surowi_rodzice
RECENZJE | 14.05.2012

Trochę etyki panowie (i panie)!

O tym, że źle się dzieje w polskiej telewizji publicznej, wiadomo od dawna. O tym, że źle się dzieje w telewizji niepublicznej, wiadomo od momentu jej powstania, ale tak beznadziejnej sytuacji nie pamiętają chyba najstarsi górale. Telewizje komercyjne – jak sama nazwa wskazuje – stworzone są, by poprzez dostarczanie rozrywki zdobywać pieniądze. Skoro prawdę tę znają wszyscy, nie ma sensu ubierać moralizatorskiej maski i uświadamiać ludzi, że są oszukiwani i manipulowani. Oni to wiedzą i umieją nabrać dystansu do przekazywanych komunikatów. A jednak jest coś, co budzi mój ogromny niepokój i co każe na chwilę wcielić się nie tyle w moralizatora, co człowieka wyczulonego na etyczne nadużycia w mediach.

TVN od dłuższego czasu nie cieszy się moim uznaniem. Pamiętam go jeszcze z czasów, gdy zdobywał szturmem przestrzeń telewizyjną. Na tle kilku (dosłownie kilku, czyli 4–5) nieróżniących się od siebie kanałów wydawał się tęczą na szarym niebie małego ekranu. Ciekawa ramówka, rozrywka na przyzwoitym poziomie oraz „światowość” sprawiały, że stacja ta zyskała moje (małe jeszcze wtedy) serduszko. Z czasem wszystko szło ku gorszemu, a jedynymi godnymi uwagi programami pozostały serwisy informacyjne. Aż nadszedł rok 20** i TVN postanowił pokazać, że Polacy gęsi i swojego języka nie mają, hurtowo wykupując licencje programów rozrywkowych z zagranicznych stacji. Kopiowano wszystko, a jedynym polskim akcentem stał się język i ludowy koloryt w tle (producenci – niczym malarze abstrakcyjni – w najmniej spodziewanych momentach wciskają chłopa ze wsi, babę ze sklepu, zespół regionalny czy przydrożną kapliczkę). I tu również można zauważyć tendencję spadkową. W końcu nie dało się już spuścić zasłony miłosierdzia na coraz głupszy repertuar i trzeba było po prostu przestać oglądać tę stację.

W atmosferze rozkładu i malejącego z mojej strony zainteresowania rozrywką wciskaną przez koncern ITI pojawiła się perełka: Surowi rodzice. Rzadko zdarza się, by produkcja tak miernej jakości wzbudziła we mnie aż tyle emocji. Po obejrzeniu wszystkich dotychczas wyemitowanych odcinków powiedziałem: dość, non possum.

Zacznijmy jednak od początku. Licencja na ów program wykupiona została od BBC, a jego formuły nie da się zapomnieć, gdyż przypomina nam o niej przed każdym odcinkiem spiker mówiący nadzwyczaj monotonnie i bez emocji. A emocji jest tu przecież co niemiara! Oto cudowni ludzie z TVN-u postanowili pomóc w wychowywaniu dzieci i umożliwiają wysłanie na tydzień dwójki najniegrzeczniejszych z nich do tytułowych surowych rodziców. Surowych, a więc takich, którzy mają zasady i przeważnie wychowali już swoje potomstwo „na ludzi”. Widz podczas niespełna godzinnego seansu staje się obserwatorem cudownej przemiany (odwrotnej niż u Kafki, tutaj to „insekt” staje się człowiekiem), jaka w ciągu siedmiu dni zachodzi w nieznośnych dotychczas bachorach.

Tyle o formie, a teraz przyjrzyjmy się dokładniej treści, ukrytym komunikatom oraz założeniom, jakie stoją za tym widowiskiem i które zmusiły mnie do napisania tego eseju (przepraszam Cię czytelniku za wykorzystywanie łam Popmoderny do własnych celów). Przede wszystkim widz za każdym razem otrzymuje niezwykle trywialny, a jednocześnie szkodliwy pakiet informacji na temat metod wychowawczych oraz o źródle problemów współczesnej polskiej (i nie tylko) młodzieży. W pierwszym wypadku najlepszym rozwiązaniem jest, wedle surowych rodziców, ciężka fizyczna praca, bezapelacyjne posłuszeństwo, zakaz palenia papierosów, picia alkoholu, stosowania kosmetyków przez dziewczyny (i, gdy sytuacja tego wymaga, również chłopców) oraz korzystania z internetu i telefonu. Nie mogę w tym miejscu odmówić sobie streszczenia niezwykle zabawnej, acz wiele mówiącej sytuacji. Oto w jednym z odcinków, w regulaminie, który muszą podpisać uczestniczące w eksperymencie dzieci, znalazł się zapis o porannej i wieczornej modlitwie. Gdy „niegrzeczni” wychowankowie stwierdzili, że się nie modlą i nie wierzą w Boga, surowa mama z iście dyplomatyczną werwą stwierdziła: ale przeżegnać się i odmówić Aniele Boży to chyba możecie (sic!).

