hitchcock
RECENZJE | 11.03.2013

Wargi Alfreda Hitchcocka

Po kapciach prezydenta Lincolna, z upodobaniem eksponowanych w oscarowym filmie, przyszedł czas na Alfreda Hitchcocka w domowych pieleszach. O Lincolnie wspominam nie bez powodu – oba filmy łączy więcej, niż to widać na pierwszy rzut oka. Biografie tych wielkich – na różne sposoby – postaci w okresach najsilniejszych wstrząsów w ich karierach nie stanowią przedsięwzięć ryzykownych. Od widza również nie wymagają zbyt wiele. No, może poza cierpliwością.

Oscar dla Daniela Day-Lewisa nie był dla mnie może wymarzonym wyborem Akademii, decyzję tę przyjęłam jednak ze zrozumieniem, już wcześniej spodziewając się entuzjazmu, jaki wzbudzi nie tylko rzeczony aktor, ale i monumentalne kino Stevena Spielberga. Nie ma powodu, by sądzić, że decyzja ta rozstrzyga o wielkości dzieła; nie ma też powodu, by poświęcać temu więcej uwagi. Powodem, dla którego wspominam o Lincolnie (a, narażając się na zniecierpliwienie czytelnika, mogłabym także o Żelaznej damie), ostatecznie nie jest wyrazista zbieżność tych propozycji. Istotne jest dla mnie to, że żaden z powyższych nie narusza – jak na przykład odważne I’m Not There o Bobie Dylanie – odbiorczych przyzwyczajeń, jakie narastają wokół kina, nazwijmy to, biograficznego. Hitchcock w tak zachowawczej i przewidywalnej formie mógłby się jeszcze udać. Mógłby, bo Hitchcocka gra Anthony Hopkins, tytan amerykańskiego kina, a jego żonę – nie mniej rozpoznawalna Helen Mirren. W tle majaczy jeszcze Scarlett Johansson, nadzieje więc nie gasną. Przesunięcie, jakie zawsze dokonuje się w moim odbiorze, gdy mam okazję oglądać film radykalnie konwencjonalny, określiłabym przede wszystkim jako skupienie z jednej strony na kreacjach aktorskich, z drugiej zaś na dalszoplanowych detalach.

Powiem tylko o dwóch kwestiach i znikam, żeby zatrzeć wątpliwej jakości wrażenia kolejnym seansem Psychozy. Nieszczęście pierwsze: charakteryzacja. Niewątpliwie zadaniem trudnym jest sprawienie, by Hopkins w jakimkolwiek stopniu przypominał Hitchcocka. Nie twierdzę też, że od biograficznych filmów należy wymagać pedanterii w tym zakresie (inna rzecz, że nieraz bohaterów filmowych biografii się upiększa, żeby wspomnieć pierwsze z brzegu Control).

Skomplikowana uroda Hitchcocka nie jest jednak powodem, by brzuch Hopkinsa sprawiał wrażenie wykonanego dla szkolnego teatrzyku. Hopkins nie potrafi się poruszać w ciele Hitchcocka zarówno na poziomie najbardziej podstawowym (poduszka pod koszulą rzeczywiście może uniemożliwiać gibkość), jak i, ostatecznie, w najgłębszym wymiarze kreacji aktorskiej. W filmie Sachy Gervasi Hitchcock nie jest przekonujący ani jako charakter, ani jako postać obdarzona pewną jednostkową psychologią (a eksponując ten problem, znacznie już wykraczam poza swoje odbiorcze standardy). Wypchany brzuch Hitchcocka funkcjonuje nie tylko jako koszmar charakteryzatora. To dla mnie wyraźny znak tego, jak potraktowano tę postać. Osobliwa beznamiętność Hitchcocka, znana nie tylko z Alfred Hitchcock prezentuje, zastąpiona jest tu beznamiętnością aktorską – napompowaną ogranymi chwytami, sięgającą do utartych skojarzeń i zużytych gestów. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że to nieszczęsny brzuch jest pierwszoplanowy. Otóż pierwszoplanowe są wargi. Żarty na bok, sprawa jest poważna.

