• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły, Recenzje | 19.02.2018
V jak „Vogue” (pierwszy numer „Vogue Polska”)
Artykuły, Recenzje | 19.02.2018

V jak „Vogue” (pierwszy numer „Vogue Polska”)

Już nic nie wydaje się niemożliwe. Za rok Pacyfik, a potem Księżyc – deklarował Vogue w okresie powojennym. Pacyfik, Księżyc, a w międzyczasie jeszcze Polska nie zginęła, toteż Polska właśnie. Tylko czy my vogule jesteśmy na to gotowi?

Z końcem lata 2017 podjęta została praca nad pierwszym numerem polskiej edycji, powtarzając bezrefleksyjnie za tłumem, „biblii mody”. Bezrefleksyjnie, bo V to coś więcej niż haute couture, prêt-à-porter i inne podobne hasła. Wspomniana praca trwała kilka bardzo intensywnych miesięcy. Każdy materiał powstawał od zera, każdą sesję wyprodukowaliśmy sami. Bo choć to międzynarodowy tytuł, każda edycja na świecie ma być wyjątkowa (…) – czytamy w Liście od naczelnego autorstwa Filipa Niedenthala. Nie ma szablonu dodaje na koniec dziennikarz. Tymczasem my wciąż – zważywszy na całe zamieszanie związane z fotografią Juergena Tellera: dosłownie – oceniamy książkę po okładce. Warto zajrzeć do środka, choćby po to, by wyrobić sobie własną opinię (i móc ją następnie dumnie głosić, przecież wszyscy to lubimy!).

fot. Juergen Teller

fot. Juergen Teller

Polska edycja zapisze się na kartach historii pod numerem dwudziestym trzecim. Jest obecnie najnowszym rozdziałem tego niczym nieprzerwanego (!) i wciąż kontynuowanego wątku. Choć o losach czasopisma powstają książki, poniżej tak zwana pigułka, która zawiera w sobie kilka najważniejszych punktów w dziejach tytułu i suplementuje wiedzę na jego temat.

Vogue ma amerykański rodowód i wydawany jest od końca XIX wieku. Pierwszy numer ujrzał światło dzienne w roku 1892 (dokładnie 17 grudnia), kiedy to Arthur Turner zaczął wydawać V w formie tygodnika. Cena wynosiła 10 centów. Grupą docelową była nowojorska arystokracja. Z czasem pismo przeobrażało się, by rozpocząć dalszą ekspansję. Wykupione w 1909 roku przez Condé Montrosego Nasta (amerykańskiego wydawcę, przedsiębiorcę i biznesmena, założyciela Condé Nast – koncernu publikującego Vogue, Vanity Fair, GQ, czy New Yorkera) doczekało się z czasem swojej hiszpańskiej, włoskiej oraz francuskiej odsłony. Już jako dwutygodnik.

Nowy naczelny to w wypadku Vogue zawsze nowe formy wyrazu. Diana Vreeland, obejmującą pieczę nad V w latach 1963-1971, nawiązała współpracę z takimi personami jak Warhol, Twiggy i Veruschka czy Holzer. Miesięcznikiem natomiast magazyn stał się za kadencji Grace Mirabelli (datowanej na lata 1971-1988), nazwanej królową casualu. Mówi się, że wówczas magazyn przeszedł gruntowne zmiany i przybrał też formę najbardziej zbliżoną do tej, z którą mamy obecnie do czynienia. Obecnie, czyli pod rozpoczętymi w 1988 roku, pełnymi klasy rządami legendarnej Anny Wintour. Postaci, będącej marką samą w sobie. Postaci, która wypowiedziała znamienne słowa: „Vogue” is a fashion magazine, and a fashion magazine is about to change.

Dostępny na rynku od ponad stu dwudziestu lat, przybliża to, co dla większości społeczeństwa wciąż niedostępne. V bierze na warsztat nie tylko zagadnienia ze świata mody, ale i te stricte kulturalne, społeczne oraz polityczne. W każdym wydaniu spodziewać się możemy nie tylko wyznaczania nowych trendów, ale i wskazówek dotyczących wydarzeń, w których warto brać udział oraz wywiadów z niesztampowymi osobami etc. V wchodzi w dyskurs z uczestnikami kultury współczesnej – z nami. Przez dekady kształtował sposób myślenia oraz normy estetyczne, niejednokrotnie przełamując konwencje, igrając z nimi. Takich też artystów zaprasza do współpracy. Dzięki temu przedstawiane dobra nie stają się kolejnym must have. V traktuje je wielowymiarowo i, z pewnością, z ogromną dozą dystansu, którego nam jeszcze wciąż brakuje…

Można pokusić się o stwierdzenie, że całe zamieszanie wokół polskiego wydania V przyćmiło (na chwilę) wszelkie inne, którymi żyjemy z dnia na dzień. W każdym razie odbiło się solidnym echem, które wcale nie cichnie. Wszystko za sprawą wspomnianej fotografii z okładki, jak i całej sesji, którą znajdziemy na kolejnych stronach magazynu. Warto przy tym zaznaczyć, że okładka zaczęła żyć własnym życiem i doczekała się multiplikacji wcieleń, dzięki niczym nie poskromionej kreatywności internautów.

