pattismith
RECENZJE | 14.04.2014

Wata cukrowa melancholiczki (Patti Smith „Obłokobujanie”)

Pierwszy egzemplarz autorski podarowałam ojcu, ale czas mijał, a tata nic nie mówił. Był wspaniałym człowiekiem, niełatwo było mu jednak zaimponować. […] Dopiero kilka lat później, niedługo przed śmiercią, powiedział mi: „Patrycio, przeczytałem twoją książkę”. […] „Jesteś dobrą pisarką” […] pisze Patti Smith we wstępie do Obłokobujania. Cóż – myślę sobie po lekturze – miłość rodzicielska jest jednak bezwarunkowa. Grant Smith na pewno nie był czytelnikiem wymagającym czy krytycznym, raczej ckliwym, angażującym w lekturę uczucie do córki. Z drugiej jednak strony, nie bardzo potrafię zrozumieć, co stało się z charakterystycznym stylem „matki chrzestnej punk rocka”, „córki bomby atomowej i Rimbauda”, wreszcie wnuczki koronczarki i obłąkanej mandolinistki, który sprawił, że lektura Poniedziałkowych dzieci stanowiła świetną przygodę czytelniczą.

W 2012 roku nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się polska wersja książki Patti Smith, wspomniane już Poniedziałkowe dzieci – przejmujący zapis przyjaźni artystki i fotografa Roberta Mapplethorpe’a. W Stanach Zjednoczonych ta pozycja stała się hitem wydawniczym, przez trzydzieści siedem tygodni utrzymywała się na liście bestsellerów „New York Timesa” i została nagrodzona m.in. National Book Award. Z kolei dwa miesiące temu, także nakładem Czarnego, ukazało się Obłokobujanie, które swoją amerykańską premierę miało dwadzieścia dwa lata temu (ta wersja była pozbawiona m.in. jednego z opowiadań). Fakt, dla którego  piszę ten przydługi wstęp dotyczący prozatorskiego dorobku artystki jest taki, że Patti Smith nie ma szczęścia do polskich tytułów swoich książek, ponieważ między Just kids a Poniedziałkowymi dziećmi oraz Woolgathering a Obłokobujaniem różnica jest mniej więcej taka, jak między Phantasm a Morderczymi kuleczkami (szerzej o polskich tłumaczeniach, tym razem tytułów filmów, pisano już na Popmodernie). Nie chcę w tym momencie stwierdzić, że cały przekład jest zły, chciałabym raczej wypunktować pewne zabiegi, które w dość niefortunny sposób ustawiają (i utrudniają) odbiór książki. Bo o ile Poniedziałkowe dzieci (nie Just kids) dadzą się jeszcze w jakiś sposób obronić, to Obłokobujanie albo Obłokobujacze-wełnozbieracze (tytuł jednego z podrozdziałów) przez słowotwórczą grafomanię brzmią dość karykaturalnie, co może być krzywdzące w przypadku tak wyjątkowej i lirycznej propozycji lekturowej, jaką jest Woolgathering. Chodzi mi oczywiście o sam neologizm, brzmienie słów, które zupełnie nie składają się na baśniowy obraz duchów, niewidzialnych ludzi, którzy rządzą prawami natury. Zwłaszcza że te istoty swoją nazwę miały zawdzięczać starcowi z długimi siwymi włosami i zarostem, trzymającemu straż nad grobem swojej żony, którą pochował w przydomowym cieniu.

Drugie okołotranslatorskie przemyślenie, które nie pozwala mi odebrać tej książki w komfortowy sposób, jest następujące: niektórych tekstów piosenek nie powinno się przekładać na język polski. Odkrycie? Nie sądzę. Gorzkim przykładem z Obłokobujania (używam tego słowa po raz ostatni, obiecuję) jest tłumaczenie pochodzącego z debiutanckiej płyty Horses utworu Kimberley, która została zadedykowana młodszej siostrze Patti Smith. Kimberly dostała swoje imię dzięki (chciałoby się napisać „na cześć”) reklamie ręczników papierowych firmy Kimberly-Clark, którą pani Smith obejrzała w drodze na porodówkę. Był to moment po przeprowadzce rodziny Smithów do biedniejszej dzielnicy mieszkalnej, przywodzącej na myśl domy na bagnach.

