vangogh2
RECENZJE | 01.02.2016

Van Gogh Alive – The Experience (relacja)

Wyjątkowe nazwisko zasługuje na wyjątkowe uhonorowanie. Wyjątkowe nazwisko to bowiem wyjątkowy człowiek, a wyjątkowy człowiek to taki, który potrafi kochać cały świat. I w dodatku traktować go jako najwyższą formę sztuki.

Vincent Van Gogh, żyjący w drugiej połowie dziewiętnastego wieku holenderski postimpresjonista, to bohater wystawy, którą do 14 lutego można jeszcze odwiedzać w warszawskim Centrum Wystawowym przy PGE Narodowym. Namiot, do którego zmierzają miłośnicy sztuki z całej Polski, nie oszołamia swoim designem, a co gorsza nie jest nawet dobrze oznakowany, jednak jeśli odnajdziemy go i zdobędziemy się na odwagę, aby wejść do środka, przechodzi niebagatelną przemianę.

Słonecznik jest mój na swój sposób – tymi słowami Artysty witają się z nami organizatorzy wystawy. Właściwie można by się zastanowić, czy to, czym Van Gogh Alive jest, można w ogóle nazywać wystawą. Bo i z czym nam się to słowo kojarzy? Większości z nas zapewne z ciszą i oddzielonymi grubymi szybami (lub, o zgrozo, sznurami) eksponatami, z którymi odbiorca siłą rzeczy nie może nawiązać głębszej więzi. Osoby, które w różnego rodzaju instytucjach sztuki i kultury bywają częściej, mogą mieć inne, bardziej przyjazne doświadczenia, wciąż jednak trudno zaprzeczyć, że muzeum nierozłącznie związane jest z powagą i patosem. Uwaga na nogi, jeszcze się przewrócisz i coś stłuczesz! Przede wszystkim – na wystawach eksponowane są dzieła sztuki. Obrazy we własnej obrazowości.

Tutaj tego nie ma.

Co otrzymujemy w zamian? Technologię Sensory4, czyli platformę multimedialną zapewniającą wysokiej jakości obraz i dźwięk.

Gdy zapoznamy się już przy wejściu z życiorysem Van Gogha oraz przyjrzymy się rekonstrukcji pokoju malarza w Arles, wchodzimy do wielkiej sali, w której można zostać dosłownie przytłoczonym sztuką. Ze wszystkich stron (nawet z podłogi!) otaczają nas wielkoformatowe dzieła twórcy – czasem są to obrazy z jednego okresu, czasem mamy okazję przyjrzeć się pojedynczemu dziełu z wielu perspektyw. Jednocześnie dobiegają nas monumentalne wręcz dźwięki, które doskonale wpisują się w nastrój aktualnie wyświetlanego malarstwa, a co za tym idzie – przeżyć i emocji, których doświadczał Van Gogh na danym etapie życia. Ostatnim już elementem, z którym widz ma styczność, są myśli artysty, dzięki którym jeszcze bardziej może wczuć się w twórczość Holendra, a także poznać parę ciekawostek – chociażby taką, że jego ulubionym kolorem był żółty, który kojarzył mu się ze słońcem.

Niestety, tutaj organizatorzy wydarzenia nie stanęli na wysokości zadania. Dlaczego? Otóż cytaty z pism artysty pokazywane są w dwóch wersjach – po polsku i po angielsku. Brzmi świetnie, wszak to międzynarodowa wystawa. W czym więc problem? Ano w tym, że z dwóch wersji językowych można stworzyć portrety psychologiczne dwóch zupełnie innych osób. Polskie tłumaczenie w wielu przypadkach zupełnie odbiega od angielskiego. Z tego pierwszego wyziera romantyk na wagę Norwida, cierpiętnik i melancholik, z drugiego – zakochany w otaczającym go świecie człowiek, który miał nieszczęście zachorować na umyśle. Różnica jest znaczna. Mimo tej niedoskonałości, całość daje niebagatelny efekt. Połączenie sztuki plastycznej z dobraną odpowiednio muzyką klasyczną wprowadza zwiedzającego w świat, do którego wcześniej nie miał dostępu. Zwiedzanie wystawy stało się tak intensywne, jak nigdy dotąd.

Próżno oceniać, jaka forma obcowania ze sztuką jest przyjemniejsza lub wartościowsza – tradycyjna czy multimedialna. Są to dwie zupełnie inne kategorie. Nawet najwyższa jakość obrazu nie odtworzy pewnych niuansów, na które możemy zwrócić uwagę, gdy stoimy z dziełem twarzą w twarz. Mimo to Van Gogh Alive jest obowiązkowym do odhaczenia punktem na kulturalnej mapie Polski. Sztuka nigdy nie była tak blisko.