• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 08.01.2018
[W poprzednim odcinku] „Lovesick” vel „Scrotal Recall”
Recenzje | 08.01.2018

[W poprzednim odcinku] „Lovesick” vel „Scrotal Recall”

To już taka moja mała świecka tradycja. W pierwszych dniach stycznia oglądam Lovesick. Obyczaj ten gwarantuje szczęście w popkulturowych wyborach przez cały rok oraz solidnie odseparowuje od przebrzmiałego roku minionego. Są jednak pewne warunki. Nie należy robić zbyt długich przerw między odcinkami (rekomendowane porcje to dwie po cztery odcinki), nie przejmować się tym, że nie pamiętamy drugoplanowych postaci oraz – generalnie – się wyluzować. Bo to bardzo prawdopodobne, że długo nie obejrzymy równie przyjemnego sitcomu.

Lovesick

Wykazuję się podobną skłonnością do tej, którą zdradza wielu krytyków seriali – skoro sitcom jest tak dobry, chętnie powiedziałabym, że to w sumie nie do końca sitcom, coś więcej, coś między gatunkami. Ale to nieprawda. Lovesick to sitcom, tyle że sitcom doskonały. Wykorzystuje oczywiście doskonale znane schematy sitcomowe (rodzinne święta, rytuały, nawet niektóre gagi czy standardowe komedie pomyłek), bohaterowie także budowani są w oparciu o rozpoznawalne typy. Jest więc amant-trochę-klaun, jest rozsądna dziewczyna, którą wszyscy lubią, jest nieudacznik życiowy o mało pociągającej aparycji, jest w końcu główny bohater – niepoprawny romantyk. Różnica względem klasycznych sitcomów polega przede wszystkim na pogłębieniu psychologicznym postaci oraz wyraźnym rozwoju akcji z jej wszelkimi konsekwencjami. Postaci się więc zmieniają, wydarzenia, w których uczestniczą wpływają na ich relacje i perspektywę, a widz – przynajmniej w zarysach – powinien pamiętać, co miało miejsce w poprzednich epizodach. Oto więc sitcom, na który czekaliśmy wszyscy: zawiedzeni drugim sezonem Love, fani jakościowej telewizji, millenialsi, widzowie Please Like Me. Oto my, a oto oni: Dylan, Luke, Evie i Angus.

Lovesick

Akcja Lovesick dzieje się w Glasgow, co jest przyjemną odmianą po wyświechtanych serialowo plenerach w Los Angeles i innych nieznośnie ciepłych miejscach. Zaczyna się – dla równowagi – koszmarnie. Domyślam się, że jeżeli kogoś nie zniechęcił oryginalny tytuł (dzięki ci, Netfliksie, za przekonanie twórców do zmiany), to wraz z pilotem pojawiało się kolejne wyzwanie. Dylan dowiaduje się, że ma chlamydię. W związku z tym postanawia skontaktować się ze wszystkimi kobietami, z którymi uprawiał seks, aby poinformować je o konieczności wykonania badań. Dobrego złe początki. Każdy odcinek to osobna historia nieudanego związku Dylana, przeplatana współczesnymi wydarzeniami z udziałem jego przyjaciół. Co tu dużo mówić: są to doskonale zagrane, błyskotliwe, balansujące pomiędzy sitcomem a bardziej złożonymi emocjami sceny z życia – i tu, uwaga, nowość – szalenie sympatycznych postaci, które nie są jednocześnie banalne. Nie są też toksyczne à la Girls, jęczą i marudzą trochę mniej niż Josh w Please Like Me, a nawet wchodzą w bardziej prawdopodobne relacje niż bohaterowie Love. To, co sprawia, że Lovesick jest fantastyczną rozrywką, to przede wszystkim dialogi. Lekkie, błyskotliwe i nieoczywiste. Sporo tu oczywiście komedii charakterów, ale to żywość i bezpretensjonalność dialogów odpowiada za sukces serialu. Przyczynia się do tego gra aktorska – niewysilona, pozbawiona efekciarstwa i bardzo realistyczna.

Lovesick

Dramaty miłosne wszystkich postaci wynikają z różnych doświadczeń i oczekiwań, a także ich własnych ograniczeń i strategii randkowych. Mamy tu do czynienia rzecz jasna z „typami”, ale ich schematyczność czy uporządkowanie cech (tj. niepowtarzalność każdej cechy postaci przy jednoczesnym wyraźnym zaznaczeniu „kto jest jaki”) nie rażą. Niepozbawieni uroku aktorzy (Johnny Flynn, Antonia Thomas, Daniel Ings, Joshua McGuire) sprawiają, że serial jest niewątpliwie młodzieńczy – w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Trzeci sezon jest o wiele bardziej złożony i dramatyczny niż dwa poprzednie, ale nie oznacza to spadku formy czy dociążania udanej przecież formuły. Komediowa lekkość, którą tu otrzymujemy, to doskonała odtrutka na wszystkie czarne lustra, które nas jeszcze czekają, wszystkie true crime series i serialowe batalie sądowe. Przy okazji nie musimy jednak zapominać o posiadaniu komórek mózgowych ani o elementarnej wrażliwości. Double win.

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Ostatnio wydała autorski notes z fotografiami i wyborem literatury „Finlandia. Książka do pisania” (Austeria, 2017). Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.