Cristobal
ARTYKUŁY | 02.12.2013

TRZY WYMIARY BALENCIAGI (M. Blume „Cristóbal Balenciaga. Mistrz nas wszystkich”)

Zarozumiały? Bezczelny? Arogancki? Jak dziś nazwalibyśmy projektanta, który nie wychodzi na wybieg po zakończonym pokazie, nie spotyka się osobiście ze swoimi najbardziej wpływowymi klientkami, a dziennikarzy traktuje z pobłażliwością i przymrużeniem oka? Wariat. W czasach, w których media są czwartą władzą, kreatorzy mogą albo być sobą, albo być sławni.

Niektórzy twierdzą, że Balenciaga nie istniał, a za jego kolekcjami, tak jak w przypadku twórczości Szekspira, stało kilku różnych twórców. To przekonanie odsyła do skomplikowanej zagadki, jaką było życie najzdolniejszego projektanta mody XX wieku. Enigmatyczna postać Hiszpana stała się przedmiotem zainteresowania amerykańskiej dziennikarki Mary Blume, która z dociekliwością Sherlocka Holmesa próbuje zbliżyć czytelnika do tej niezwykle złożonej osoby. Z uwagi na niedostateczną ilość materiałów traktujących o życiu Balenciagi, Blume postanawia poświęcić swoją książkę opowieści… vendeuse Christóbala – Florette Chelot – która była pierwszą pracownicą mistrza i filarem paryskiego domu mody Balenciagi.

PortretObraz Balenciagi wyłania się z dość chaotycznego zestawienia wspomnień Chelot, artykułów prasowych poświęconych projektantowi i wywiadów przeprowadzonych przez Blume m.in. z Diorem i Givenchym. Jest to portret niepełny, nieco ułomny, z wyraźnie zaznaczoną postacią samej autorki biografii, która po raz pierwszy odwiedziła paryskie atelier Christóbala na początku lat 60. Tak skomponowana opowieść wpisuje projektanta w możliwie jak najszerszy kontekst socjologiczny, psychologiczny czy obyczajowy. Ze szczupłej, opatrzonej archiwalnymi zdjęciami publikacji wyłania się stopniowo obraz projektanta – postaci magnetycznej i kusząco niezwykłej.

 

WYMIAR PIERWSZY

BASKIJSKOŚĆ

Nie sposób zrozumieć stylu bycia Balenciagi bez wiedzy o jego hiszpańskich korzeniach. Urodzony w Getarii był człowiekiem o minimalnym wykształceniu i nieporównywalnie wielkiej dumie. Skromne dzieciństwo Balenciagi, w przeciwieństwie do romantycznej młodości Diora, wypełnione było ciężką pracą. Towarzystwo matki, Martiny Eizaguirre, która uczyła miejscowe dziewczęta krawiectwa i szyła stroje dla arystokratów, wpłynęło na wyobraźnię małego chłopca i przyczyniło się do rozwoju jego kariery. Angielskie krawiectwo, domy handlowe i zakupy z katalogu poznał on za sprawą najważniejszej klientki jego matki, markizy de Casa Torres. Wstawiennictwo markizy pozwoliło Balenciadze na pobieranie nauk, wyjazdy do Paryża, aż wreszcie otwarcie w 1918 w San Sebastián pierwszego salonu sygnowanego „C. Balenciaga”.

Kiedy w latach 50. Dior podbijał Amerykę i podpisywał kolejne umowy licencyjne, Balenciaga w zaciszu pracowni doskonalił swój warsztat. Pragnął zamknąć perfekcję w tkaninie. Był tytanem pracy potrafiącym do późnych godzin nocnych upinać tkaninę, przygotowywać wykroje i pruć rękawy kolejnych sukienek. „La manga!” – to słowo, które najczęściej słychać było z ust owładniętego obsesją na punkcie rękawów rzemieślnika. Skupiał się na tym, co potrafił najlepiej – pracy. W przeciwieństwie do Diora czy Chanel nie pragnął rozgłosu i daleki był od opowiadania na łamach prasy o swoich osiągnięciach. W swoim życiu udzielił tylko jednego wywiadu – wychodził z założenia, że dopracowane w każdym szczególe projekty miały mówić same za siebie. Gdy stawką była perfekcja kolekcji, wszelkie czynniki rozpraszające uwagę projektanta musiały być eliminowane.

W jedynej publicznej rozmowie z reporterką „The Times” Balenciaga uznał za absolutnie niemożliwe wyjaśnianie innym sensu swojego rzemiosła. Projektant nie chciał dzielić się z prasą swoimi unikatowymi inspiracjami i modowymi pomysłami.

 

WYMIAR DRUGI

SACRUM

Cokolwiek sprawia, że kobiety jedzą ci z ręki, Balenciaga z pewnością to ma – do tego stopnia, że mogą się od niego uczyć politycy i filmowi amanci. Rzecz nie w tym, że jego ubrania łatwo się nosi. Wręcz przeciwnie, są bardzo wymagające – trzeba mieć elegancję i intelekt. Nie skrzą się też nowością; projektant co sezon wprowadza zaledwie drobne zmiany, żeby było jasne, że kobieta, która ma na sobie tegoroczną suknię, jest na bieżąco z najdoskonalszym – i być może najbardziej proroczym – myśleniem o modzie – pisano w amerykańskim „Vogue” w 1962 roku.

