultowej komedii Głupi i głupszy) pokona Romę i Czarne bractwo, a tym samym potwierdzi, że w Hollywood nie liczy się jedynie poruszanie ważnych i odważnych tematów w oryginalny sposób. Nagradzane są przede wszystkim filmy, które robią to w najbardziej przystępny sposób, czego Green Book dokonuje z wielką klasą.