• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 15.10.2018
W pajęczynie eksperymentów („Venom” i „Spider-Man Uniwersum”)
Artykuły | 15.10.2018

W pajęczynie eksperymentów („Venom” i „Spider-Man Uniwersum”)

Venom – pierwszy z planowanej serii filmów o przeciwnikach Spider-Mana – został chłodno przyjęty przez krytyków, a i sama publiczność ma wobec niego póki co dość mieszane uczucia. To zła wiadomość dla finansującego całe przedsięwzięcie Sony Pictures, które desperacko stara się skorzystać z panującego obecnie w kinach superbohaterskiego prosperity i zbudować własne rozszerzone uniwersum.

Problem polega na tym, że o ile Disney i Warner Bros. mają swobodny dostęp do szerokiego wachlarza rozpoznawalnych komiksowych postaci, o tyle Sony dysponuje tylko Spider-Manem – a i jego, w ramach międzykorporacyjnej współpracy, użycza obecnie Disneyowi. To z kolei sprawia, iż producenci stoją w pewnym rozkroku. Z jednej strony dążą do stworzenia własnego kinowego wszechświata, z drugiej: tworzą swoje filmy w sposób, który – w razie potrzeby – umożliwi im bezkolizyjne włączenie ich do szerszego megatekstu Marvel Cinematic Universe.

Taki jest właśnie Venom – z powodzeniem może funkcjonować zarówno jako autonomiczne dzieło, jak i kolejny film z MCU, ponieważ jego fabuła w żadnym momencie nie kłóci się z tym, co dzieje się u Iron Mana albo Kapitana Ameryki. Powołanie do istnienia własnego kinowego uniwersum pozwoliłoby oczywiście na większą kontrolę kreatywną i – co najważniejsze – finansową marki. Tu pojawia się jednak wyżej wspomniany problem – Sony ma prawa wyłącznie do wykorzystania Spider-Mana oraz postaci istotnych dla jego wewnętrznej mitologii. To z kolei zmusza producenta do skrobania łyżką po dnie i tworzenia filmów o kolejnych pokrewnych Ścianołazowi bohaterach i złoczyńcach w nadziei na to, że którykolwiek z nich okaże się na tyle popularny, by udźwignąć własny film i przynieść dostatecznie duże zyski. Póki co zapowiedziano produkcję takich obrazów jak Silver & Black czy Kraven – ich bohaterowie to mniej rozpoznawalne postaci z panteonu łotrów Spider-Mana, ale jedyne, które jeszcze się nie opatrzyły oraz nie znajdują się w orbicie zainteresowań twórców Marvel Cinematic Universe.

Praca kreatywna w takich warunkach musi być koszmarem. Z jednej strony możliwość podejmowania wielu decyzji artystycznych uzależniona jest od dostępności licencji, z drugiej strony na twórcach ciąży presja ze strony oczekujących konkretnych (bardzo konkretnych) wyników producentów, z trzeciej – oczekiwania publiczności rosną wraz z każdym kolejnym superbohaterskim filmem Disneya, który wyprzedził już konkurencję o kilka długości i nie wykazuje żadnych oznak zmęczenia. Nie jest to sytuacja, w której można pozwolić sobie na odważniejsze eksperymenty czy ryzykowne granie konwencją. To sytuacja, w której można stworzyć co najwyżej bardzo przewidywalnego, bezpiecznego i szalenie zachowawczego pod każdym względem Venoma. Albo wziąć głęboki oddech i wreszcie zrobić coś wyjątkowego.

W świecie kina aktorskiego kolejny film o superbohaterze to po prostu kolejny film o superbohaterze. Twórcy naprawdę muszą się bardzo starać, by w jakikolwiek pozytywny sposób wyróżnić się na tle pozostałych. W medium wysokobudżetowej kinowej animacji natomiast konkurencja na tym polu jest znacznie mniejsza. Znacznie mniejszy jest również problem z desperackimi wygibasami, by przypadkiem nie nadepnąć na cudzy trademark – pojawia się przestrzeń do kreatywnego oddychania. Z tej przestrzeni skorzystali scenarzysta Phil Lord i reżyser Christopher Miller, twórcy pełnometrażowej animacji Spider-Man Uniwersum (oryg. Spider-Man: Into the Spider-Verse), która będzie miała premierę w grudniu tego roku. Film opowiadać będzie o Milesie Moralesie – bardzo młodym nastolatku, który po śmierci Petera Parkera przejmuje jego superbohaterskie obowiązki i próbuje odnaleźć się w nowej roli. Nieoczekiwanie uzyskuje pomoc od Parkera z alternatywnej rzeczywistości, w której bohater zdołał uniknąć śmierci i wskutek kolizji obu światów trafił do uniwersum Milesa. Nie on jeden zresztą, bo do obu Spider-Manów dołączają również grany przez Nicholasa Cage’a Spider-Man Noir, kreskówkowy Spider-Ham (Pająk-Szynka), młoda Japonka Peni Parker ze swoim zaawansowanych technologicznie robokombinezonem oraz Gwen Stacy znana jako Spider-Gwen – a niewykluczone, że na tym lista się nie skończy.

