WAWAa
RECENZJE | 11.03.2013

Warszawa to jedyny świat, jaki znamy

Nie ma takiego drugiego miasta polskiego, które doczekałoby się tylu interpretacji muzycznych. Warszawa jest bohaterką nie tylko narodowych powstań i, z drugiej strony, komedii romantycznych. Bezsprzecznie wygrywa także w kategorii na najczęściej wyśpiewywane miasto w polskiej muzyce. Tańczyliśmy szemrane tango z Grzesiukiem, Starego Miasta broniliśmy z Lao Che, z Muńkiem miewamy jednako zmęczone oczy i zdarza się, że rzadko słyszymy tu brawa. A potem wzruszamy się, że mamy tak samo jak Niemen. Ja jednak zawsze najbardziej lubiłam pokonywać trasę Żoliborz – Mokotów z Partią.

Partia, a następnie Komety (zespół przeszedł konwersję wbrew pozorom nie aż tak kosmiczną) stały się niemal emblematycznymi piewcami Warszawy. I chociaż Lesław, lider zespołu, wzdraga się przed etykietką „warszawskości”, nie warto się na to godzić. Szkoda byłoby go pozbawiać czegoś, co jest największą zaletą jego twórczości. Lesław uczynił bowiem rzecz wyjątkową: grając bardzo prostą muzykę, rockabilly z niewielką dawką punka i pozornie banalnymi tekstami, dokonał tego, czego nie był w stanie Projekt Warszawiak mający na podorędziu Staśka Apacza: naszkicował kontury tego (nie)miejsca w bezpretensjonalny, a miejscami absolutnie bezkonkurencyjny sposób.

Zarówno Partia, jak i Komety mają na swoim koncie kilka płyt dobrych i kilka płyt gorszych, ale to nie nimi będziemy się teraz zajmować. Interesującą informacją jest to, że w 2009 roku podczas nagrywania płyty w Studiu Serakos Lesław spotkał niejakiego Administratorra, lidera warszawskiej formacji alternatywnej o tej samej nazwie. Obaj panowie przypadli sobie do gustu, doszło do fuzji perspektyw i zrodził się pomysł na powstanie wspólnej płyty. Płyty wyłącznie o Warszawie i wyłącznie przez artystów związanych z Warszawą stworzonej: z dominującą wizją Lesława warszawiaka od urodzenia i Administratorra przyjezdnego, który to miasto pokochał i w którym przepadł bez reszty.

Jak wiadomo, od powstania pomysłu do jego realizacji zawsze mija trochę czasu. W tym przypadku były to, bagatela, cztery lata. Nie ma jednak sensu silić się na złośliwości, gdy przyjrzymy się zaproszonym do projektu gościom. Otóż w Piosenkach o Warszawie swoje trzy grosze mają do dorzucenia: Martyna Załoga (Nancy Regan/Kryzys), Karol Strzemieczny (Paula i Karol/Stan Miłości i Zaufania), Bartosz Chmielewski (Muzyka Końca Lata), Michał Deptuła (Inside Again), Łukasz Mach (Skowyt), Muniek Staszczyk (T.Love), Paweł Dunin-Wąsowicz (jako lider Mebli) oraz Krzysztof Varga (jako Krzysztof Varga). Brakuje chyba tylko Pablopavo (no ale on w końcu napisał swoje własne, skądinąd świetne 10 piosenek i nie tylko).

