10_ilustracja4+mj
RECENZJE | 07.01.2013

Twój czuły potwór („Listy” Ginsberga i Kerouaca)

Doprawdy, nastały złote czasy dla wszystkich, którzy posiadają prawa majątkowe do dzieł i wizerunków związanych z Beat Generation: ostatnie lata przyniosły wzmożone zainteresowanie ruchem, filmy w gwiazdorskiej obsadzie, wznowienia i tłumaczenia wcześniej niepublikowanych dzieł (m.in. Big Sur i Maggie Cassidy Kerouaca wydane przez W.A.B.) etc. Jednak zanim Allen Ginsberg przybierze dla młodzieży twarz Daniela Radcliffe’a lub Jamesa Franco (w czym zasadniczo nie ma nic złego; przyznaję, że sam przez kilka lat identyfikowałem Rafała Wojaczka z Krzysztofem Siwczykiem), mamy okazję przyjrzeć się dwóm najgłośniejszym nazwiskom amerykańskiej literatury przełomu lat 50. i 60. bez filmowych pośredników. Wydawnictwo Czarne, korzystając z koniunktury, wypuszcza na polski rynek przekład korespondencji Allena Ginsberga i Jacka Kerouaca.

Ogromnym atutem zebranej korespondencji jest możliwość traktowania jej w kategoriach linearnie rozwijającej się fabuły. Zresztą, zaczyna się fantastycznie: Kerouac przebywa w więzieniu, gdyż jest podejrzany o udział w morderstwie popełnionym przez Luciena Carra (przyjaciela obu pisarzy, odgrywającego w listach niebagatelną rolę) na swoim adoratorze, Davidzie Kammererze. Młodszy o cztery lata (wówczas osiemnastoletni) Ginsberg w swoim liście do uziemionego przyjaciela skupia się jednak przede wszystkim na Gogolu i sile melancholijnej rosyjskiej duszy. I tak właśnie wygląda cała wymiana listowna: tematy i zainteresowania korespondentów to zazębiają się i uzupełniają, to w zupełności rozmijają. Listy to przykład trudnej przyjaźni osób obdarzonych niepowtarzalną wyobraźnią językową, dwóch niebezpiecznych i nieprzeciętnych umysłów, które nie tylko chcą żyć z literatury, ale i żyć literaturą, a w ostateczności: żyć w literaturze.

Właśnie dlatego tomu wydanego przez Czarne nie należy traktować jako apendyks lub naddatek do „rzeczywistego” funkcjonowania pisarzy. Ani przez moment nie mamy wrażenia, że „życie jest gdzie indziej”, przeciwnie: listy stanowią istotną przestrzeń porozumienia między dwiema osobowościami, pozwalają na poruszanie tematów najintymniejszych, a w przypadku (często wielomiesięcznej) rozłąki przyjaciół stwarzają namiastkę bliskości poprzez pieczołowite relacje, anegdoty, zanotowane fragmenty dialogów etc. Są bardzo czułą (często zaskakująco czułą, mimo że preferencje seksualne Ginsberga oraz Kerouaca są dziś powszechnie znane, a ich relację należałoby traktować raczej w kategoriach bromance) rozmową, której nie jest w stanie zagłuszyć zgiełk jazzujących knajp w San Francisco lub Nowym Jorku ani narkotyczne odurzenie (co nie zmienia faktu, że część tej korespondencji została popełniona pod wpływem najróżniejszych substancji, do czego obie strony chętnie się przyznają).

Wracając do wspomnianego wyżej narracyjnego potencjału Listów: nie są one wcale niespójnym wyimkiem z życiorysów obu artystów, a płynną, pełną dramaturgii historią. To przede wszystkim opowieść o dwojgu zafascynowanych literaturą dużych dzieci, które nie znajdują sobie dość odpowiedniego miejsca w rzeczywistości powojennych Stanów Zjednoczonych i próbują usilnie odnaleźć drogę wyjścia z impasu. Wiadomości obu mężczyzn obfitują w informacje na temat literackich fascynacji, obaj chętnie korygują gust swojego odbiorcy: Ginsberg wyrzuca Kerouacowi fascynację Thomasem Wolfe’em, Kerouac z kolei dość jednoznacznie wypowiada się o zainteresowaniu przyjaciela Poundem, stwierdzając, że to Poeta-Tępak, dziedzictwo antycznej Grecji puentuje natomiast słowami Ci Grecy to banda tępych chujolizów. Pomijając aspekt humorystyczny fragmentów jak powyższe, listy te to w dużej mierze zapis literackiego dojrzewania i wzajemnego recenzenckiego wsparcia. Maszynopisy na linii Ginsberg – Kerouac kursują regularnie niczym pociągi towarowe z Zachodu na Wschód USA (popularny środek transportu dla starszego z bohaterów, który raczej nie przepłacał za podróż), a panowie niemal zawsze są pierwszymi krytykami swoich najnowszych dzieł (dodajmy, zazwyczaj przekonanymi o genialności tego drugiego).

