• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 13.11.2018
Weź na warsztat, weź pod lupę
Artykuły | 13.11.2018

Weź na warsztat, weź pod lupę

Polski pop produkuje wiele przebojów, ale niewiele spośród nich zmienia się w prawdziwe „robale uchojady”, w zaraźliwe memy wychodzące poza radiowy obieg. Takie, w których fraza wrzyna się w pamięć, zachęcając do kreatywnych przeróbek. Wynika to ze specyfiki gatunku – radiowy pop wydaje się podążać w dwóch kierunkach, albo – nazwijmy to – alternatywnym, „skandynawskim”, elektronicznym, albo muzyki środkowego środka, akustycznie miękkiej, kaszmirowej, wygodnej jak mebel tapicerowany.

W obu przypadkach, choć piosenkopisarstwo i produkcja pozostają na profesjonalnym poziomie, nacisk kładzie się raczej na budowanie klimatu niż konstrukcję chwytliwej, zaraźliwej frazy. Dodatkową przeszkodą jest problem liryczny – budowanie tekstów piosenek jak z generatora, z kilkudziesięciu powtarzających się formuł („dziś już wiem”, „tylko jeden dzień”, „na ulicy tłum”, rymy że-się, zawsze coś o słońcu, wietrze, lataniu…), które utrudniają odróżnienie piosenek od siebie. Ale od czasu do czasu, może raz na trzy lata, wyłania się piosenka-wirus, którą jakimś osobliwym sposobem znają wszyscy; jak by powiedział Richard Dawkins, to „silny mem”, jednostka przekazu kultury, która replikuje się jak szalona. W 2015 roku udało się to Naucz mnie Sarsy; uczesana „na Czarodziejkę z Księżyca” przybyszka znikąd stworzyła przebój, który jednocześnie irytował, ale i wciągał, zachęcał do ponownego odtworzenia, intrygował niezrozumiałą warstwą liryczną, niósł ze sobą potężny potencjał nucenia. Od tamtej pory nie przydarzył się chyba singiel o podobnie atomowej sile – aż do tego roku, kiedy zewsząd wybrzmiały pogodne nuty piosenki Pawła Domagały i zachęcające weź się przytul!

Piosenka Domagały aktywizuje nawet użytkowników, którzy wrzucają na profil Facebookowy jedynie życzenia urodzinowe. Gdy w sklepie radio zaczyna grać znajome nuty, cały personel uśmiecha się i buja. Nie żartuję, choć wygląda to na PR-ową anegdotę; gdy po kilku takich przypadkach wybrałam się na rekonesans internetowy, odkryłam, jakie hit Domagały wywołał reakcje – niektóre zapewne wyreżyserowane, ale na tyle umiejętnie, że nie było widać szwów. Tyczyło się to zarówno entuzjastycznych komentarzy („wszyscy w autobusie ściągnęli słuchawki”, „czy tylko ja uległam urokowi tej piosenki”), jak i negatywnych („weź nie pier…”, „weź się tato”). Wkurza mnie bardziej niż widok Marka Suskiego czeszącego wąsy, wytaczał ciężkie działa bloger nienawisc.pl. Gdy Pudelek opublikował artykuł pod ekscytującym tytułem Darek z >Klanu< masakruje hit Domagały, to wizja pluszowej rzeźni między gwiazdorem babcinego serialu a autorem przeboju mięciutkiego jak kaczuszka pobudziła w na dobre nawet i moją wyobraźnię. A przecież cały czas mówimy o zwykłym popowym singlu, na pierwszy rzut ucha podobnym do innych.

Może jednak warto rzucić uchem drugi raz. Piosenka daje się łatwo zapamiętać i jakoś sama niesie się w głowie, choć „ciepełkowe” aranżacje utrzymane są w stylu, który nie chce się zestarzeć – taki ogniskowy, sympatyczny, ale bardzo komercyjny rodzaj popu post-Norah Jones, post-Katie Melua (lubią go reklamy nabiału i telefonii komórkowej, zajawki programów telewizyjnych). Potencjał singla buduje jednak kombinacja pozostałych składowych. Może to samoświadome autoironiczne falsety, może nieco aktorska maniera (w końcu Domagała pracuje też w zawodzie), ale przede wszystkim, co chyba najbardziej zaskakujące, najmniej ważny element typowej polskiej piosenki, czyli tekst. W teledysku artysta wędruje sobie przez rozmaite sceny miejskie z gitarą, w czapce, niczym urokliwy outsider, sympatyczny niezgrabiasz, i wyśpiewuje manifest domatora. Weź nie młodniej, weź się starzej, słyszymy. Albo: Nie chcę żyć polityką, kiedy tłumy na mieście, ja córkom zrobię jeść. Ten ostatni fragment wywołał nieoczekiwane wzburzenie w internecie i to nie ze strony, z której można byłoby się go spodziewać. Kilka lat temu zapewne przeczytalibyśmy u zatroskanych prawicowców, że to „wyznanie leminga”, tym razem niepokoi się opozycja, przekonując, że hit o radości z domowych pieleszy ma drugie dno, że to „pochwała pełnej michy” i na pewno nieprzypadkowo ukazał się w czasie nasilenia protestów antyrządowych. Jak widać, mem musi żyć, niezależnie od tego, kto go powiela i napełnia tymczasową treścią. Jestem jednak przekonana, że ten sam fragment, rozumiany zupełnie inaczej, to doskonały klucz do serca wielu słuchaczek – nie przypominam sobie w polskiej popkulturze wielu wyraźnych pochwał równych obowiązków w domu i zaangażowanego ojcostwa. Weź nie pytaj może więc równie dobrze uwodzić swoim potencjałem emancypacyjnym.

Oczywiście wszystko to ma znaczenie tylko wtedy, kiedy założymy, że fani radiowego popu zwracają uwagę na tekst, a przecież to wcale nie musi być prawda. W polskiej muzyce rozrywkowej stał się on mniej więcej od połowy lat 90. warstwą tak nieistotną, że właściwie w wielu przypadkach chodziło bardziej o składanie sylab tak, żeby mieściły się w wersie, niż o to, by niosły one jakieś znaczenie, nie mówiąc już o dnie drugim albo trzecim. Tak, od czasu do czasu zdarzają się przeboje, które są o c z y m ś, ale tekst rzadko kiedy bywa elementem pierwszoplanowym. Może więc chodzi o to, że kombinacja luzackiego wdzięku Domagały, melodyjności gdzieś z okolic ballad Maroon 5 czy Coldplay (dla mnie niewyraźnych, ale przecież bardzo popularnych) i ogólnej „śniadaniowości” piosenki ujawniła się po prostu przy szczęśliwej kombinacji planet? To ja już wezmę i nie pytam dalej.