ROLNIK
ARTYKUŁY | 06.10.2014

Wieś przechowana w stanie natury („Rolnik szuka żony”)

Telewidzowie zachwycili się bohaterami programu, którego największym atutem jest autentyczność jego uczestników. TVP1 raźnie dołączyła w tym sezonie do walki o widza wybierającego raczej te propozycje, które opowiadają o ludzkich dramatach, trudnych wyborach i rozterkach czystych serc. Do tej pory rozmaite programy mające na celu zeswatanie par tworzone były w nieco innej konwencji – począwszy od zanurzonej po uszy w latach 90. Randki w ciemno, na niedawnym (jednym z najokropniejszych programów w historii polskiej telewizji rozrywkowej) reality show Kto poślubi mojego syna? skończywszy. Rolnik szuka żony ma być w ramówce TVP1 ożywczym powiewem – prawdy, miłości i naturalności. Polska telewizja zna te pasje nie od dziś.

Rolnik szuka żony, którego pięć odcinków wyemitowała już TVP, to realizacja zagranicznego formatu Farmer Wants a Wife. Zasady programu – lokującego się gdzieś pomiędzy paradokumentem a reality show – są proste: pięciu kawalerów (wyłonionych z grupy ośmiu zaprezentowanych w pilotażowym odcinku – po nim został wyeliminowany m.in. kontrowersyjny myśliwy Dariusz), którzy mieszkają na polskiej wsi poszukuje żony. Wszyscy zajmują się rolnictwem i cierpią na samotność. Ich ciężka praca, w dużej mierze wspierana przez najnowsze technologie, jest jednym z najważniejszych elementów prezentowanych od początku w programie. Szacunek do pracy na roli zdaje się w Polsce współmierny z tęsknotą do wsi sielskiej, wsi wesołej, ale wsi odległej. Zaznaczyć bowiem należy, że większość kandydatek na żonę wszystkich panów pochodzi z miasta. Czy powodem jest prosta fascynacja nieznanym, nadzieja na zmianę, czy też brak świadomości, z czym życie z rolnikiem się wiąże – trudno powiedzieć. Jedno jest pewne – kobiety pochodzące ze wsi nie zasiliły tego programu. Mamy więc ciekawy zestaw, pozornie podobny do tego z serialu Daleko od szosy – „miastowa dziewczyna” wybiera „chłopaka ze wsi”. Różnica polega jednak na zmianie kierunku migracji i na tym, że to wyłącznie do chłopaka należy decyzja. Przeprowadzka, która jest przewidywanym modelem w przypadku nawiązania przez uczestników programu miłosnej relacji, zdaje się tu między słowami tak naprawdę powrotem na wieś. Powrotem w tym głębszym znaczeniu – przywrócenia zatraconego porządku, wycofania się z błędnie obranej drogi, skierowania się ku temu, co prawdziwe. Miasto zostawia się tu za plecami – wieś jest przestrzenią, w której nie tylko ma się do czynienia z naturą w postaci fauny i flory. Wieś to wręcz świat natury – mężczyzn, których nie zdążyła zepsuć nowoczesność, uwikłanie w płeć oraz upodobanie do hulanek i swawoli. Kawalerowie są w tym programie prezentowani jako ci, którzy wprawdzie korzystają z internetu, podróżują po świecie i kończą szkoły, ale wszystko to nie przewróciło im w głowie. Są prawdziwi, szukają prawdziwej kobiety i prawdziwej miłości. Żyją ze swoimi krewnymi (kogo nie przerażają matki podszeptujące, że ta za ładna, ta za stara, a ta się nie sprawdzi na roli?), a wybrankę włączą do swojego wiejskiego rodu. Sentyment za wielopokoleniową rodziną, która bierze udział w wyborach matrymonialnych, jest tu dość oczywisty. Mniej oczywiste jest jednak, dlaczego wzorzec prezentowany w Rolniku… jest tak uporczywie powtarzalny. Dlaczego nie zaprezentowano innych możliwości, stawiając na przewidywalną pochwalę „normalności”.