Podczas lektury Listów na naszych oczach rozpoczyna się wydawnicza aktywność Ginsberga i Kerouaca, a zarazem rośnie w siłę znaczenie ich środowiska na literackiej scenie Stanów Zjednoczonych. Zdumiewające jest, w jakich bólach rodzi się sukces obu pisarzy – korespondencja z pierwszej dekady znajomości to przede wszystkim informacje o zbyt wcześnie rozbudzonych nadziejach na publikację ich utworów. Przyjaciele w początkowym okresie działalności byli dla siebie kimś w rodzaju agentów literackich, zdania jak pokazałem Twój maszynopis X, prawdopodobnie opublikuje pojawiają się w książce dziesiątki razy – jak łatwo się domyślić, zazwyczaj nic z tego nie wynika. Mimo to płodność, wtedy jeszcze anonimowych (publikację debiutanckiego The Town And The City Kerouaca w 1950 roku należy traktować jako łut szczęścia, gdyż na następną szansę przyszło mu czekać kilka lat), pisarzy musi robić wrażenie – w momencie sukcesu W drodze starszy z korespondujących dysponował kilkoma gotowymi powieściami napisanymi w latach wcześniejszych. Podobnie było z Ginsbergiem, jednak z tą różnicą, że jego wczesne wiersze, które załącza w listach do przyjaciela, są często… fatalne.

Sporo w tych listach minoderii i poklepywania po plecach, trudno oprzeć się wrażeniu, że w pierwszych latach wymiany wiadomości nadawcą i adresatem są po prostu dwaj nieznani grafomani z przerostem ego. Kto inny mógłby napisać słowa w rodzaju: Zabrali mi (tzn. policja) też listy od Ciebie. Mam nadzieję, że zwrócą – 5 lat pisarskiej korespondencji – toż to bezcenny skarb dla potomnych. Znając jednak, choćby pobieżnie, historię współczesnej literatury, trudno nie przyznać Ginsbergowi racji, a fakt, że piszę w tym momencie o tej, a nie innej pozycji, dowodzi raczej profetycznych skłonności, a nie megalomanii amerykańskiego poety. Nie sposób zignorować jednak tego, że przyjaciele nie ograniczali się bynajmniej do wymiany kurtuazyjnych uprzejmości i słów wsparcia. Relacja Ginsberga z Kerouakiem to amplituda emocji, żaden jednak nie mówi nigdy o końcu przyjaźni, jak gdyby ich znajomość była rodzajem osobliwej symbiozy: dla Ginsberga Kerouac był literackim geniuszem, ale też pełnym charyzmy mężczyzną, który mu najzwyczajniej w świecie imponował, patrzył na autora W drodze w sposób, w jaki dzieci postrzegają swoje starsze rodzeństwo. Kerouac również nie skąpił dowodów oddania i miłości, zdając sobie jednak sprawę z drobnych grzeszków popełnianych przez poetę na ich przyjaźni. Być może dlatego prozaik pisze o nieskończonej ilości pomysłów na powieści, w których główni bohaterowie to jego przyjaciele, jednak nigdy nie stawia w centrum Ginsberga? A może po prostu uważał, że poeta nie potrzebuje tego rodzaju literackiej apoteozy, bo i tak ma u niego szczególne względy?

Nie ukrywajmy, że jednym z powodów, dla których sięga się po literaturę w rodzaju tej, są po prostu plotki. Ginsberg i Kerouac, niczym dwaj naćpani Wergiliusze, przeprowadzają nas przez piekiełko życia literackiego w Stanach Zjednoczonych lat 50. Z korespondencji twórców dowiadujemy się między innymi, że wybitny poeta William Carlos Williams miał w wieku starczym problemy ze wzrokiem, więc obaj panowie boją się, że żona artysty, która czyta mu maszynopisy, złośliwie ominie niektóre fragmenty ich tekstów. Pojawia się też wzmianka o imprezie u rzeczonego poety, na której Ezra Pound zawitał zarówno z małżonką, jak i kochanką. Mowa jest również o doskonałej scenie, w której nasi bohaterowie wraz ze znajomymi znaleźli się w jednym pomieszczeniu z biskupem, a która to zainspirowała Kerouaca do napisania dramatu i stworzenia filmu krótkometrażowego Pull My Daisy.

