rottenberg
RECENZJE | 05.05.2014

Wielka dama tańczy sama („Rottenberg. Już trudno”)

Jeśli wybierzesz Andę Rottenberg, nie wybierzesz Kazimierza Michała Ujazdowskiego. Jeśli wybierzesz Andę Rottenberg, nie zapragniesz czystości etnicznej. Jeśli wybierzesz Andę Rottenberg, nie wybierzesz stereotypowej polskiej mentalności. A mimo to, jeśli wybierzesz Andę Rottenberg, zawsze masz wybór.

Po historycznym, jak się okazało, przygnieceniu Jana Pawła II przez meteoryt w warszawskiej galerii Zachęta, rekordy popularności (czy tej entuzjastycznej, czy – częściej – wręcz przeciwnie) biło nie tylko nazwisko artysty, który wykonał tę instalację – Maurizia Cattelana, ale także Andy Rottenberg. W polskich warunkach postępującego uwiądu społecznego zaangażowania w kulturę wydarzenia sprzed ponad 10 lat uznać należy za przewidywalne i raczej żenujące niż inspirujące. Okazało się jednak – gdy w efekcie Rottenberg zrezygnowała z funkcji dyrektorki muzeum – że była to wystawa bez precedensu. Krytyczka sztuki i kuratorka nie tylko stała się flagową postacią walki o wolność sztuki, ale także osobą świetnie rozpoznawalną. Rzadka to sytuacja, kiedy, po pierwsze, znaczna liczba osób uświadamia sobie istnienie kuratorów sztuki, po drugie, to w jedną z nich wymierza swoje brunatniejące flagi, a, po trzecie, postać kuratorki zapamiętuje na wieki. Poniekąd trudno się dziwić temu zainteresowaniu – nie dość, że Rottenberg jest osobą w polskiej kulturze wyjątkową, to jeszcze jej sposób bycia i wypowiadania się (nieustannie mam wrażenie, że jest w niej coś „skandynawskiego”, choć trudno mi uchwycić to precyzyjniej) w najmniejszym stopniu nie kojarzy się z tak zwaną „panią z muzeum”, nieodrodną siostrą „pani z biblioteki”. Ten zdezaktualizowany wizerunek przywołuję po to, żeby powiedzieć coś bardziej istotnego – Rottenberg w wywiadzie-rzece, właśnie wydanym przez Krytykę Polityczną, mówi o tym, że rolę nawet jeśli nie artystyczną, to do niej zbliżoną, odgrywa ten, kto szereguje obrazy i decyduje o ich umiejscowieniu i ekspozycji. Jedno wiem na pewno – marzeniem wielu byliby artyści o mentalności oraz intelektualnej i estetycznej atrakcyjności Rottenberg.

Wypowiedź o wywiadzie-rzece przeprowadzonym (a właściwie: przeprowadzanym, jeśli oddać sprawiedliwość rocznemu procesowi) przez Dorotę Jarecką zaczynam od tych kwestii nieprzypadkowo. Niewiele wcześniej czytałam tegoroczny hit wydawniczy – Beksińskich. Portret podwójny Magdaleny Grzebałkowskiej. Tego rodzaju zestawienia prowadzić mogą na porównawcze manowce (do czynienia mamy z biografią i wywiadem – gatunkami jednak odległymi), ale mogą też niejedno powiedzieć o tym, z jakim światem mamy albo mogliśmy mieć do czynienia. Mimowolnie obie świetne (z różnych powodów) książki w jakiś sposób zestawiłam i przyniosło mi to przede wszystkim jednak swego rodzaju zaskoczenie – wynikające pewnie z mojej wyjściowej niewiedzy, ale może warte uwzględnienia.

Chodzi o co najmniej dwie kwestie dotyczące postaci Zbigniewa Beksińskiego i Andy Rottenberg. Pierwszą z nich jest przepaść dzieląca obie postaci pod względem stylów życia, myślenia i wrażliwości. Podczas gdy Beksiński jest nieszczególnie zaangażowany w intelektualne wymiary twórczości artystycznej, dla Rottenberg jest to jedna z ważniejszych kwestii. Beksiński żyje najpierw w Sanoku, później w bloku w Warszawie, na pewnym etapie zadowalając się odżywianiem wołowiną w puszkach. Rottenberg dorasta w Legnicy i czym prędzej ucieka do Warszawy – do tańców, ambitnych (lub ambitnie brzmiących) rozmów i sztuki. Beksiński jest człowiekiem, który – szczególnie w zestawieniu ze swoją raczej tandetnie mroczną sztuką – wydaje się przerażająco nijaki. Rottenberg odkrywa moc wizualności nie tylko w historii sztuki, ale także w wymyślanych przez siebie ekscentrycznych strojach, dla wielu może stanowić jedną z ikon sztuki współczesnej. Beksiński wreszcie zawdzięcza Grzebałkowskiej przede wszystkim to, że opowiedziała w niezwykle fascynujący sposób historię ludzi, których paskudnością obdzielić można by kompanię. Rottenberg Jareckiej, że pozwoliła jej dopowiedzieć to, czego nie udało się zawrzeć w Proszę bardzo.

