jerof
ARTYKUŁY | 07.05.2012

Via Dolorosa Wieniedikta Jerofiejewa

Za kilka dni mija kolejna rocznica śmierci Wieniedikta Jerofiejewa, i choć nie będzie to rocznica ani okrągła, ani podniosła, ani wszędzie obchodzona (bądźmy szczerzy: nie będzie obchodzona nigdzie), dla nas jest ona wystarczającą zachętą, by o Wieniczce pisać. Chociaż, tak naprawdę, by czytać rozpisaną na kolejne akty – kolejne stacje drogi krzyżowej – Moskwę-Pietuszki, nie potrzeba żadnej szczególnej okazji, żadnego wzniosłego momentu, a już w szczególności – żadnej okrągłej rocznicy.

***

Wieniedikt Jerofiejew urodził się 26 października 1938 roku. Ojciec jego był zawiadowcą stacji, który chodził tylko i łajdaczył się z dziwkami, chodził i łajdaczył się, a poza tym niczym się […] nie zajmował. Jeszcze w 1938 roku złożono na niego donos, wypominający mu, że po pijanemu znieważał radziecką władzę, waląc pięścią w stół. Na mocy artykułu 58. został zesłany dwanaście tysięcy kilometrów na wschód. Wyszedł po szesnastu latach.

Porzucony przez matkę Wieniczka trafił do domu dziecka w Kirowsku, w obwodzie murmańskim, w którym uczył się do ósmej klasy (kiedy odebrała go matka). Kolejne klasy Jerofiejew zaliczał w normalnej szkole ogólnokształcącej – w której uczyli (przymusowo) najlepsi absolwenci ówczesnego Uniwersytetu Leningradzkiego. Kończąc szkołę z wyróżnieniem, rozpoczął studia na Uniwersytecie Moskiewskim (1955), uciekając w ten sposób z dalekiej północy (Półwyspu Kolskiego), gdzie oprócz więźniów nie było niczego. Wkraczał wówczas po raz pierwszy w głąb porośniętego azjatycką trawą kontynentu z pewnym zdziwieniem i zachwytem: […] zobaczyłem krowę i zaparło mi dech. Zobaczyłem wysoką sosną i zamarło mi serce […].

Właśnie na Uniwersytecie Moskiewskim, na pierwszym roku studiów, zaczęło się jego pierwsze świadomie pisanie. Jego sława – jak wspominał w 1990 roku – ograniczała się wówczas do trzech pokoi akademika. Wśród zapalonych czytelników znaleźli się m.in. Wołodia Murawiow i Katejew.

Był rok 1956, Wieniczka przestał chodzić na wykłady i seminarium: budziłem się rano i myślałem, czy pójść na wykład albo seminarium, i myślę: na chuja mi to potrzebne – i nie wstawałem, i nie wychodziłem. […] Brałem się w garść i nie wstawałem. Po niecałych dwu latach Jerofiejew został wyrzucony za okazywanie niechęci przedmiotom wojskowym.

Zdobywając wykształcenie na własną rękę, pracował w międzyczasie jako: tragarz i kamieniarz, palacz i milicjant, wiertacz i strażnik, bibliotekarz, magazynier i monter-łącznościowiec. Pomieszkiwał m.in. w Tambowie, Jelcu i w Briańsku. Następnie znalazł się we Włodzimierskim Instytucie Pedagogicznym imienia Lebiediewa-Polańskiego, z którego po pewnym czasie został w trybie natychmiastowym zwolniony (w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach). W 1962 roku Włodzimierska Iskaja komsomolska zażądała wydalenia go poza granice miasta i obwodu włodzimierskiego, a każdy człowiek, który spotykał się z Jerofiejewem, podlegał natychmiastowemu zwolnieniu.

W okresie tym pisarz przeżywał silną fascynację literaturą i muzyką skandynawską: Ibsenem i Sibeliusem, Mamsunem i Griegiem (Ibsena nie tylko czytał, ale i próbował o nim pisać). Zimą 1970 roku przyszedł mu do głowy szalony – jak na ówczesne czasy – pomysł, by pojechać do zakazanych przez władzę Pietuszek. W ten sposób zaczęła się intensywna praca nad poematem Moskwa-Pietuszki, trwająca niemal nieprzerwanie do 3 marca 1970 roku.

***

Tonący w oparach 40% alkoholu, czarnej rozpaczy i językowej rozwiązłości, „poemat” rozpoczyna się błyskotliwymi, ustawiającymi głos i rytm całej opowieści zdaniami: Wszyscy powiadają: Kreml, Kreml. Od wszystkich o nim słyszałem, a sam nie widziałem go ani razu. Ileż to już razy (z tysiąc) na gazie albo na kacu przemierzałem Moskwę z północy na południe, z zachodu na wschód, z jednego końca na drugi, na wylot i na oślep – ale Kremla nie widziałem nigdy. Pierwsze akapity Moskwy-Pietuszki, podobnie jak kolejne strony poematu, są silnie autobiograficzne. Prawdziwie są nie tylko wycieczki Wieniczki na Plac Kremlowski (kończące się zawsze na Dworcu Kurskim) czy rozmowy z konduktorem jadącego do Pietuszek pociągu, ale nawet sporządzane w zakładzie pracy tzw. „indywidualne harmonogramy”, na których na linii poziomej kolejno zaznaczano wszystkie dni robocze ubiegłego miesiąca, a na pionowej – ilość wypitych gramów w przeliczeniu na czysty alkohol. Wykresy, których krzywe jednym pokazywały Himalaje, Tyrole, zwieńczenia muru kremlowskiego, a innym bicie dumnego serca, Pieśń o Zwiastunie burzy i dziewiątą falę – wykazawały wszystkie człowiecze zalety i wady, mówiły o stopniu zrównoważenia i skłonności do zdrady, a nawet: sekretach podświadomości. Wieniczka uparcie i nieustępliwie badał dusze współbraci niedoli do momentu, gdy pewnego dnia jego kunsztowne, indywidualne harmonogramy zostały przez członka partii odesłane do zarządu zakładu: [Wyrzucono] mnie melancholijnego księcia-analityka, pogrążonego z pasją w głębiach ludzkich dusz […].