Wreszcie: poznajemy stosunek pisarzy do etykiety Beat Generation. Interesująca jest zamiana ról, jaka się w związku z tym dokonuje. Kerouac, pierwszy rzecznik Pokolenia (i twórca nazwy), sprawia początkowo wrażenie osobowości bardziej odpornej na zewnętrzne wpływy niż jego młodszy kolega. Jak się jednak okazuje, Ginsberg (pomimo reprymendy, jakiej udziela w pewnym momencie przyjacielowi, sugerując mu, żeby nie używał tej etykietki w odpowiedzi na każde pytanie) wydaje się znacznie lepiej znosić sukces, jaki przyszedł wraz z wydanym w 1956 roku Skowytem. Prozaik pogrąża się w depresji i alkoholizmie potęgowanym przez nagły sukces wydanego w 1957 W drodze, utyskując przy tym na błędne odczytanie idei Pokolenia Beatu, które obaj definiowali jako nonkonformizm, duchowe samopoznanie i swobodę – zarówno artystyczną, jak i seksualną. Ginsberg natomiast promuje Beat Generation poprzez częste uczestniczenie w wieczorach autorskich, odczytach etc.

Wyrazy uznania należą się Krzysztofowi Majerowi, który podjął się tłumaczenia listów. Polskim przekładom prozy Kerouaca znanym z lat wcześniejszych (w wypadku poezji Ginsberga sprawa wygląda o wiele lepiej) zarzucić można przede wszystkim to, że nie zawsze oddają żywioł języka potocznego, odgrywający w twórczości bitników niebagatelną rolę. W Listach „postaci” nie mówią na szczęście jak bohaterowie książek Adama Bahdaja, świetnie sprawdzają się też leksykalne uwspółcześnienia, do jakich posuwa się Majer (np. „obczajać”), a całość składa się na spójny i przekonujący obraz młodych środowisk artystycznych Ameryki lat powojennych. Tom został również doskonale przygotowany pod względem redakcyjnym – wszelkie wątpliwości związane z osobami, o których mowa, są rozwiewane przez klarowne i wyczerpujące uwagi, natomiast przerwy w korespondencji zostały opatrzone streszczeniami sytuacji, jaka wpłynęła na zaniechanie kontaktu, wskutek czego ciągłość historii, o jakiej wspominałem wcześniej, nie zostaje przerwana ani na moment.

Listy to zbiór bogaty nie tylko w wartość informacyjną, ale również niezmiernie pociągający literacko. Dla obu przyjaciół korespondencja nie służy tylko do wymiany wiadomości, ale jest miejscem szlifowania pisarskiego rzemiosła, czemu bardzo pomaga życiorys tak barwny, jak ten Kerouaca i Ginsberga. Aż roi się tutaj od rozmaitych form wypowiedzi: poza narzucającymi się w oczywisty sposób skojarzeniami z powieścią epistolarną, mamy tu również literaturę awanturniczą (Kerouac ukrywający się przed żoną, która chce go zmusić do płacenia alimentów), reportaże podróżnicze (na przykład te z wojaży Ginsberga po meksykańskich dżunglach), pamflet (Kerouac obrażony na Ginsberga i znajomych: każdego z was sprałbym po pysku, ale za dużo okularów by trzeba zdejmować), listy formalne (gdy przyjaciele są w sporze dotyczącym promocji książki ich przyjaciela), filozoficzne traktaty (raczej dla odpornych i cierpliwych czytelników) i wiele, wiele innych. Jednak aby w pełni czerpać z bogactwa Listów, trzeba obu panów darzyć choćby śladową sympatią – inaczej spędzenie z tymi dwoma szaleńcami czasu na lekturze 730 stron może okazać się nieco mniej satysfakcjonujące.

___

A. Ginsberg, J. Kerouac

Listy

przekład: Krzysztof Majer

Wydawnictwo Czarne, 2012

Liczba stron: 736

 

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.