nedzole
RECENZJE | 16.06.2014

Wieszcz czy żebrak? (Z. Masternak „Nędzole”)

Dwa tygodnie, 260 stron i kilkadziesiąt myśli, że nie podołam, oddają mój nastrój towarzyszący lekturze Nędzoli Zbigniewa Masternaka. Przyznaję, dawkowałam po kilka stron dziennie. Czytałam, leżąc na trawie przy krakowskich Bulwarach Wiślanych, siedząc na ławce na Plantach, w domu, w pociągu, w przerwie i bez przerwy, rano i w nocy. Masternak towarzyszył mi nawet podczas stania w bardzo długiej kolejce po bilet miesięczny. Na nic to. Każde miejsce i pora są złe, gdy podczas czytania jedynym twoim kompanem jest syndrom nudy z żabą w tle.

Parafrazując piosenkę Niemena, można by napisać, że nędzny jest ten świat, który przedstawia Masternak, ale bądź co bądź, autor nie podąża śladem kolegów pisarzy z Wysp Brytyjskich (np. Jana Krasnowolskiego), lecz tworzy opowieść w nowej, francuskiej odsłonie. I choć paryski bruk ceni artystów, to wyjątkowo nie lubi tych, którzy mają do zaoferowania jedynie wylewanie żalów na tę Polskę właśnie, co nie oszczędziła nieudacznika, który musiał wyemigrować z kraju przodków bez wykształcenia, bez pieniędzy, za to z książką wydaną własnym sumptem, z doświadczeniem pracy ocierającej się o światek przestępczy i z dzierlatką u boku. Dziewiętnastoletnia bohaterka – podobnie jak ja – musiała nudzić się często w jego towarzystwie, skoro jednymi z niewielu jej powieściowych aktywności były sny i opowiadanie o nich. Warto zaś dodać, że główną – poza wiernością – zaletą wspomnianej partnerki narratora była jej fizyczna atrakcyjność, która o włos nie doprowadziła do gwałtu dokonanego przez napalonego Samira. Wiadomo, Arab, obraz utkany z nici stereotypów: zła, zakłamania, fanatycznych obsesji i nienawiści do innych nacji.

Wróćmy jednak do motywu przewodniego Nędzoli, czyli zapowiadanej na czwartej stronie okładki emigracji młodej pary Polaków. Narrator przedstawia wyjazd zagraniczny w dwojaki sposób, raz jako możliwość pozyskania atrakcyjnej sumy pieniędzy, innym razem jako misję. Wydaje mu się bowiem, że jego pisarskie zdolności i pobyt zarobkowy we Francji predestynują go do bycia głosem ludu, prawdziwym wieszczem, którego Polska nigdy nie miała: – Czyż byłbym prawdziwym głosem pokolenia, gdybym nie wziął udziału w takim przedsięwzięciu? To jakby zagrzewać do walki powstańczej, a potem w niej nie uczestniczyć – jak Mickiewicz. Kpić z narodowowyzwoleńczych bojów, samemu siedząc za oceanem, jak Gombrowicz. Albo krytykować system komunistyczny, będąc od niego daleko – przykład Miłosza. Przywdziałem dziadowskie szaty jak król Kazimierz Wielki, żeby sprawdzić, jak żyje polski lud. Sprawdziłem. I już wystarczy. Plany zostania orędownikiem pokolenia młodych przerodziły się w kpinę z rodaków przebywających na emigracji, postrzeganych przez niego jako tytułowi „nędzole”, którzy zmarnowali swe szanse w Polsce i z braku alternatyw wyjechali, i wiodą podwójne życie, oparte na kłamstwie i pozerstwie. Za granicą emigrant to krętacz, dziad i dusigrosz: ze skąpstwa jedzą pasztety i zupki chińskie przywiezione z Polski, a w ojczyźnie król parkietów i pan sytuacji: Z oddalonego o 200 kilometrów lotniska w Warszawie przyjeżdżał do domu taksówką, bo twierdził, że nie będzie jechał busem jak dziad. Szypuła chce pokazać ludziom, jak się żyje na bogato. Baletom nie było końca. Wracał do domu nad ranem, a w zasadzie był podwożony. Stołował się tylko w restauracjach, wszystko obficie zakrapiając alkoholem. Zapijał w sobie te wszystkie upokorzenia, które spotkały go za granicą. Oczyszczony w ten sposób – znów mógł tam wrócić, z jeszcze niżej pochylonym czołem. Choć narrator trafnie ocenił przeciętnego Szypułę, to jednak rościł sobie prawo wywyższania się ponad grupę, do której również przynależał. Podobnie jak Szypuła i inni mu podobni, był życiowym niedołęgą. Bohater, mimo iż w latach młodzieńczych zapowiadał się na człowieka wielu zawodów (pisarza, sportowca, a nawet prawnika), skończył jak oni, posiadając te same nawyki okradania, narzekania na swoich pracodawców i popadania w pijaństwo.

Szansa na nowe życie i zebranie inspirujących doświadczeń emigranta stanowiła motor napędzający głównego bohatera do wyjazdu za granicę, którego skutkiem miało być wydanie bestsellera u francuskiego wydawcy: W wyobraźni widziałem, jak moje dzieło podbija europejski rynek. W tę ułudę mogła uwierzyć chyba tylko Renata, głupiutka, bezwzględnie naiwna i mało wyrazista postać, partnerka pisarza: moja dziewczyna uwierzyła, że jestem kimś wyjątkowym. Nie zauważyła, że moje życie to ostatnio pasmo niepowodzeń? Renata udała się w romantyczną – a może wręcz oniryczną, jako że ciągle spała – podróż ze swym pisarzem, któremu chciała towarzyszyć w drodze do sławy. Bajkowe plany zakończyły się na wyczekiwaniu na ławce na ukochanego, który żebrał jako mnich, oraz na przesiadywaniu w domu z braku możliwości znalezienia intratnego zajęcia, podczas gdy jej chłopak szorował toalety i podcierał starcom tyłki, wreszcie: na pracy jako kelnerka w podrzędnym barze.

W Nędzolach Zbigniewa Masternaka czytelnik zetknie się z narracją prowadzoną przez w znacznej mierze sfrustrowanego, pełnego wygórowanych ambicji mężczyznę, głoszącego egzaltowane hasła na temat własnej roli w literaturze polskiej, skontrastowane z wykonywaną przez niego emigracyjną pracą zarobkową. Cukierkowe, czy jak kto woli, serialowe zakończenie stanowi doskonałą puentę nieciekawych zdarzeń opisanych w powieści. Dlatego właśnie, mimo próby podjęcia ważnej tematyki, sprawnego warsztatu stylistycznego i udanej konstrukcji dialogów, które oddają charakter swobodnej rozmowy, najnowsza proza Zbigniewa Masternaka mnie nie przekonuje.

 

Zbigniew Masternak

Nędzole

Zysk i S-ka, 2014

Liczba stron: 260