vogueswiebodzin

Od dwudziestu lat jestem wiernym fanem Tellera. Marzyłem, by móc zaprosić go do Polski i obserwować przy pracy – cytując ponownie List od naczelnego. Spełniło się z nawiązką. Zrobiliśmy razem sesję, która na pewno niejednego zaskoczy. Zaskoczyła, prawda? Zaskoczyła, bo nikt chyba nie spodziewał się, że pierwsze polskie wydanie Vogue’a przejdzie do historii z taką, a nie inną okładką. Tu małe sprostowanie – tego nie spodziewał się nikt, kto nie zna Tellera i jego niepowtarzalnego stylu. To człowiek, który drwi sobie z ogólnie przyjętych prawideł i wychodzi poza wszelkie kanony (przede wszystkim: poza tradycyjnie rozumiany kanon piękna). Do sesji zdjęciowych przeważnie używa płaskiej lampy błyskowej i analogowych sprzętów, dzięki czemu jego prace cechuje surowość i, rzecz jasna, oryginalność.

Niemiecki fotograf jest w świecie mody postacią znaną. Stosunek do jego twórczości cechuje skrajność. Warto jednak wiedzieć, że to on stworzył okładkę dla Sinead O’Connor i jej hitu Nothing Compares 2 You. To on jest odpowiedzialny za reklamę zapachu Eternity CK. To on jest autorem niekonwencjonalnej sesji zdjęciowej Kanye i Kim. W końcu: to jego nazwisko widnieje pod genialną kampanią dla Marca Jacobsa, w której to zaprezentował prawdziwy kunszt i dał przykład tego, jak balansować między fotografią produktową a modową, czy raczej: modelingową.

Juergen Teller x Marc Jacobs

Juergen Teller x Marc Jacobs

Lista nazwisk, z którymi artysta współpracował dotychczas, jest zresztą nie tylko długa, ale przede wszystkim imponująca. Otwiera ją Vivienne Westwood – brytyjska projektantka, która niezmiennie wplata punkową ekspresję do modowego świata. Znajdziemy tu również nazwiska znane nie tylko z modowego świata, ale i szeroko pojętej (pop)kultury. Przy polskiej okładce debiutował z Anją Rubik i Małgosią Belą, przy brytyjskiej – z Kate Moss, którą fotografował również dla rosyjskiego Vogue’a, Rihanna zaś pozowała dla jego francuskiej odsłony. Twórczość Tellera zaobserwować można na autorskim instaprofilu. Sam fotograf mówi, że nie ma ograniczeń. Warto więc się ich wyzbyć, oglądając zdjęcia JT.

Wracając do okładki – jako oddana miłośniczka Wesa Andersona i symetrii perfekcyjnej (żeby nie napisać wręcz: perwersyjnej), na widok przechylającego się PKiN zwyczajnie odczuwam niepokój. Pociągający niepokój. Nie jestem fanką tego zdjęcia, choć z czasem dostrzegam w nim coraz więcej. Im więcej osób walczy z opowiedzianą (na) nim historią, tym bardziej chcę go bronić. Wszelkie quasi-mądrości dotyczące złego kadru, złego oświetlenia i w ogóle – wszystkiego złego – zdają się tracić jakikolwiek sens w obliczu pytania, które towarzyszy nam od podstawówki. Pytania o to, co autor miał na myśli. Poza tym, czy pojęcia piękna i brzydoty nie są względne? Teoretycznie wpisane są w pewne ramy, jednak przecież lubimy poza nie wychodzić. Skąd więc ten cały bunt? A może buta? Pozwolę sobie zacytować fragment tekstu opublikowanego przez Newsweek.pl: (…) Ci, którzy spodziewali się promocji Polski, podobnej tej z występów rapera Donatana na Eurowizji – będą zawiedzeni. Zawiedzeni będą też wszyscy ci, którzy spodziewali się po prostu ładnego, poddanego retuszowi zdjęcia (może to jej urok, może to Photoshop). Przeciętny odbiorca zdjęcia z okładki pomyślał, że zrobiłby lepsze. Śmiało!

Do pierwszego wydania Vogue Polska, obok skąpanych w błocie szpilek od Jimmy’ego Choo czy Anji w butach Balenciagi i sukienkach od DSQUARED2 (i innych domów mody), włączono też minimalistyczną reklamę polskiej marki MISBHV, z fenomenalnym zdjęciem Zuzanny Bartoszek. Przeczytamy też Igrzyska życia, z Karoliną Riemen-Żerebecką w roli głównej, której wypadek, choć mógł być końcem – okazał się nowym początkiem, zapoznamy się również z młodym, mocnym kobiecym kinem w wydaniu Jagody Szelc, a Natalia Przybysz Bez tabu nakreśli, jak angażuje się w bieżące wydarzenia społeczno-polityczne. A to zaledwie ułamek zawartości pierwszego numeru. Jest to więc znacznie więcej niż biblia mody.

O gustach się nie dyskutuje – mawiają. Chyba można się zgodzić, że frazes ten mija się dziś z prawdą całkowicie. Nie dość, że o gustach się dyskutuje, to jeszcze dyskusje te sprawiają największą frajdę.