better things
ARTYKUŁY | 27.11.2017

[W poprzednim odcinku] „Better Things”

Pamela Adlon wprowadziła komedię na rzadko uczęszczane obszary. Jej obecność w Better Things nie sprowadza się jednak do – rewelacyjnego skądinąd – wykreowania postaci aktorki samotnie wychowującej trzy córki. Adlon jest też współtwórczynią, najważniejszą reżyserką oraz dostarczycielką historii z własnego życia. Obok niej pojawia się Louis CK, ostatnio kojarzony raczej z potwierdzonymi oskarżeniami o molestowanie seksualne niż rolą w powstaniu Better Things. Z jego udziałem wiążą się zresztą wątpliwości dotyczące przyszłości serialu. Stacja FX zakończyła wszelką współpracę z komikiem, mimo że wcześniej zaanonsowała trzeci sezon. Wygaszenie Better Things byłoby błędnie wymierzoną karą. Ta bowiem powinna dotknąć wyłącznie Louisa CK, nie resztę ekipy i obsadę. I widzów.

Serial koncentruje się na codziennym życiu Sam Fox (w tej roli jedna z najzabawniejszych kobiet amerykańskiej telewizji – Pamela Adlon) oraz jej trzech niepełnoletnich córek – Max, Frankie oraz Duke. Ich sąsiadką jest matka Sam – Phyllis, Brytyjka o bliżej niezdefiniowanych kłopotach z pogranicza demencji, neurozy oraz niezdarności. Poza głównymi postaciami pojawiają się nie mniej istotni przyjaciele Sam. W istocie Better Things śmiało aktualizuje definicję rodziny. W przeciwieństwie do takich seriali jak Modern Family, życie bohaterów nie koncentruje się na relacjach opartych na więzach krwi, nie reprodukuje też – nieco już nieaktualnego, choć bez końca odgrywanego w popkulturze – wzorca, według którego najważniejszymi jednostkami życia społecznego są rodziny nuklearne. Sam jest samotną matką, rozwiedzioną z niegodnym zaufania i niezaradnym mężczyzną, którego najważniejszą rolą w serialu jest rozczarowywanie córek oraz byłej żony. Nie są to jednak sceny schematyczne. To właśnie w nich ujawnia się subtelna progresywność tej produkcji. Nie więzy krwi, a bliskość i stała obecność określają najważniejsze relacje w życiu nie tylko dorosłych, ale również dzieci.

Kilkuletnia córka Sam, Duke, (w tej roli urocza Olivia Edward) jest w serialu pełnoprawną postacią, podobnie jak jej starsze siostry. Jej rola nie sprowadza się do wypełnienia stereotypu małej dziewczynki, ale wprowadza dodatkową perspektyw. W jednym z odcinków to właśnie ona gra pierwsze skrzypce, interesująco pokazując, w jaki sposób Duke odkrywa znaczenie zagmatwanej rodzinnej historii. Co istotne, relacje dziewczyn nie koncentrują się wyłącznie na matce, co jest częstą bolączką w popularnym kinie i telewizji. Siostrzane konflikty i miłość są istotne dla rozwoju akcji i znaczenia serialu. Nie bez znaczenia jest fakt, że Frankie (Hannah Alligood) mierzy się ze swoją tożsamością genderową. Rozbija to nie tylko dobrze znane sentymentalne obrazki o dziewczyńskich relacjach córek z matką. Tożsamość Frankie nie jest oczywista, ale jej (odwzajemnione) zniecierpliwienie wobec matki nie wynika z tej kwestii – swoje źródło ma w codziennych utarczkach. Do pewnego momentu Sam zdaje się wręcz nie zauważać odrębności genderowej środkowej córki, przyjmując ją każdorazowo z dobrodziejstwem inwentarza. Do znakomitych scen zalicza się ta, w której zbliżająca się do dorosłości Max (Mikey Madison) zwraca jej uwagę na chłopięcość młodszej siostry.

Nieprzypadkowo chyba wszystkie główne bohaterki serialu noszą imiona (lub używają zdrobnień) neutralnych genderowo. Nie tylko pod tym względem to serial wykonujący śmiały gest w kategorii telewizji obyczajowej. Błędem byłoby bowiem sądzić, że Better Things oferuje nam kobiecą sagę o miłości, rodzinie i wsparciu. To serial, w którym postaci wrzeszczą, krzyczą, tupią, kłócą się i trzaskają drzwiami bez końca. Obok scen zapewniających dawkę wzruszeń, okraszonych solidną porcją humoru i ironii, dominującą tonację serialu tworzy napięcie, zmęczenie, rozdrażnienie. Stan ten dotyka wszystkich postaci i nie stanowi jedynie przygrywki do łzawego wpadania sobie w ramiona. I choć wątek związków pojawia się co jakiś czas, to serial bez problemu zalicza Test Bechdel.