Tajemnica Balenciagi wiązała się bezpośrednio z nietypową atmosferą panującą w jego atelier i podczas kameralnych pokazów. Nieuchwytność samego projektanta w połączeniu z doskonałością tworzonych przez niego ubrań sprawiały, że wielokrotnie upatrywano w Basku ziemskie wcielenie boskości. Świadkowie geniuszu Balenciagi mieli poczucie obcowania z absolutem. Tylko tak można tłumaczyć fakt, że zgromadzeni przy Avenue George V 10 wytrzymywali bez zająknięcia dwie godziny starannie przygotowanej prezentacji, podczas gdy w tym samym czasie u Diora palono papierosy, rozmawiano i tracono cierpliwość już przy pierwszych sylwetkach.

Podczas pokazów Balenciaga był restrykcyjny i niemalże niegościnny. Nikomu nie wolno było robić szkiców czy zdjęć, a niesubordynacja karana była zakazem wstępu do królestwa Christóbala na długo. Nie można było pozwolić sobie nawet na żart kierowany w stronę projektanta. Kiedy Eugenia Sheppard z „Herald Tribune” ośmieliła się nazwać projektanta „Big Daddy of the Haute Couture”, natychmiast wykluczono ją z widowni.

Nabożna atmosfera pokazów była czymś oczywistym, a atelier projektanta przyrównywano do kościoła. Również ubrania miały w sobie pierwiastek boskości i wywierały nieokreślony, mistyczny wpływ na kobietę, która stawała się ich właścicielką. Dziennikarka mody Diana Vreeland w harmonii jego ubrań odnalazła nawiązania biblijne: kobiety od razu czują się idealnie zespolone z dziełem stworzenia, Paulowa Mellon mówiła, że jego suknie dodają jej odwagi, a Susain Train z „Vogue’a” opowiadała, że na pokazach Balenciagi panowała cisza jak w katedrze […]. Francuskie markizy, modystki i modelki zapamiętały paryskie atelier jako miejsce, w którym uderzała klasztorna atmosfera.

Skupienie i napięcie towarzyszące Balenciadze na co dzień miały odzwierciedlenie w autentycznych do granic projektach. Ubrania zachwycały prostotą, skrojone tak, że bez trudu układały się nawet na najbardziej wymagającej sylwetce. Technika Baska była ponadprzeciętna. Pozornie proste szwy sukienek często od środka były zakrzywione po to, by ukrywać mankamenty figury, brak wcięcia w talii czy nadwagę. Florette wspominała, że Balenciaga lubił, gdy klientka miała lekki brzuszek – wszelkie niedoskonałości ciała były dla niego wyzwaniem. Célia Bertin opisała jego stroje jako surowe i trudne: Styl hiszpańskiego projektanta to zamknięty wszechświat bez widocznych związków z codziennym życiem, bez specjalnego zainteresowania paryskimi kształtami i twarzami.

Tom Kublin dzięki uprzejmości Balenciaga Archives Paris

Pamiętające Balenciagę osoby często porównują go do mnicha, małomównego ascety broniącego dostępu do prywatności. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że niedostępność projektanta wzmagała w obcujących z nim osobach pragnienie złamania tajemnicy wielkiego geniuszu, a wszelkie nieudane próby kończyły się przyznaniem statusu świętego.

 

WYMIAR TRZECI

HOMOSEKSUALIZM

Balenciaga był głęboko wierzącym katolikiem. Jakie zdziwienie ogarnia czytelnika, gdy dowiaduje się, że wieloletnim kompanem jego życia nie była kobieta, a polsko-francuski arystokrata znany z nienagannego stylu – Władzio Jaworowski d’Attainville. Nikt jednak nie zastanawiał się, ani wtedy, ani w późniejszych czasach, nad sprzecznością pomiędzy gorliwym katolicyzmem a orientacją seksualną projektanta. Ówczesny Paryż był przyjazny homoseksualistom. Otaczający w późniejszych latach Balenciagę projektanci, Givenchy i Yves Saint Laurent, również podzielali jego zainteresowanie mężczyznami. Wydaje się, że orientacja seksualna mogła krępować wychowanego w chrześcijańskiej wierze Baska i przyczyniać się do jeszcze bardziej zawziętej walki z wszystkimi, którzy bezskutecznie próbowali skrócić dystans budowany przez projektanta.

Jego dom, pracownia, a także dostępne dla wąskiego grona atelier były wieżami z kości słoniowej, w których zamykał się Balenciaga w strachu przed łapczywością świata zewnętrznego. Prosty, niepragnący rozgłosu rzemieślnik od drogich obrazów i wysmakowanej, ale niezrozumiałej sztuki Picassa wolał zabytkowe hiszpańskie srebra i stare klucze z brązu – przedmioty, które podobnie jak rzeźby Chillidy i w gruncie rzeczy również jego własne dzieła posiadały fakturę i trzy wymiary.

Mój własny Balenciaga, ten, którego znam z biografii, wywiadów, wspomnień innych projektantów, wreszcie ten mówiący przez projektowane przez siebie stroje, również ma trzy wymiary. Baskijskość, sacrum i homoseksualizm – jest to mieszanka według mnie najpełniej określająca charakter Balenciagi i wystarczająca, by zrozumieć fenomen osoby, która nie tworzyła haute couture, ale niemalże nią była.

 

Wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej książki.

Mary Blume

Cristóbal Balenciaga. Mistrz nas wszystkich

Przekład: Marta Kitowska

Wydawnictwo Bukowy Las, 2013

Liczba stron: 200