Fakt, że rolnicy szukają żony za pomocą telewizyjnego show zdaje się w niczym nie zaburzać tego obrazu – telewizja, kamera i zapośredniczenie są tu właściwie zbywane machnięciem ręki. I co z tego, że to telewizja, skoro taka naturalna! Myśl, jaka stoi za tą strategią, wydaje się jasna – takie mamy czasy, że trzeba sięgać po różne środki (skoro te tradycyjne dotąd zawiodły), ale w niczym to nie nadszarpuje naszej autentyczności. Autentyczność to przecież nie taka łatwa do pozbycia się właściwość – raz osiągnięta nie wysmyknie się zbyt szybko. Adam, Grzegorz, Stanisław, Zbigniew i Paweł opowiadają o sobie świetnie zaprogramowanej na swobodę, naturalność i bezpośredniość prowadzącej, która w każdym z odcinków odgrywa rolę ich powiernicy i serdecznej przyjaciółki. To jej zwierzają się ze swoich lęków i nadziei, to z nią odwiedzamy mężczyzn w ich gospodarstwach. Program pomyślany jest tak, aby wszyscy kawalerowie wyraźnie się od siebie różnili. Poznajemy więc następujących mężczyzn: Pawła, który prowadzi wielkie gospodarstwo, jest przebojowym sołtysem i obsługuje mlekomaty; Grzegorza – wrażliwego rolnika, żywiącego nadzieję, że żona będzie mu przynosiła obiad do ciągnika (obiad rzecz ważna); Stanisława – najstarszego z uczestników, ozdabiającego każdą swoją wypowiedź mądrościową sentencją i wspomnieniem o Adamie Mickiewiczu; Zbigniewa – hm… Zbigniew…; Adama – serdecznego i postawnego mężczyznę, który w tym gronie „odhacza inność”, realizującą się w jego prawosławnym wyznaniu. Nie mamy więc ani nieheteroseksualnych, ani mniejszości etnicznych i narodowych, ani wyraźnie antytradycyjnych poglądów. Chciałam powiedzieć, że nie mamy też wyraźnych sprzeciwów wobec formuły programu, ale to akurat nieprawda. Owe momenty zawahania, niezgody na formułę show czy rozczarowania przymusem poddania się regułom są chyba najmocniejszymi punktami Rolnika…

Program zakłada, że każdego z uczestników odwiedzają kandydatki, które, stopniowo zbliżając się do wybranków (aż do wizyty w ich domach i poznania rodzin), są kolejno eliminowane. Nic nowego w telewizji, chciałoby się rzec. Na tym etapie następują jednak co najmniej dwa pęknięcia. Za pierwsze z nich odpowiada Zbyszek, do którego zamiast pięciu, przyjeżdża tylko jedna kobieta. Formuła programu nie przewiduje takiego scenariusza, więc pojawia się propozycja nawiązania kontaktu z pozostałymi paniami przez internet. Jednoznaczne odrzucenie przez bohatera tej propozycji umotywowane jest w następujący sposób: skoro przyjechała do mnie ta jedna, nie będę się zajmował pozostałymi. Bardzo zdecydowana postawa Zbigniewa ma zresztą szansę zyskać entuzjazm widzów – to człowiek, który nie żyje mrzonkami i odroczonymi znajomościami. Traktuje kobietę poważnie, szanując i ciesząc się z tej, która jest – nie marząc o tych, które mogłyby być. Że stoi to w sprzeczności z formułą programu (Zbigniew nie ma kogo eliminować), to inna sprawa. W innym położeniu znajdzie się w pewnym momencie Grzegorz (jak dotąd – co zaskakujące, zważywszy na jego temperament – rozpalający najwięcej sprzecznych emocji), który wezwany jest do wyeliminowania jednej z dziewczyn. Moment jego wypowiedzi jest przebłyskiem człowieczeństwa w magmie potworności współczesnej telewizji. Mężczyzna, wyraźnie zakłopotany, mówi: Nigdy nie miałem takiej sytuacji, że tyle dziewczyn będzie za mną. Nie spodziewałem się, że będą aż tak piękne.