Komiksowa postać Spider-Mana ma wyjątkowo duże szczęście do alternatywnych wersji – np. remiksów historii Petera Parkera rozgrywających się w konwencji czarnego kryminału, w Indiach, dystopijnej przyszłości, erze elżbietańskiej oraz wielu innych. Historia młodego człowieka ukształtowanego przez osobistą tragedię (utratę ukochanego opiekuna) i wynikającą z niej chęć zadośćuczynienia światu za zło, wydaje się mieć w sobie coś pierwotnego – coś, co bardzo dobrze rezonuje w wielu konwencjach i dekoracjach, za każdym razem dając nieco odmienny, ale zarazem budzący zainteresowanie i sympatię odbiorców efekt. Lord i Miller zrozumieli coś, co umknęło ich kolegom odpowiedzialnym za Venoma i pozostałe aktorskie filmy powiązane z postacią Pajęczaka – że Spider-Man to nie tylko jedna postać, ale dziesiątki, o ile nie setki różnych bohaterów, których historie przepisywano na mnóstwo sposobów, w rezultacie otrzymując przebogatą mitologię, z której można czerpać pełnymi garściami.

Trailery Spider-Man Uniwersum szokują bogactwem środków wyrazu – jest to prawdopodobnie najodważniejsza artystycznie wysokobudżetowa animacja od wielu lat. Każda alternatywna wersja Spider-Mana przynosi ze sobą indywidualną estetykę. Spider-Man Noir jest zatem czarno-białym detektywem, Peni Parker postacią rodem z japońskich filmów i seriali anime, z całym stylistycznym bagażem charakterystycznym dla kreskówek z Kraju Kwitnącej Wiśni, zaś Spider-Ham wygląda i zachowuje się niczym bohater kreskówek Looney Tunes. Wszystko to, jeśli wierzyć zwiastunom, zostało jednak odpowiednio wkomponowane w dominującą estetykę filmu – rozświetlony soczystymi, nieco rozmytymi barwami Nowy Jork prezentuje się zachwycająco. Twórcy nie wahają się przed podejmowaniem bardzo ryzykownych decyzji – wiadomo, że film w znacznej mierze będzie kręcony „na dwójkach” (metoda animacji, w której na jedną sekundę materiału przypada dwanaście indywidualnych klatek – w przeciwieństwie do znacznie płynniejszej animacji „na jedynkach”, gdzie klatek jest dwa razy więcej), by nadać filmowi nieco bardziej organiczną dynamikę. W trailerach dostrzeżemy również kodowane rastrami światłocienie, wyraziste kontrasty kolorystyczne i charakterystyczne dla medium komiksowego środki wyrazu, takie jak onomatopeje czy panele z informacjami kontekstowymi przewijające się przez trójwymiarowe środowisko filmu.

Jest więc Spider-Man Uniwersum nie tylko zaskakującą nowalijką w przestrzeni kina superbohaterskiego, ale również przedstawicielem zupełnie nowej jakości w wysokobudżetowej animacji trójwymiarowej. Ten konkretny segment kina zdominowany jest przez waniliowe, familijne produkcje Pixara i Dreamworks – lekkie, przesycone prostymi emocjami opowieści w łagodnej palecie kolorystycznej z postaciami oraz scenografią starannie zaprojektowaną w taki sposób, by nie przeciwstawiać się oczekiwaniom publiczności nawykłej do określonego tonu. Na tym tle agresywny, zróżnicowany estetycznie Spider-Man Uniwersum prezentuje się niemal rewolucyjnie. Komentatorzy z branżowego bloga CartoonBrew – skupiającego wokół siebie osoby zawodowo zajmujące się animacją – wyrażają frustrację tym, że nawet jeśli film odniesie finansowy i artystyczny sukces, większość widzów najprawdopodobniej nie będzie zdawała sobie sprawy z faktu, jak przełomowa pod względem technologicznym jest to produkcja. Mówi się wręcz o kamieniu milowym formatu Kto wrobił Królika Rogera.

Spider-Man Uniwersum może być dziełem cennym dla producentów mających ambicję stworzenia kinowego wszechświata na miarę monopolizującego ten segment MCU. Gdy w grę wchodzą budżety sięgające setek milionów dolarów, ryzyko to coś, czego unika się jak ognia – problem polega jednak na tym, że wyłącznie ryzykując, można zrobić coś przyciągającego uwagę. O tym, na ile ryzyko podjęte przez Lorda i Millera się opłaciło, dowiemy się już w grudniu. Osobiście jestem dobrej myśli i nie mogę się doczekać premiery – nie pamiętam, kiedy ostatni raz przytrafiło mi się podobne uczucie.