Piosenki o Warszawie można by nazwać swoistym, subiektywnym przewodnikiem po mieście bez centrum. Najpierw poznajemy Weronikę na Agrykoli, której nie obchodzi Polska, jedziemy Rowerem na Wolę, zahaczając o Nowy Świat, a następnie dowiadujemy się, że Lesław urodził się w Warszawie w szpitalu na Karowej, a mieszkał w Śródmieściu, na Żoliborzu i na Muranowie (sic!). Informacja ta spada na nas tak nieoczekiwanie, że ledwo zauważamy, że tonie niebo i jesteśmy już na Mokotowie, o czym przekonuje nas (zagubiony gdzieś w Narodowej Bibliotece) Admistratorr. Tymczasem zapada noc i nad Ochotą wyłania się księżyc, a Warszawa Centralna, sto odcieni szarości, stacja dziwnych miłości, ciągle dzieli, i to nie tylko peronami (A na dole panny mroku sprzedają diabłu siebie część / A ponad ich głowami w garniturach mu oddani). Bo Warszawa to też trochę kurtyzana, o czym śpiewa Załoga w Stręczycielu, z kolei Karol Strzemieczny opisuje swoje niełatwe relacje ze stolicą poprzez niejednoznaczną formułę bycia dalej stąd. Następnego dnia nieoczekiwanie odwiedza nas wesoła Dziewczyna z Zachodu, jedziemy 118 i pijemy piwo nad Wisłą, dobry nastrój burzy jednak Krzysztof Varga, który oznajmia nam, że mieszka na wielkim cmentarzu (cmentarz nazywa się Mokotów). Już nie jest radośnie, prawdę mówiąc, robi się całkiem smutno, tym bardziej że przemieszczamy się na prawy brzeg Wisły do Portu Praskiego i szant o niespokojonych dokach ulicy. Szemrana młodzież nie lubi policji i czuje rytm ulicy, ale pamięta też, że każdy warszawiak dobrze to rozumie, jeśli masz przyjaciół to za nimi stoisz murem. Gdy pojawiają się ślady komuny i ślady powstania, przezornie uciekamy z Dunin-Wąsowiczem w podróż nie tylko sentymentalną po warszawskich Miejscach: (Obsadzam dawne fortece / Nim zaczną brać z naszej półki / Nie gapię się tylko w przeszłość / O jutrze też myśleć wciąż chcę / Zawsze jest jakaś nadzieja / Istnieje jakiś Plan B). Różanka, utwór Dunin-Wąsowicza, to zresztą obok Ogrodów i cmentarzy Vargi najmocniejszy punkt Piosenek…, a początkowo nieporęczne nieco: Kto się wypisał z Facebooka / A kto się wypisał z życia zapętla się w głowie bardzo niebezpiecznie i szybko.

Płyta jest nierówna jak sama Warszawa: niektóre kawałki uwierają jak nocne z alkoholem na Szmulkach, inne unoszą na najwyższe piętro Prudentialu. Różnej proweniencji style układają się w eklektyczny i elektryzujący miszmasz: trochę rock, trochę alternatywa, trochę ska, a trochę melorecytacja. Niespójność objawia się zresztą nie tylko w warstwie muzycznej. Warszawa jest tutaj zbudowana z krótkich historii, wędrówek po wielkim mieście, w którym każda dzielnica może stać się nieoswojonym terytorium; z małych wzruszeń i sentymentalnych klisz, z rozkładów jazdy i polskiego piwa nad Wisłą; przede wszystkim jednak z miłości do tego miejsca. Pojawiają się wprawdzie ślady po kulach, ale jest to miasto wyzwolone z martyrologii i dogmatu, w ogóle z ideologicznego ujarzmienia. Całe szczęście, Warszawa to ciągle terra incognita, ni to zachodnia, ni to wschodnia wciąż wprowadza w zakłopotanie; to żyzny cmentarz stawiający błękitne wieżowce w lejach po bombie, tranzytowy przeciąg Europy i blichtrowy kram z ogródkami działkowymi po bokach. Po kawałeczku tego wszystkiego wzięli Lesław, Administratorr i goście, mocno wstrząsnęli w muzycznym tyglu i rozsypali po piosenkach. Wyszło schizofrenicznie, fajnie i prawdziwie.

Szczególnie dobrze wypada Admistatorr jako mniej znany z duetu nie pozostaje w cieniu Lesława i konsekwentnie realizuje swoje wizje. Z kolei Lesław sprawia wrażenie nieco przygaszonego i chociaż Księżyc nad Ochotą daje nam wszystko to, o co tylko true fani Komet mogli się modlić, trudno oprzeć się wrażeniu, że artysta stał się raczej duchem tego projektu niż jego faktycznym sprawcą. Lesław jako duch święty objawiający prawdy i zsyłający natchnienie sprawdza się zresztą wyjątkowo dobrze i mimo tego, że można być rozdrażnionym repetycją tych samych motywów, powielaniem klisz i samego siebie przez Lesława, ja jestem mu wdzięczna za jego obsesję, mam bowiem poczucie, że wraz z Administatorrem i zaproszonymi gośćmi dokonał tego, co ostatnio udało się Bolesławowi Prusowi. Wykadrowane miasto kartonowych prospektów i ogródków działkowych zbiega się jednak gdzieś z rzeczywistością. Kupuję to, nawet z Weroniką na Agrykoli.