Druga rzecz, która uderzyła mnie dopiero podczas lektury Już trudno, to fakt, że losy obu postaci nigdy się nie krzyżują. Nie mówię o współpracy czy zainteresowaniu (to wydaje się co najmniej niemożliwe), ale o odnotowywaniu obecności. Rottenberg ani słowem nie wspomina Beksińskiego, Beksiński pewnie o Rottenberg nawet nie słyszał. W tak wąskim kręgu ludzi aktywnie zaangażowanych w życie artystyczne w PRL-u wydaje się to zaskakujące. Mowa przecież o najwyżej kilkuset osobach, a jednak. Nawet w tak ograniczonym gronie istnieją rzeczywistości równoległe. Rzeczywistość czaszek i mroku oraz rzeczywistość Hybryd i narastającej fascynacji sztuką, która nie boi się reagować na współczesność. Można by pewnie mówić także o tym, że obie postaci doświadczyły trudnych relacji z synami. Można, ale nie trzeba.

Może należało to powiedzieć już na wstępie – Rottenberg jest rozmówczynią doskonałą. Opowiada śmiałą, nieoczywistą historię stawania się Andą Rottenberg (pierwsza połowa książki) i tego, jak owa postać funkcjonowała i funkcjonuje w świecie sztuki (druga). Nie ukrywam, że to pierwszą uznaję za bardziej interesującą, opowiedzianą z zapałem, ale bez hipokryzji kombatanta polskiej kultury. To w tej części czytamy, że ani polityczne zaangażowanie po żadnej ze stron, ani skomplikowane pochodzenie (o nim opowiada kuratorka najwięcej w Proszę bardzo) nie odsuwały jej od bieżących wydarzeń i nie zablokowały zaangażowania w kulturę, która nie miała najlepszych przecież warunków rozwoju przed 1989 rokiem. Tu zresztą chichocze historia – po 1989 roku, w epoce aktywności agresywnej prawicy identyfikującej się z Kościołem katolickim, spotyka ją koszmar o zupełnie innej proweniencji. Zanim jednak do tego dojdzie, Rottenberg w latach 60. pozna wiele postaci, które okażą się kluczowe dla jej życia (bliscy mężczyźni, artyści, przyjaciółki na całe życie); innych wymienia z odmiennych powodów, jak Janusza Korwin-Mikkego, który był już wówczas uważany za oszołoma.

Długa rozmowa z Jarecką to także potężny katalog nazwisk i danych biograficznych – może nieco nużący, ale raczej niepozbawiony znaczenia i funkcji w tej opowieści. Bohaterka książki ludzi traktuje zresztą z głęboką ambiwalencją – bez wątpienia są dla niej wielką fascynacją, z drugiej strony – to także imponująca, ale momentami zatrważająca opowieść o emancypacji. Nie tylko emancypacji kobiety, ale również emancypacji (niedoskonałej i nieostatecznej) z rodziny i z pochodzenia, emancypacji „z ludzi”. To, co w moim przekonaniu wyłania się z tej rozmowy najbardziej dobitnie, to poczucie wyrazistej odrębności od innych ludzi, pewnego rodzaju szlachetnej i aktywnie budowanej samotności. Nie chodzi o banalne don’t give up (Rottenberg z dużą samoświadomością opowiada zresztą o swojej depresji) ani smile or die, ale raczej o uporczywie budowane przez lata poczucie, że w ostateczności ma się tylko siebie. Rottenberg ma jeszcze sztukę i rzuca się w wir pracy nad nią bez wytchnienia. Są porażki, są wielkie sukcesy, są fascynacje i jest walka z rzeczywistością, która mimo (łamane przez „wskutek”) transformacji nie czeka z otwartymi ramionami na tych, których bardziej zafascynował Mirosław Bałka niż Jarosław Kaczyński.

Wśród historii i anegdot z czasów przed i po 1989 roku (w tej drugiej części Rottenberg obniża nieco temperaturę swoich wypowiedzi) interesujące wydają mi się również te, w których z kobiecej perspektywy opowiada o tym, jak wyglądały realia uniwersyteckie, muzealne, jak daleko sięgała cenzura i jak daleko sięgnąć już nie mogła. Może odosobnione w polskich historiach o PRL-u, ale godne zainteresowania są anegdoty, z których wynika, że świat nie był jednak czarno-biały i nie wszyscy dniami i nocami walczyli o wolną Polskę. Rottenberg na każdym kroku podkreśla, że więzienia, radykalne represje czy cenzura były faktem. Faktem, który jednak nie dotknął jej bezpośrednio, mimo że Marzec ’68 okazał się jednym z traumatycznych wydarzeń w jej biografii. Uśmiech wzbudzają takie anegdoty, jak ta, w której Rottenberg-studentka na egzaminie deklaruje, że ze względu na ograniczenia wprowadzone przez cenzurę nie dotarła do Ortegi y Gasseta. Jak sama mówi, mogła dotrzeć, gdyby się postarała. Tak, to opowieść wyrazista także politycznie. I tak, także dlatego tak ważna w 2014 roku.

 

*Tytuł jest cytatem z piosenki Anny Jantar Wielka dama tańczy sama.

 

Anda Rottenberg, Dorota Jarecka

Rottenberg. Już trudno

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2014

Liczba stron: 254

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”, a wcześniej także „Polisemii”. Autorka książki „Korespondent Witkacy” Publikowała artykuły i recenzje w licznych czasopismach oraz portalach. Zajmuje się podmiotowością w literaturze i kulturze współczesnej oraz kulturą amerykańską. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w najnowszej kulturze. Pisze biografię Marii Kownackiej.