camposanto
RECENZJE | 16.11.2014

Wojna na ogień i pamięć (W.G. Sebald, „Campo Santo”)

À quoi bon la littérature? Na cóż literatura? Tak zużyte pytanie można uratować tylko wtedy, gdy zada się je przelotnie, ukradkiem, na koniec życia i pisania, może nawet po śmierci, a najlepiej jeszcze w czyimś imieniu. W ten sposób stawia je W.G. Sebald, mówiąc za nie byle kogo – Friedricha Hölderlina. Po co więc literatura? Po co literatura tym, którzy nie mogą znieść umiłowanych ojczystych stron, którym życie osuwa się w jedną stałą podróż po miejscach, tym, którzy – wróciwszy do domu – znajdują tylko zgliszcza? Odpowiada pisarz: może jedynie po to, byśmy pamiętali i byśmy nauczyli się pojmować, że istnieją dziwne związki, niedostępne dla logiki przyczynowej. Campo Santo – pośmiertnie wydany tom pism Sebalda to ostatnia może prawdziwa lekcja tych dziwnych związków.

Wedle spisu treści Campo Santo otwiera fragment ostatniej, niedokończonej – a właściwie ledwo rozpoczętej – Sebaldowskiej prozy, oscylującej wokół wątków korsykańskich. Prócz tego w tomie znajdziemy eseje z różnych okresów, których ton, ze strony na stronę, zbliża się do znajomego z poprzednich tekstów głosu pisarza. Co prawda wydawca podzielił książkę na dwie części, „Prozę” i „Eseje”, ale nie powinniśmy dać się zwieść: temperament Sebalda znosił go stale ku jednemu, synestetycznemu sposobowi pisania, w którym lament, wspomnienie i zadziwienie współbrzmią jak jeden i ten sam dźwięk w wielu oktawach. Proza przelewa się tu przez esej, esej zakaża prozę, a w przypadkowych miejscach tekstu rozbłyskują erupcje nie dającej się okiełznać pamięci, która szarpie tkanką pisma i wprawia je w drżenie, podobne temu, jakie odczuwa dziecko w obecności śmierci.

Sebald zginął w wypadku samochodowym w 2001 roku, mając 57 lat – wtedy właśnie, gdy mógłby już szykować się do zajęcia pozycji klasyka i grzać skronie na przyjęcie noblowskich wawrzynów. Starczy spokój przy kominku, marzenie tych, dla których literatura musi się w końcu skończyć, by zaczęło się prawdziwe życie w sławie, był tym rodzajem spacyfikowanego ognia, od którego Sebald stale uciekał. Urodzony pod koniec istnienia Rzeszy, dorastał wśród gruzów, w które obrócił się wpierw duch, a później materia Niemiec. Ruiny po wojnie powietrznej, wizje pożarów wzniecanych przez bomby zapalające, a nade wszystko ogień wytrawiający z człowieka to, co ludzkie – przede wszystkim sprawiedliwość i pamięć – uczyniły z niego pogorzelca literatury. Jedynie tak można nazwać człowieka, który rozsnuwa tekst po nieskończonych meandrach wspomnień i skojarzeń, zaplata jego nici wokół miejsc – przygodnych i pojedynczych – wydobywając na jaw życie, które kiedyś się w nich tliło, póki nie wróciło w proch.

Gdy wypalają się fasady, wieże i dachy lądują na ziemi, a z człowieka wyparowują pozory szlachetności i miłosierdzia, nie ma już ulic, miejskiej perspektywy i reguł uprzejmości. To, co najbardziej błahe, swobodnie łączy się z pomnikowymi zdarzeniami, a nikczemność z okruchami życzliwości. Na jaw wychodzą dotąd niewidziane związki przyczynowe, które ukazują historię w całym jej kuriozalnym bogactwie. Każde zdarzenie ma swoje miejsce, a przez to miejsce łączy się – tajemniczą nicią – z zupełnie innym czasem, innym człowiekiem i myślą, która na moment przystanęła w drodze. Okiem wywłaszczonego przez pożar wygnańca Sebald rejestruje całość krajobrazu, w którym upadły naturalne bariery. Wielkie historyczne zdarzenia ujawniają się dla niego w całej mnogości szczegółów, których dotąd nie uważano za stosowne przytaczać: Napoleon, prócz swych dokonań, miał również kurtkę munduru, z całą pewnością przepoconą, którą dzisiaj, zjedzoną przez mole, Sebald ogląda w Ajaccio. Mały mól, mały-wielki cesarz, pot i Austerlitz, widz w muzeum.

