ilubigapple
ARTYKUŁY | 17.12.2012

Wielkie jabłko pod choinkę

 Michałowi Oleszczykowi, za wszystkie nowojorskie opowieści

 

Start spreadin’ the news / I’m leaving today / I want to be a part of it / New York, New York*

 

Wydaje się, że Frank Sinatra wyśpiewał już wszystko, co było możliwe na temat Nowego Jorku (warto przypomnieć, że pierwotnie tę piosenkę wykonywała Liza Minnelli, zaś autor tekstu, Fred Ebb, za zasługi na rzecz miasta powinien dostać własny pomnik w Central Parku, i to w pobliżu Strawberry Fields poświęconych Johnowi Lennonowi, bo przecież nie przy lodowisku Donalda Trumpa). Skąd to nieustające pragnienie filmowców, pieśniarzy i turystów, żeby wciąż i wciąż mówić oraz pokazywać światu Nowy Jork tak, jakby odkrywany był po raz pierwszy?

Popkultura zna wiele miast, bez których nie byłaby rozbuchanym tyglem multikulturowości, czyli sobą. Wiadomo, że lubimy zaglądać do filmowego Los Angeles (bez którego epoka oper mydlanych byłaby żartem o niespełnieniu), siermiężnego „It’s my property” Teksasu, czy skrzącego marzeniami o zwycięstwie i przygodzie Las Vegas (od czego w końcu jest Jednoręki Bandyta). Ale Nowy Jork stanowi (operować zamierzam banałami i kliszami, bo w końcu o Nowym Jorku mowa, a jego wyobrażenie budowane jest na złudzeniach) doskonałą reprezentację wszystkich popkulturowych obrazów miasta doskonałego. Gdyby w Sèvres pod Paryżem przechowywano wzór miasta idealnego, pewnie trzeba byłoby w szklanej kuli (takiej jak te, w których więzimy św. Mikołaja, śnieg i choinkę) umieścić Wielkie Jabłko. Nowy Jork to największe kłamstwo popkultury, ale równocześnie najlepszy dowód na jej nieograniczoną moc oddziaływania.

These vagabond shoes

Are longing to stray

Right through the very heart of it

New York, New York

Z jednej strony bowiem pierwsza wizyta to pragnienie zobaczenia wszystkich miejsc, które znamy z filmów i telewizji. Z pewnością: nieco egzaltowana i nadmiernie entuzjastyczna potrzeba zachłyśnięcia się pejzażem rodem z filmów Allena i produkcji HBO. W końcu to Nowy Jork, miasto, które hołubione było przez Marilyn Monroe i Roberta De Niro, a oni chyba wiedzieli, o czym mówią. I jak tu nie ulegać złudzeniom, gdy okazuje się, że takie miejsca jak apartament Carrie Bradshaw możemy spotkać w pierwszej godzinie pobytu w mieście. Mieszkanie Carrie to szeregowa kamienica z czerwonobrązowego piaskowca ze słynnymi schodami, które budowano w pierwszej połowie XIX wieku po to, aby od razu prowadziły gości do salonów. Żeby na taką kamienicę trafić, wystarczy wysiąść na Grand Central i od East 42nd Street kierować się w dół (numery ulic zamiast nazw to genialne rozwiązanie, bo nie sposób się zgubić, jeśli – na dobry początek – opanowaliśmy sztukę liczenia do stu) i gdzieś w połowie drogi do stacji metra Bowling Green okaże się, że mijamy okolicę Carrie Bradshaw. Tam nie natkniemy się ani na imponujących rozmiarów sklep Cartiera (w okresie bożonarodzeniowym skrzący czerwienią i białym złotem, dekoracji strzeżonych przez sporych rozmiarów – także biało-złotego – kota), ani na wszystkie ważne współczesne galerie sztuki i muzea, ale zostaniemy wchłonięci przez przyjazdy i regularny rytm spieszącego się w różnych kierunkach tłumu. Warto stanąć na „schodach Carrie”, żeby zobaczyć, jak widziała swoje miasto – okaże się, że wychodząc, spoglądała na płynące morze ludzi, w którym wyróżnia się każdy i równocześnie nikt, bo jedną z kluczowych cech Nowego Jorku jest to, że nikt tam nie jest dziwny, każdy na swój sposób po prostu „jest”. I nikogo to (nomen omen) nie dziwi.