Dotąd przejmująca opowieść o „punk rocku jako duchowej krucjacie”, kłopotliwym dzieciństwie i odgłosie płonących nietoperzy, w polskim przekładzie rozpoczyna się tak: Wysoka ściana, czarna stodoła / Opatulone dziecko w moich ramionach / Wiem, że wnet niebo pęknie / A planety się przesuną pięknie / Spadną kule z nefrytu, nastanie koniec bytu. Nie wiem, czy są to rymy na miarę ikony XX-wiecznego punk rocka. Ale już dość o mieliznach przekładu – pretekstem do napisania tej recenzji powinna być książka.

*

Patti Smith uznawana jest za punkrockową buntowniczkę, ucieleśnienie bohemy spod znaku Hotelu Chelsea; to chłopczyca i nieoczywista piękność, której zdjęcie z okładki Horses (zrobione przez Roberta Mapplethorpe’a), chcąc nie chcąc, widział chyba każdy. Pierwszy wers pochodzącej z tej płyty piosenki GloriaJesus died for somebody’s sins but not mine – jest cytowany niemalże we wszystkich artykułach, wywiadach czy recenzjach dotyczących artystki – do tego stopnia, iż momentami można odnieść wrażenie, że wokalistka powinna nazywać się Patti „Jesus died for somebody’s sins but not mine” Smith. Bywa także nazywana „szamanką codzienności”, od której wymaga się, by zdradziła tajemnicę „jak żyć”, to wreszcie poetka, spadkobierczyni poetyki Baudelaire’a i Rimbauda. Na tym tle Woolgathering stanowi liryczne archiwum pamięci i dzieciństwa autorki Horses, przypominające swoim formatem i impresyjnością „kieszonkowy modlitewnik indyjski”.

Na około dziewięćdziesięciu stronach Smith przytacza historie, które pozwalają traktować ją jak łączniczkę Nowego Jorku lat 60. i 70., średniowiecznych trubadurów i obsesyjnego mierzenia się ze współczesnością. Te historie są, jak na nowojorską melancholiczkę przystało, opowiadane przedmiotami – porozciąganymi skarpetami wypełnionymi kulkami do gry, rubinem oszlifowanym jak grudka krwi czy pergaminową reprodukcją Deklaracji niepodległości. Wszystkie te rzeczy przez swoją kruchość przywołują wspomnienia dzieciństwa, modlitwy, strach, potrzebę stawania się artystką.

Ważnym elementem książki są zdjęcia podkreślające nielinearność rozważań, sprawiające wrażenie, że poruszamy się po poetyckim muzeum piosenkarki. Poszczególne rozdziały opatrzone są fotografiami pochodzącymi z archiwum autorki – Smith z czwartej klasy szkoły podstawowej, tybetańska miska, Sam Shepard w Central Parku czy biurko Johnny’ego Deppa. O ile w opisie autorka stara się zachować pewną dziecięcą nieświadomość i fragmentaryczną narrację (przedstawia w strzępach wspomnienia od najmłodszych lat, nie chce wypełniać ich przemyśleniami z miejsca, z którego pisze), o tyle zdjęcia spełniają funkcję pewnego rodzaju uporządkowanych eksponatów, przewrotnie stanowiących podsumowanie, opis opowiedzianych historii. Woolgathering to rodzaj wyjątkowego albumu, świadectwa historii wokalistki i sennej autorefleksji. Nie rości sobie prawa do beletrystycznych wzniosłości, nie chce spisywać autobiografii, tworzy raczej, jak pisała w nocie na ostatniej stronie okładki Agnieszka Wolny-Hamkało – liryczny punk rock bez autocenzury.

 

Patti Smith

Obłokobujanie

Tłumaczenie: Maciej Świerkocki

Wydawnictwo Czarne, 2014

Liczba stron: 89

Urszula Pieczek

Urszula Pieczek

(ur. 1986) - lubaczowianka z pochodzenia, krakowianka z wyboru. Absolwentka ukrainistyki i polonistyki UJ, obecnie doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Redaktorka trójjęzycznego czasopisma "Radar" i miesięcznika "Znak". Tłumaczy z języka ukraińskiego, zajmuje się dyskursem tożsamościowym i udaje, że nie czyta poezji.