Nie da się zaprzeczyć, że realizm i swoista surowość serialu są jego mocnymi stronami. Nie jest to może skala podobna tej, którą znamy np. z młodzieżowego norweskiego serialu Skam, ale zasadniczo Better Things operuje podobnymi środkami. Nie ma tu żadnych fajerwerków formalnych, trudno też doszukać się ambicji twórców, aby zachwycić widza czy zaskoczyć zwrotem akcji. Nie ma filtrów, jest za to mnóstwo niekorzystnych ujęć. Adlon stworzyła serial, który ma być bliski widzowi, a jednocześnie błyszczeć dialogami i idiomatycznym wręcz humorem oraz zdobywać sympatię zbudowaną na zrozumieniu.

Nastolatki są wściekłe i irytujące, najmłodsza dziewczynka urocza i płaczliwa, matka jęcząca i drepcząca z niecierpliwością po domu. Najstarsza dama (Phyllis) jest natomiast nieszkodliwą wariatką odpływającą powoli do świata swoich wyobrażeń. Realizm nie oznacza jednak konserwatyzmu reprezentacji, raczej przemieszczenie znanych z popkultury wzorców na nieco mniej wytarte tory. Świetną decyzją twórców było zapewnienie każdej z postaci „swojego momentu”. Dzięki temu otrzymujemy obraz nie tylko ich relacji, ale także chwil samotności, wydobycia się poza spojrzenie najbliższych. Każdy z tych fragmentów jest napisany w zwolnionym rytmie, zmieniając i wzbogacając nieco wydźwięk całego Better Things. Widok bohaterów w momencie indywidualnej wolności stanowi istotną wartość i wzmacnia przekaz, że świat nie kończy się na rodzinie. Jeśli macie szczęście.

Świat w Better Things kończy się na humorze i ciętych, precyzyjnych ripostach. Kiedy Sam wyszukuje w internecie najdziwniejsze porno, jakie przychodzi jej do głowy i chce powstrzymać córkę przed wejściem do pokoju, Frankie krzywi się mówiąc: „Oh my God, mom, you’re so bipolar”. Nie mniej krzywi się Duke, kiedy dowiaduje się o facecie, z którym spotyka się Sam. Dobrze zagrane, nieprzeciągnięte sceny są atutem serialu. Słabszą stroną – powtarzalność niektórych schematów dialogowych, brak jakichkolwiek przełomów przed finałem drugiego sezonu (skądinąd o klasę lepszego niż pierwszy) i niemal bezwyjątkowo eksponowana codzienność. Nawet, jeżeli dzieje się coś szczególnego, można odnieść wrażenie, że odzież domowa zawsze zostaje ta sama.

Czymś, co ujmuje mnie w tym – mimo wszystko bardzo skromnym i czasami nierównym – serialu jest stała obecność wielu emocji i nastrojów. Nieodłącznym elementem życia Sam i jej córek jest niewątpliwie wzajemna troska. Mogłoby się wydawać, że kłóci się to z ich emocjonalnym, a czasem nawet fizycznym, okrucieństwem, ale ostatecznie każda z nich zna proporcje. Doskonały jest pod tym względem szósty odcinek drugiego sezonu, w którym odbywa się udawany pogrzeb Sam i Duke. Kiedy rozczarowana postawą córek Sam mówi: „I don’t want to wait until I’m dead for my kids to appreciate me” i wybiega z domu, po powrocie zmuszona jest położyć się na katafalku i wysłuchać mów pogrzebowych na swoją cześć. Agresja, którą widzimy w serialu przez dwa dziesięcioodcinkowe sezony nie jest z gatunku tych drastycznych, raczej rozładowujących napięcie. Z rozrzewnieniem wspominam serię wzajemnych upokorzeń i brudzenia odzieży, którym Sam oddaje się razem z Frankie na bar micwie kolegi. Okazji do podjęcia takich aktywności życzę sobie, swojej matce oraz wszystkim pozostałym widzom.

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Ostatnio wydała autorski notes z fotografiami i wyborem literatury „Finlandia. Książka do pisania” (Austeria, 2017). Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.