Jednak spojrzenie piszącego wydobywa nie tylko małe zza dużego, ale i duże zza małego. W niepozornych miejscach, za byle odbudowaną fasadą, prozaicznym, odtworzonym życiem, za zielskiem, które porosło groby, kryje się przechowana w materii pamięć nikczemności. Literatura pisana pośród ruin – ruin, które widzi się nawet tam, gdzie codzienność odzyskała swoje prawo – wydobywa na czarne światło dnia zbrodnie, z których pamięć została wyczyszczona w poszukiwaniu nowego zwykłego życia. W ten sposób Sebald wytropił nierealność powojennych Niemiec, która jak kolonia udających kamienice berlińskich bloczków – Plattenbauten – otacza dawny Führerbunker. Wymazanie popełnionych zbrodni i spalenie kraju w ramach wykonania przedziwnego wyroku – które pod postacią rozważań o literaturze Luftkrieg powracają także w tym pośmiertnym tomie – są dla pisarza kamieniem węgielnym, choć pustym jak powietrze, kraju jego urodzenia.

Nie ma bardziej zaciekłego przeciwnika nikczemnej głupoty niż pamięć – i tę właśnie, w Benjaminowskim duchu, mobilizuje Campo Santo. Wydobywa to, co spalone, zarysowuje kontury wypartej katastrofy, przypomina każdy szczegół, który ludzka bezwzględność starła bez najmniejszych skrupułów. Dzięki oku pisarza wszystkie miejsca, zdjęcia i teksty odzyskują korzenie, którymi wrastały w swój czas; na wygaszonym zgasłą łuną ciemnym niebie widać słabe ślady wezwania, które każde z nich kierowało ku innym wiekom. Umieć oddać sprawiedliwość temu, co zawiodło – także samo siebie – i co wciąż czeka, to zadanie dzieła takiego jak Campo Santo.

Miłość jest podobno mocniejsza niż śmierć, ale od czego mocniejsza jest melancholia? Nie od czasu, bo nim i przeciw niemu żyje; wszak, jak rzuca przelotnie Sebald, jakby to było, gdybym mieszkał w jednej z tych kamiennych twierdz, zajęty aż do końca życia wyłącznie studiowaniem minionego i mijającego czasu. Melancholia mocniejsza jest od kultury, której próżne roszczenia i zasady rzuca na pożarcie terrorowi śmierci i potworności nie do zniesienia. Każdemu zdarzeniu, które go spotyka i przygważdża swą absurdalną pojedynczością, Sebald wysyła błysk swojej inteligencji. Tylko ten, kto jak rozbitek czepia się szczątków kultury ostałych po wielkiej katastrofie – i rzuca je w centrum niebezpieczeństwa, by na moment odsunąć własną zagładę – może ocenić, ile jeszcze warte jest to, co odziedziczyliśmy. Kto zaś w tych rozrzuconych dryfujących balach nadpalonego drewna widzi jeszcze sensowną konstrukcję, staje pod nieuchronnym oskarżeniem melancholii.

Sebaldowska proza, która nie zna granic między literaturą, esejem a humanistyką, interpretuje świat w sposób bezwzględny. Nie ma środków, których się nie chwyta, nie ma zdarzeń, których nie wahałaby się wygrzebać z pamięci, by dołączyć je do historycznego pejzażu. Bezkompromisowo szuka wskazówek w tym, co błahe, by osądzić to, co wielkie. Za upadek należy się odpłata i tylko ten, kto odnawia pamięć, może wymierzyć sprawiedliwość. Kto chciałby na wzór Nietzschego wyrzucać Sebaldowi, że jego hipertrofia pamięci tłamsi życie, należałoby odpowiedzieć: wielu już usiłowało żyć przed tobą i wpadało w oka historii, które dla jednych są dość duże, innych znowu zabierają na zawsze. Niepamięć trzyma bowiem życie na krótkiej smyczy, pozwalając mu rozwinąć się na tyle tylko, by zdołało stoczyć się w nikczemność.

Dlaczego, jadąc kolejką miejską do centrum, przy stacji Feuersee za każdym razem myślę, że nad nami wciąż jeszcze się pali i że od grozy ostatnich lat wojny żyjemy jak gdyby w podziemiu, choć przecież wszystko wokół tak pięknie odbudowaliśmy? To „Feuersee”, ogniste jezioro, Sebald widzi także w pięknie odtworzonej po wojnie kulturze. Campo Santo, w którym pisze m.in. o Kafce, Nabokovie i Amérym, to ostatnia migawka ze świata człowieka, dla którego podróż stanowiła jednoczesny ruch pamięci i tekstu, a ogień i zgliszcza były podstawowymi środkami rozumienia.

 

W.G. Sebald, Campo Santo

tłum. Małgorzata Łukasiewicz

Wydawnictwo W.A.B., 2014

Liczba stron: 320