Z materiału telewizyjnego serwowanego przez TVN można wnioskować, że źródłem problemu z niezdyscyplinowaną młodzieżą jest brak kontaktu z biologicznym ojcem (95% uczestników pochodziła z rodzin, gdzie matka wychowała dzieci samotnie bądź z partnerem niebędącym biologicznym ojcem danego dziecka). Dodajmy do tego, że cudowna zmiana zachodzi w ciągu 7 dni (widzowie obserwują ją przez niespełna 45 minut, nie licząc reklam), że surowa rodzina w większości powiela model patriarchalnych stosunków i ról genderowych, że wszystko zostaje zręcznie zmontowane przez speców od widowisk, że nie wiadomo, gdzie przebiega cienka linia rozdzielająca reżyserię od „prawdziwych” wydarzeń, że wszystko przecież dzieje się przed kamerami, co zniekształca obraz i naturalne zachowanie bohaterów, że obie strony wiąże kontrakt zawarty z ITI, którego strzeże armia posłusznych i gotowych na wszystko prawników.

Z tego wszystkiego wynika, że na nic zdają się osiągnięcia współczesnej psychologii i pedagogiki. Najwyraźniej większość naukowców i praktyków traci swój cenny czas, propagując odpowiednie sposoby radzenia sobie z negatywnymi zachowaniami współczesnej młodzieży, skoro arkana wychowania najlepiej znają specjaliści z komercyjnej telewizji (ergo: po co dotować wydziały psychologii i pedagogiki? Dotujmy TVN).

Widz, ze względu na którego program ów jest realizowany, odnosi potrójną korzyść z oglądania Surowych rodziców. Po pierwsze, otrzymuje łatwe i proste wskazówki, jak upupić nieposłuszne dziecko za pomocą starych i sprawdzonych metod. Po drugie, pochlebia sobie, jeżeli już owe metody stosuje i utwierdza się w poczuciu, że nikt lepszych nie wynalazł. Po trzecie wreszcie: otrzymuje rozrywkę zadowalającą najprymitywniejsze pokłady nieświadomości kulturowej (któż bowiem nie kibicuje mężczyźnie, który w sposób bezwzględny egzekwuje posłuszeństwo wychowanka; na szczęście jeszcze ani razu nie użyto siły, choć zapewne niejeden widz pomyślał sobie: przyłóż temu głupiemu bachorowi).

Wszystko to zespala się w apokaliptyczną wizję. Dla przeciętnego widza apokalipsą jest medialny obraz rozwydrzonej młodzieży, którą przywrócić do pionu można wyłącznie za pomocą siły, ratując tym samym świat (dodam tylko, że widz po każdym odcinku zostaje z przekonaniem, że metody stosowane przez surowych rodziców są naprawdę skuteczne. Nieistotne jest, że nikt nie wie, co dzieje się w relacjach dzieci z ich prawowitymi opiekunami po zakończeniu programu). Dla wnikliwego odbiorcy apokalipsą okazuje się model świata przedstawiany przez TVN. Wyrządza on nieodwracalne szkody zarówno w psychice bohaterów, jak i widzów spektaklu, którego obejrzenia nie odmówiłby sobie zapewne żądny krwi rzymski lud pierwszych wieków naszej ery.

Surowi rodzice są szkodliwi także dla refleksji o współczesnej kulturze. Program utwierdza stereotypy na temat rzeczywistości, ludzi oraz relacji interpersonalnych. Na nic zdaje się walka z uprzedzeniami płciowymi, z nierównym traktowaniem kobiet, w końcu z homofobią, skoro można dwóch spedalonych (ekhm: zniewieściałych) chłopców znów uczynić mężczyznami poprzez wysłanie ich na poligon i wciśnięcie w rękę plastikowego pistoletu. Zupełnie na bok usuwa się rozważania na temat przyczyn, jakie stoją za buntowniczym zachowaniem młodych ludzi. W ten sposób przestaje się zwracać uwagę na to, że „dzieci mają problemy” – najważniejsze okazuje się likwidowanie problemów „z dziećmi” (myśl tę zawdzięczam mojej znajomej, Magdzie Kunz). Spłyceniu ulega przedstawianie relacji międzyludzkich, gdyż nie próbuje się rozwiązać prawdziwych problemów mających swe źródło przeważnie w skomplikowanych relacjach ze światem i innymi ludźmi, ale stosuje się doraźne metody leczące objawy. Nie bierze się pod uwagę kilkunastu lat kształtowania się psychiki młodego człowieka, a stara się ją zmienić w ciągu niecałego tygodnia. Podsumowując – program nie jest wart uwagi, zarówno ze względu na etyczną wątpliwość projektu, jak i jego formalną realizację. Więcej, poświęcanie mu jej można usprawiedliwić tylko w sytuacji, gdy towarzyszy temu krytyczne nastawienie. W innym przypadku może on okazać się bombą z opóźnionym zapłonem.