walesa-popmoderna
RECENZJE | 14.10.2013

Wałęsa vs. Wajda vs. Więckiewicz („Wałęsa. Człowiek z nadziei”)

Idąc do kina na filmową biografię Lecha Wałęsy, miałam silne przeczucie, że zobaczę film przede wszystkim Andrzeja Wajdy. Film, na który trzeba było czekać dość długo, śledząc po drodze bardzo rozmaite wypowiedzi Wajdy, Więckiewicza i Wałęsy (Wajdy o Wałęsie, Wałęsy o Wajdzie i obu o Więckiewiczu, a na dokładkę: Głowacki), widząc obśmiany do reszty plakat i dość niefortunny tytuł, który skłaniał do szeregu żartów, a także zwiastun, po którym sama nie tylko straciłam resztki nadziei, ale i zaczęłam się bać, że główny bohater przepoczwarzy się na ekranie w gniewnego husarza.

Husarii nie było, były inne problemy, które sprawiły, że o Wałęsie. Człowieku z nadziei trudno pisać w sposób jednoznaczny. W pierwszych częściach filmu (do których historyczne wprowadzenie zastanawia z powodu domniemanego adresata tych treści; mówiąc krótko – to za mało dla widza zagranicznego, a za dużo dla polskiego) objawia się pewna podstawowa trudność odbiorcza – film regularnie osuwa się w autoparodię i trudno powiedzieć, co z tym zrobić. Nigdy nie myślałam o Wajdzie jako twórcy slapsticków, więc porzuciłam myśl o celowości tego przedsięwzięcia. Przesada, z jaką film jest konstruowany, przywodzi na myśl dwa konteksty: żywoty świętych i kino superbohaterskie. Mariaż osobliwy, ale konsekwentny. Legenda o bohaterze Solidarności, jaką wybiera do swojego filmu Wajda (zważywszy na spór o scenariusz z Głowackim, wskazuję tylko na Wajdę), jest nie tylko najbardziej oczywistą i popularną historią Wałęsy, ale także historią niezbyt spektakularną (mimo że z wyraźnym odcieniem superbohaterskim). Jeżeli widzowie spodziewają się pomnika, patosu i fajerwerków, to te, które zobaczą, nie wywołają prawdopodobnie wielkich emocji.

Wałęsa kreowany jest w filmie na everymana, który stał się superbohaterem. I zasadniczo wiele mogłoby się jeszcze udać – nie takie rzeczy w historii kina już się przecież udawały. Tu jednak warto wprowadzić kilka ogólnych informacji. Ramą całego filmu jest wywiad, który z Wałęsą przeprowadza – już po wszystkich wydarzeniach, które są w Wałęsie zaprezentowane – Oriana Fallaci. Historia rozpoczyna się w roku 1970, zamyka wraz z przemówieniem Wałęsy w Kongresie USA. Całość przeplatana jest nagraniami archiwalnymi z tamtego czasu, które technicznie i wizualnie wkomponowane zostały całkiem nieźle, jednak trudno uznać, że jakiekolwiek z tych nagrań będzie dla polskiego widza nowością. Przy tej okazji wypada wspomnieć o jeszcze jednej kwestii. Otóż obok archiwalnych nagrań w dość standardowej formie, otrzymujemy też dokumentalne fragmenty, w których wizerunki rzeczywistych postaci zostały podmienione na twarze aktorów. I znów powstaje slapstickowy efekt – czy to wskutek czyjejś nieumiejętności, czy po prostu chybionego pomysłu.

Osobny problem dotyczy muzyki filmowej. Dość niefortunny jest w mojej ocenie pomysł przeplatania muzyki, która ma pełnić funkcję raczej ilustracyjną (autorstwa Pawła Mykietyna) z muzyką powstałą w tamtym czasie. Owe utwory z epoki są wciąż, mimo upływu czasu, niezłe – i dziś mają spore grono słuchaczy, nawet takich, którzy nie pamiętają momentu ich powstania. A mimo to problem tkwi w zestawieniach. Wałęsa i Brygada Kryzys? Wałęsa i Dezerter? Wybory to raczej na miarę wrażliwości Jana Klaty, u Wajdy film powoli rozpada się na dwie nierówne części. Tę, za której kształt on sam odpowiada (fabularną, mimo że bez fabuły, o czym za chwilę) i archiwalną (fragmenty filmowe i muzyka). Jeżeli ta druga jest właściwie gotowym zestawem do użycia w filmie o buncie w PRL-u, to Wałęsa udowadnia, że bunty punkowy i solidarnościowy mają ze sobą wiele wspólnego, ale to, jak wiele je odróżnia, jest nie do przegapienia. Gdyby nie fakt, że dzieło Wajdy skupione jest właściwie wyłącznie na postaci Wałęsy, można by sądzić, że to poszerzanie pola służyć ma szerokiemu pejzażowi społecznemu, estetycznemu i tak dalej. Sądzę jednak, że właściwie wszystkie środki (niekoniecznie fortunnie dobrane) zmobilizowane są w tym filmie po to, by wyeksponować i ukazać w jak najlepszym świetle postać, której tu – słusznie – ani razu nie pseudonimuje się „Bolkiem”.