Przemierzając kolejne kilometry i kolejne stacje: Czarnoje-Kupawna, Elektrougli-Charpunowo – Charpunowo-Jesino, Wieniczka krąży po platformie w bezustannym podnieceniu, paląc nieprzerwanie i doznając co i rusz bez mała strzelistych uniesień. W połowie drogi na przykład – wyznawszy żarliwie wiarę w Ojca Naszego w Niebiesiach – zaczyna obmyślać koktajl, który można byłoby pić wobec Boga i ludzi bez poczucia wstydu. W obecności ludzi i w imię Boga, i który nazwałby „Nurtami Jordanu” albo „Gwiazdą Betlejemską”. Który byłby doskonalszy i bardziej wzniosły – niż uprzednio wymyślony – „Balsam kanaański” (zwany potocznie srebrnym liskiem), „Duch Genewy” czy prawie doskonały koktajl „Psia krew” (w jego skład wchodziły: piwo żygulowskie 100 g, szampon „Bogacz Sadko” 30 g, rezol, płyn do zwalczania łupieżu 70 g, klej BF 15 g, płyn hamulcowy 30 g, dezynsektal, środek owadobójczy 30 g).

Czytając Moskwę-Pietuszki, zderzamy się z bohaterem pogrążającym się w malignie, bełkotliwie  „nucącym” rubaszną pieśń, lecz w istocie zdajemy sobie sprawę, że alter ego pisarza nosi w sobie przede wszystkim kłąb goryczy, pełen bólu, strachu i oniemienia, którego „wspaniałe serce” codziennie wydziela ten odwar i nurza się w nim do wieczora. Innym zdarza się to – wiem o tym – jeśli ktoś umrze. Jeśli umrze najbliższy na świecie człowiek. Ale ja przeżywam to zawsze. Zrozumcie chociaż tyle!

***

Jerofiejew od urodzenia ciągle jest w drodze – najpierw jako maleńkie dziecko porzucone przez matkę, później jako dwudziestoletni chłopiec opuszczający mury uniwersyteckie, nieustannie i bez opamiętania zmieniający zawody i miejsca zamieszkania. W swoim nieśmiertelnym poemacie także jest w trasie – od stacji pierwszej do ostatniej, między pierwszym i piątym a sto dwudziestym piątym kilometrem, między Dworcem Kurskim a zamykającymi podróż Pietuszkami. Słusznie zauważył kilka lat temu Włodzimierz Paźniewski, że: odległość jaka dzieli Dworzec Kurski od Pietuszek to moskiewska via Dolorosa, zaś mijane po drodze przez bohatera powieści przystanki, przypominają jako żywo kolejne stacje Męki Pańskiej i są do nich czytelnym nawiązaniem lub aluzją.

***

W rezultacie czyta się ten balansujący między tonacjami (to groteskową, to zupełnie ciemną) poemat albo płacząc i wybuchając śmiechem na przemian, albo z zażenowaniem i z głęboką pogardą; albo w ekstatycznym zachwycie, albo w mękach i mdłościach. Albo, albo. Czyta się Moskwę-Pietuszki nie tylko – jak pisał przed laty Andrzej Drawicz – jako kunsztowną, wielopiętrową parabolę, opowieść o bezwyjściowości z rosyjskiego losu, wpisanego w obwód zamknięty, z którego ucieczką jest tylko pijaństwo, ale jako bardziej uniwersalną – upajająca językiem i poczuciem gorzkiego humoru – opowieść o nieprzewidywalności i nieodwracalności ludzkiego losu. O życiu i losie, którego koleje są tak nieoczekiwane i tak niezgłębione, jak pijacka czkawka:

[…] i sami się przekonacie: ona się zacznie przed upływem godziny. Czknąwszy pierwszy raz, będziecie zdziwieni, że jest tak nagła i niespodziewana; następnie zdziwi was nieodwracalność drugiego, trzeciego i następnych czknięć. Jednak jeśli nie jesteście głupcami, przestańcie się co rychlej dziwić i bierzcie się do dzieła: zapisujcie na kartce, w jakich odstępach czasowych wasza czkawka rzeczy się pojawiać: – Osiem – trzynaście – siedem – trzy – osiemnaście. Spróbujcie, rzecz jasna, doszukać się tu jakieś regularności […], spróbujcie, nawet jeśli jesteście głupcami, wyprowadzić jakąś formułę […]. Życie i tak obali wasze frajerskie konstrukcje: – Siedemnaście – trzy – cztery – siedemnaście – jeden – dwadzieścia trzy – cztery – siedem – siedem – siedem – osiemnaście. Czyż nie tak samo w następstwie ludzkich wzlotów i upadków, upojeń i nieszczęść, nie ma najmniejszego śladu regularności? […]  Prawo jest ponad nami wszystkimi, a czkawka ponad wszelkim prawem. I podobnie jak wcześniej zaskoczył was jej nagły początek, tak teraz wprawi w osłupienie jej koniec – nieprzewidywalny i nieodwracalny jak śmierci: – dwadzieścia dwa – czternaście – i już. I cisza.