Skupione przy 42nd Street nadmiar, przesyt i mnogość WSZYSTKIEGO (dosłownie wszystkiego), które przytłaczają, osaczają i onieśmielają, można porzucić, kierując się w dół ulicy, w stronę Broadwayu, kuszącego – poza poniedziałkami – bogatym repertuarem teatrów, a w środy, soboty i czasem w niedziele zapraszającego także na popołudniowe spektakle; „popołudniówki” to dobre rozwiązanie, gdy chcemy zobaczyć „coś na Broadwayu”, a zwykłe ceny skutecznie nas odstraszają.

Idąc w górę, trafimy w końcu do Central Parku, gdzie biegali wszyscy albo prawie wszyscy ulubieni bohaterowie seriali oraz zdyscyplinowani herosi z filmów sensacyjnych (była nawet taka opera mydlana Central Park West, której bohaterowie w Central Parku jadali lunche i snuli plany podboju dziennikarskiego świata, a także sztuka teatralna Woody’ego Allena pod tym samym tytułem). Central Park West to jeden z najbardziej pożądanych adresów na świecie, synonim prestiżu i luksusu, od którego może zakręcić się w głowie. Na szczęście Central Park otwarty jest dla wszystkich. W niedzielne popołudnie grasują tam turyści, więc jest tłoczno. Ale już w poniedziałkowy wieczór, kiedy spotkać można tam tylko biegaczy i właścicieli psów na spacerze, park zachęca do spędzenia tam dłuższego czasu i zgubienia się w jego krętych ścieżkach.

Z drugiej zaś strony ciągle z tyłu głowy pojawia się pytanie, jak żyć w scenariuszu filmowym i czy z perspektywy naiwnego turysty możemy usłyszeć prawdziwy rytm miasta? No i gdzie go szukać – w metrze, pociągach, parkach – czy może w tych niefilmowych dzielnicach (o ile takie w ogóle istnieją)?

I want to wake up in a city

That doesn’t sleep

And find I’m king of the hill

Top of the heap

Oczywiście Nowy Jork to nie tylko Manhattan, w końcu od czego jest Most Brookliński? Wystarczy wsiąść w metro przy Grand Central Terminal (jednoprzejazdowy bilet to koszt $2,25) i wysiąść na stacji Brooklyn Bridge – City Hall, aby przejść najsłynniejszym filmowym mostem świata. Mostem spinającym East River jako punkt łączący Manhattan z Brooklynem. Przejście do Brooklynu zajmuje około dwudziestu minut (przy mokrej nawierzchni i lękach wysokościowych – w końcu to most wiszący!) i wyjaśnia, dlaczego bohaterowie seriali często umawiają się w połowie mostu (jak np. Miranda i Steve w Seksie w wielkim mieście). Historia mostu, który dzisiaj jest miejscem spotkań, okupiona była śmiercią wielu ludzi, w tym także samego twórcy – Johna A. Roeblinga – i chorobą jego syna Washingtona. Brooklyn, ten „gorszy” i mniej spektakularny okręg Nowego Jorku, jest kolebką licznych literackich talentów. To właśnie na Brooklynie Truman Capote napisał Śniadanie u Tiffany’ego i Z zimną krwią, a Walt Whitman wydrukował swoje Źdźbła trawy. Wygląda na to, że Brooklyn powinien być mekką miłośników słowa pisanego, a Manhattan wielbicieli ruchomych obrazów, ale oczywiście byłoby to zbyt daleko idące uproszczenie. W końcu wiele można powiedzieć o Nowym Jorku, ale na pewno nie to, że jest przewidywalny i że mieści się w schematach.