Trudność z oceną tego programu tkwi według mnie w dwóch kwestiach. W zupełnie niespodziewanym przebiegu, który nie pozwala na wyłącznie hipsterskie ironizowanie czy wyśmiewanie bohaterów i oglądanie ich historii dla dwuznacznej uciechy, co sprawia, że niełatwo zająć jednoznaczne stanowisko. „Idiotyzm życia wiejskiego” rozpoznany przez Marksa to jedno, docenienie bohaterów – drugie. Niespodzianką jest dla mnie również to, że naprawdę trudno nie obdarzyć żadnego z mężczyzn sympatią i nie docenić ich ludzkich reakcji na niektóre – wątpliwe – sposoby kierowania tym show. Odrębną kwestią pozostają relacje między wszystkimi bohaterami – w przeciwieństwie do większości podobnych czy równoległych programów, w momencie eliminowania kandydatek nie ma mowy o niestosownym czy odrażającym (przypadek Kto poślubi mojego syna?) zachowaniu. Oczywiście, można uznać za asekuranctwo powoływanie się przez bohaterów podczas decyzji o odrzuceniu kobiet na to, że struktura Rolnika… wymaga podziękowania kolejnym paniom (ochota na wielożeństwo – nie tym razem) – nie zmienia to jednak faktu, że sytuacja ta właściwie każdorazowo odbywa się – jak na standardy telewizji – dość taktownie. Histeryczne zachowanie jednej z pań, gdy odsyła ją Adam, jest wewnątrz tego programu swoistym ekscesem. Standard w TVN-owskich produkcjach, w których wyraźna dramatyzacja i aranżowanie konfliktów są na porządku dziennym, tutaj wygląda jednak nieco dziwacznie, żeby nie powiedzieć żenująco. Nie inaczej jest z postacią Urszuli (kandydatka Grzegorza), której zachowanie niczym z brazylijskiej telenoweli o bardzo niskim budżecie trudno zrozumieć, mimo że to przecież telewizja.

Na koniec przypominam podstawową regułę: mężczyźni wybierają kobiety starające się o ich względy. Model ten jest kłopotliwy, ponieważ zakłada relację, w której kobieta dwoi się i troi, aby spodobać się mężczyźnie, gdy ten może pozostać na stałej pozycji sędziego. Przyznać trzeba, że obie strony decydują się na to dobrowolnie. Nie zmienia to jednak faktu, że dostrzeżenie ideologii (którą się samemu napędza) nie zawsze jest prostym zadaniem. Rolnik szuka żony zdaje się więc programem, który przypomina, że patriarchat w Polsce, a szczególnie na polskiej – nadal bardzo konserwatywnej obyczajowo – wsi, ma się świetnie. Przerażająca siła tych zmagań o męża polega na tym, że pokazuje się patriarchat w sentymentalnej otoczce natury – takiej, do której można zatęsknić, ale także takiej, z której przez ostatnie dziesięciolecia niejedna kobieta próbowała się wyrwać. Pytanie, co będzie po tym programie, kiedy już szczęśliwe małżeństwa zostaną w gospodarstwie, bez życzliwego oka kamer, wydaje się palące. Prawdziwa wieś i autentyczny mężczyzna mogą bez udziału telewizji wyglądać dużo mniej naturalnie.

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”, a wcześniej także „Polisemii”. Autorka książki „Korespondent Witkacy” Publikowała artykuły i recenzje w licznych czasopismach oraz portalach. Zajmuje się podmiotowością w literaturze i kulturze współczesnej oraz kulturą amerykańską. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w najnowszej kulturze. Pisze biografię Marii Kownackiej.