Wspomniałam o tym, że w Wałęsie trudno rozpoznać jakąkolwiek fabułę. Widzimy raczej kilkanaście rozmaitych scenek przeplatanych wywiadem, które nie składają się w żadną historię. Wałęsa to w moim przekonaniu portret bohatera, nie zaś opowieść o nim. Nie jest to także historia przemian ostatnich dwudziestu lat PRL-u z punktu widzenia Wałęsy, w której występują inne istotne postaci (jeśli mamy superbohatera, po co nam inni bohaterowie?). W filmie, mimo przesłuchań, kolejnych narodzin dzieci (stanowiących tu właściwie bohatera zbiorowego), internowania i innych istotnych faktów, właściwie niewiele się dzieje. To raczej mało dynamiczna laurka, która opiera się w dużej mierze na tym, co wszyscy wiemy, a przynajmniej wiedzieć powinniśmy, nie zaś niełatwa opowieść, którą śledzi się z zapartym tchem.

walesa550Problem z oceną Wałęsy, o którym wspomniałam na początku, polega z grubsza na tym, że w filmie raczej fatalnym mamy do czynienia z doskonałą kreacją aktorską. Robert Więckiewicz jako Lech Wałęsa nie tylko wizualnie (wąsy w kształcie bumerangu prezentują się wspaniale), ale przede wszystkim wokalnie sprawdza się znakomicie. Jest nie tylko bardzo wyrazisty, ale zdaje się wydobywać z Wałęsy to, co dla niego najbardziej charakterystyczne i rozpoznawalne. I co może zaskakujące, to właśnie dzięki jego znakomitej roli film Wajdy jest zasadniczo nieudany. Otóż ani Wałęsa, ani Więckiewicz jako Wałęsa to nie postać posągowa, to nie superbohater ani święty żyjący w narodzie wybranym. Tak jak Wałęsa ze swoimi posuniętymi do granic paradoksu wypowiedziami, specyficzną intonacją i żartami, które bawiąc, żenują, nie jest materiałem na herosa, tak Więckiewicz, idąc krok w krok za swoim pierwowzorem, nie osiągnie absurdalnie poważnego celu Wajdy. Więckiewicz odgrywa Wałęsę w sposób spektakularny i spektakularnie wierny. I właśnie dlatego nie pasuje do filmu Wajdy – pozbawionego oddechu, humoru (jedyny zabawny moment dotyczy brwi Danuty, które mogą być albo na zdziwioną albo na kijankę) i pewnej niefrasobliwości przywódcy Solidarności, która, mimo licznych zastrzeżeń, ujmuje i ujmowała wielu. To film poważny do szpiku kości, zatrzymujący się krok od mówienia z cokołu.

Do filmu wmontował Wajda autocytat z Krystyną Jandą (Agnieszką) roznoszącą bibułę w pociągu, co jest może nawet zbyt oczywistym rozwinięciem tytułowego nawiązania do dwóch wcześniejszych filmów reżysera. Nie czynię z tego w żadnym wypadku ostatecznego potwierdzenia swojego przekonania na temat Wałęsy. Mam jednak bardzo silne przekonanie, że największym problemem filmu Wajdy jest on sam. Nie kreacja Roberta Więckiewicza, nie Agnieszka Grochowska grająca całkiem nieźle Danutę Wałęsę, nie biegający po domu Wałęsy dziecięcy bohater zbiorowy, nie zaplątany w film Mateusz Kościukiewicz (czyżby niekonieczne nawiązanie do Wszystko, co kocham?), nawet nie zmanierowana do reszty Maria Rosaria Omaggio jako Fallaci. Wszystkie te elementy, włącznie ze scenografią, przesunięciami w biografiach Wałęsów (m.in. Danuta rodzi dziecko wcześniej, niż to podaje film), archiwaliami i, nade wszystko, naprawdę dobrymi aktorami, znakomicie mogłyby zagrać Wałęsę, nawet jeżeli ten zamysł jest, powiedzmy sobie wprost, raczej bezkrytyczny. Ale nie zagrały. Reżyseria: Andrzej Wajda.

——

Wałęsa. Człowiek z nadziei, reż. Andrzej Wajda, 2013 (Polska)

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.