warsawsh
ARTYKUŁY | 25.11.2013

Warsaw Shore – kozioł ofiarny na publiczne zamówienie

Tacy ludzie też są – mawia mój przyjaciel, czy to w ramach oswojenia się z wybrykami kultury, czy też próby zaakceptowania stanu rzeczy. Pomimo że telewizja od kilkunastu lat karmi nas programami rozrywkowymi, gdzie to, co prywatne, wystawione jest na widok publiczny, wciąż mam problem z potraktowaniem na serio tego typu audycji.

Polskie wydanie Big Brothera, którego pierwsza edycja pojawiła się w 2001 roku, wypromowało postać Manueli Michalak, dzięki której do języka użytkowego wszedł niejednorodny semantycznie termin: „zajebiście!”. Kolejne odsłony programu poczęstowały widzów seksem w wannie z bąblami z udziałem Agnieszki (sic!) – teraz już Mai – Frykowskiej. Niedawno odstąpiła ona od niecnych praktyk i przeszła duchową  przemianę, wstępując na ścieżkę Chrystusa, co sprawiło, że na chwilę znów zrobiło się o niej głośno. Jeszcze kilka lat po projekcji omawianej produkcji mogliśmy oglądać Klaudiusza Sevkovica, który szczerząc się do nas z ekranu opatrzonego logiem Telezakupów Mango, wciskał nam zestaw garnków nierdzewnych i noże do krojenia sera.

W kolejnych latach świetności polskiego przemysłu rozrywkowego oczy widzów zwróciły się w stronę Wrocławia, gdzie Barowicze pod przewodnictwem współczesnego odpowiednika Doriana Graya, zwanego dalej Krzysztofem Ibiszem, co tydzień zasiadali na „gorących krzesłach”. W przerwach od barmanowania w jednym z wrocławskich lokali uczestnicy zdążyli się hajtnąć, Doda odkryła swoje pokłady zgryźliwości, a Wikipedia z pietyzmem opracowała szczegółowe sprawozdanie z poczynań uczestników polsatowskiego show (statystyki godne Giełdy Papierów Wartościowych, polecam do wglądu).

Mamy rok 2013, więc teoretycznie jesteśmy trochę do przodu. Jednak potrzeby widzów nie uległy zmianie i MTV Polska zafundowała nam kolejną porcję prywaty centralnie sterowanej. Warsaw Shore, czyli Ekipa z Warszawy to nasza słowiańska kopia popularnej na zachodzie Ekipy z New Jersey. Polacy chcieli pokazać, że też potrafią się bawić (na bogato – a jak!), a nawet rozebrać i zrzygać na oczach własnych rodziców, niecierpliwie ściskających pilota przed ekranem telewizora.

Pomimo faktu, że mieliśmy okazję obejrzeć dopiero dwa odcinki tej produkcji, dysputy na forach internetowych i komentarze na Pudelku krążą wokół zagadnienia: na ile jest to zorganizowane na serio, a na ile „dla beki”. A jeśli „dla beki”, to z kogo? Możemy pośmiać się z uczestników i jednocześnie kibicować „Małej” i Elizie w nadziei, że któraś z nich jako pierwsza „da dupy”. Możemy też (co jest wizją mniej optymistyczną) „ciągnąć bekę” z polskiego społeczeństwa, a przynajmniej pewnego jego wycinka, którego reprezentację mamy na ekranie. A na koniec możemy zastanowić się, po co my to w ogóle oglądamy – czy rzeczywiście sprawia nam przyjemność obserwowanie cudzego samoupokorzenia, które jest nierozerwalnie splecione z przeświadczeniem o własnej wyższości, dzięki czemu mamy okazję poczuć się mądrzejsi i bardziej subtelni?

Panoptyczna forma programu, gdzie obserwowany uczestnik zachowuje się tak, jak życzyłby sobie tego obserwator, wcale nie mówi prawdy o mieszkańcach podwarszawskiej willi, ale właśnie urzeczywistnia pragnienia polskiego widza. Widza, który lubi na dystans rozkoszować się plebejskością gustu i intelektualną posuchą wzmocnioną niespożytkowanym libido (które raz tryska w stronę „Małej”, by chwilę później znaleźć ujście między udami Eweliny). Nie oszukujmy się – lubimy, jak ktoś pajacuje, a już najbardziej, gdy ten ktoś nie ma świadomości, jak przaśna jest jego wizja celebryctwa. Schlebia nam dowartościowanie się poprzez patrzenie na karykaturę polskiego społeczeństwa.

Kiedy już wyczerpuje się rezerwuar śmiechu i pobłażania dla Warsaw Shore, przychodzi moment melancholii i jest mi po prostu przykro. Świadomość faktu, że tacy ludzie też są, nie jest wystarczająca. Skumulowanie tego typu osobistości w tak ciasnym wycinku przestrzeni stwarza machinę samospełniającej się zagłady. Paweł, typowy Mariano Italiano, w chwilach wolnych od melanżu lubi szpachlować gąski. Przerośnięty Apollo aka Trybson, mistrz MMA, stroni od pracy, bo w przyszłości chciałby zostać celebrytą. Ania, zwana „Małą”, wstydzi się bekania na głos, ale seks na basenie… to i owszem. Zaś moja faworytka, Eliza, to apologetka urody Radka Majdana i intelektualnego polotu Kuby Wojewódzkiego. To tylko część Ekipy z Warszawy, jednak fragment posłużyć może za reprezentację całości.

Trudno wyodrębnić kształt i formułę owego programu, bo ogół zasadza się na sprytnie skrojonym scenariuszu, wedle którego następują: trzy godziny imprezy, trzy dni dramy z serii: „kto, z kim, gdzie i dlaczego nie ze mną?”, a potem seria telefonów od zapłakanej matki, która, krojąc mortadelę, spogląda na córkę, oddającą się cielesnym uciechom już pierwszego dnia po przybyciu do willi.

Etos antybohatera, który kreuje ta telewizyjna produkcja, czyni samego widza bohaterem. Sytuując się po stronie świadomości i wyższości wobec typowego cebulaka, widz doznaje katharsis. Wyznaczenie kilku pajaców na kozłów ofiarnych i przedstawienie ich opinii publicznej oczyszcza społeczeństwo z zarzutów. Czym bowiem są małe grzeszki i niedociągnięcia wobec bezmiaru kretynizmu oglądanych postaci?

W tym miejscu pojawia się szczypta sympatii dla bohaterów Warsaw Shore. Czyniąc ich ofiarami własnej bezmyślności, twórcy programu dali pole do popisu widzom, którym naocznie wizualizowane są wady i przywary otoczenia oraz ich samych. Krytyka postaci zza szklanej bariery ekranu rozgrzesza publiczność. Tak, jak społeczeństwo potrzebuje kozła ofiarnego, by właściwie funkcjonować, tak uczestnicy kultury potrzebują Warsaw Shore, by umiejscowić niechęć do siebie samych i zrzucić ją na barki niczego nieświadomych imprezowiczów.

Ci zaś chcieliby na bogato, ale i tak wychodzi biednie. Bronzer spływa po szyi, a przyciasne ,,striny” wystają spod promocyjnej sukienki z H&M-u.