Jeżeli widz oczekuje suspensu, napięcia i drżenia, marzenie się spełni. Rzecz to niebanalna i niespodziewana. Niepokój, jakim napełniała mnie obserwacja doklejonych i zdeformowanych ust filmowego Hitcha, dorównuje temu, z jakim pozostawałam, oglądając gorsze dzieła brytyjskiego reżysera. Wspomniany już koszmar charakteryzatora (jak właściwie powinien brzmieć tytuł tego filmu) osiąga tu swe apogeum. Ochoczo mnożyłabym epitety i efektowne figury, aby opisać to, co wydarza się z wargami głównego bohatera, poprzestanę jednak na krótkiej uwadze. Jeżeli Hopkins włożył wiele wysiłku w ukształtowanie swojego akcentu i sposobu mówienia na podobieństwo pierwowzoru, jeżeli mimo zmarszczek, które nie poruszają się w naturalny sposób, był w stanie jeszcze mówić, to czynem nadludzkim wydaje mi się zdolność artykułowania przy pomocy tego, co standardowo postrzega się jako usta aktora. Wyznam, że przez znaczną część filmu moja uwaga podzielona była na dwa tory – jeden nadążał za diabelsko nudną akcją, drugi kontrolował usta Hitchcocka, pozostawiając mnie z pytaniem: pękną czy nie pękną? Odpadną teraz czy dopiero w kolejnej scenie?

Charakteryzatorska katastrofa mogła być zatuszowana, starania zostały zresztą podjęte. Helen Mirren uwija się jak w ukropie, by oddać sprawiedliwość żonie Hitchcocka, pozostającej całe życie w cieniu męża (to zresztą wyraźna i raczej uzasadniona tendencja filmowych biografii). To ratuje zdrowie Hitcha (lodówka nocą), to rozpoczyna romans (niewiele brakowało, żebym zainteresowała się tym wątkiem), to mierzy się z bohaterką Psychozy (tak przezroczystej roli Johansson chyba nikt się nie spodziewał). Co z tego wynika? Niewiele, a to dlatego, że – i tu przechodzę do drugiego nieszczęścia – Hitchcock w swym artystycznym nieprzekonaniu do wyrazistych gestów jest filmem średnim, bo miękkim, żeby nie powiedzieć familiarnie: mięciutkim. Z charyzmatycznego Hitchcocka zostaje miękki jak poduszka na brzuchu, zafascynowany (w filmie tego nie widzę; wierzę na słowo) blondynkami reżyser, który pozostawiony sam sobie nie dość, że okropnie się obje, to jeszcze nie skończy filmu.

Nie pierwszy i nie ostatni raz okazuje się, że sukces ma – a genderowy wymiar tego powiedzenia jest tylko wodą na mój młyn – wielu ojców, spośród których nieliczni zostaną odznaczeni Orderem Imperium Brytyjskiego. Pomysł na film był więc może nieszczególnie oryginalny, ale (a mówię to bez ironii) szlachetny. W gruncie rzeczy dzieło to niekłopotliwe i niezbyt absorbujące, co jest może ostatecznie najgorszą rekomendacją. Dramaty osobiste bohaterów nie poruszają, kondycja Hitchcocka pozostawia mnie niewzruszoną, a tkwiąca w cieniu męża Alma nie ma większych szans, by przekonać do tego, że i ona mogłaby zagrać pierwsze skrzypce w świecie kina. Nie zmienia to jednak faktu, że chętnie wierzę, iż za sukces reżysera w dużej mierze odpowiada jego żona. Żałuję jednak, że nie robi to na mnie wrażenia. To film miękki także w innym sensie – w takim, który predysponuje go do stania się niezłą wieczorną rozrywką świąteczną w TVN-ie za kilka lat. Jest to bowiem historia o tym, że – proszę wybaczyć, zdaję sprawę z wrażeń – Psychoza Psychozą, przełom w kinie przełomem, ale przede wszystkim należy się kochać, wspierać i podziękować na koniec. Obcieram ukradkiem łzę wzruszenia, staję przed reżyserem i pytam: What do you want from me?

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.