Warto odwiedzić też Harlem, choćby po to, żeby poczuć się jak w Baltimore (a przynajmniej tym Baltimore znanym z serialu Prawo ulicy), albo poszukać dowodów na to, że jesteśmy w światowej stolicy jazzu. Harlem ze swoimi czerwonymi budynkami szkół stanowych czy sklepami spożywczymi pełnymi taniego i okropnego jedzenia jest kolejną realizacją filmowego wyobrażenia o tym, jak wygląda dzielnica, w której nie uświadczysz wyższej klasy średniej. Każdy, kto wkroczy tam ze stygmatem turysty wyrytym na czole, raczej nie spotka życzliwych twarzy i uśmiechów, bo to trochę tak, jakby udać się do Nowej Huty, żeby sprawdzić, „jak tam ludzie żyją”. Zresztą turystyczny background nigdy nie pomaga, a zwykle odstrasza autochtonów wszędzie, gdzie byśmy nie byli, ale wiadomo też, że „turysta” to wcale nie hawajska koszula i aparat fotograficzny, „turysta” to stan umysłu, przed którym nie ma ucieczki i który mocno ogranicza poznanie własnego nawet miasta. Jeżeli więc nie dopadł was ten stygmat, możecie spać spokojnie. Harlem również może być spełnieniem naszych filmowych wyobrażeń na jego temat – może być mroczny, ponury, odstraszający, ale równocześnie pełen plastikowych toreb z zakupami i beztroskich dzieciaków wracających ze szkoły.

Z kolei Long Island (stanowiąca część dzielnic Brooklyn i Queens) to tak naprawdę Nassau i Suffolk, czyli kawałek wysypy zamieszkiwany przez białą społeczność. Właśnie tam znajdziemy domki rodem z Gotowych na wszystko, podjazdy, dekoracje świąteczne (już od końca listopada), a także dwa samochody w garażu. Podobnie zresztą w miastach leżących w obszarze metropolitalnym Nowego Jorku, a będących już częścią stanu Connecticut (który od zeszłego piątku, 14 grudnia, jest na ustach całego świata z powodu strzelaniny w szkole podstawowej, co oczywiście podkreśla tę tkankę amerykańskiej mentalności, o której wolelibyśmy nie pamiętać). Zatem jeżeli chcemy znaleźć się w scenografii rodem z HBO, to raczej Manhattan, jeśli bliższe są nam produkcje ABC – zdecydowanie Long Island i Connecticut.

If I can make it there

I’ll make it anywhere

It’s up to you New York, New York

W ostatnim roku Lena Dunham skutecznie odkłamywała nam Nowy Jork. Miasto nadal funkcjonuje w słynnym już wieku nie-niewinności, który zainaugurowała jaśnie nam panująca Carrie Bradshaw. Dzisiaj Carrie musi walczyć o tytuł królowej Nowego Jorku z Hannah Horvath. I, co pozornie zaskakujące, to właśnie Hannah może wygrać w tej bitwie. Karmieni metkami, kawiarniami i rozmachem życia felietonistki, piszącej co tydzień dla „New York Star” jeden zapewniający przyzwoite utrzymanie w stolicy świata felieton, musimy przyznać, że budzi ona nasze coraz większe zdumienie. Dzisiaj – dzięki Hannah –- odkrywamy rewers tego miasta. Miasta, które jest za drogie, za szybkie, za głośne, ale w końcu to Nowy Jork. Nowy Jork, który musisz pokochać! Nawet jeśli Manolo Blahnik długo będzie poza twoim zasięgiem, zawsze możesz odkryć Tajemnicę morderstwa na Manhattanie, usłyszeć Strzały na Broadwayu, albo po prostu posłuchać Nowojorskich opowieści. I wtedy przekonasz się, że jesteś w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze, bo nie ma nieodpowiedniej chwili na wizytę w Nowym Jorku.

 

____

* Wszystkie cytaty pochodzą z piosenki New York, New York, autorstwa Freda Ebba, którą w 1977 r. w filmie New York, New York śpiewała Liza Minnelli, zaś później spopularyzował  Frank Sinatra.

Małgorzata Major

Małgorzata Major

(ur. 1984) – kulturoznawczyni, autorka tekstów poświęconych kulturze popularnej („EKRANy”, „Bliza”, „Fabularie”, „Tygodnik Przegląd”, „Kultura Popularna”), współredaktorka tomów „Władcy torrentów. Wokół angażującego modelu telewizji”, „Pomiędzy retro a retromanią”, „Wydzieliny”.