CHET FAKER
ARTYKUŁY, RECENZJE | 24.11.2014

Trochę DJ, trochę jazzman (Chet Faker @Studio)

Wrzesień 2014, chwila prawdy dla spóźnionych fanów i test wytrzymałości dla ich klawiszy F5, a potem już tylko płacz, rwanie włosów i zgrzytanie zębów. Dodatkowa pula biletów na krakowski koncert Cheta Fakera w ramach Before Tauron Festiwal Nowa Muzyka 2015 rozeszła się na dwa miesiące przed planowanym wydarzeniem. Sprawa dość nietypowa, jeśli wziąć pod uwagę, że trzy lata temu artysta właściwie nie istniał dla szerszej publiczności, zajęty rozkręcaniem klubowych imprez po drugiej stronie globu. Jednocześnie nikt, kto zetknął się z twórczością Australijczyka, nie powinien być specjalnie zdziwiony. Wystarczy spojrzeć – facet z taką brodą to facet skazany na sukces.

Faker miał zagrać w Polsce nieco wcześniej – podczas Tauronu 2014 w Katowicach – ale w ostatniej chwili odwołał występ z powodów zdrowotnych. Nadzieje publiczności, zmuszonej czekać na dodatkowe, bardziej kameralne eventy w Warszawie i Krakowie, rosły wprost proporcjonalnie do wysiłku włożonego w zdobycie biletów (swoją drogą: zanim wystartował wyścig, wejściówki sprzedawały się w dość przeciętnym tempie). Zawzięta walka o bilety zabrnęła w najdalsze zakątki konikowego podziemia (pozdrawiam biznesmenów żerujących na spóźnialskich i sprzedających je z pięciokrotnym zyskiem – tak bardzo ludzko), a jej definitywny koniec wyznaczyły dopiero pierwsze dźwięki koncertu. I chociaż dało się odczuć, że zdrowie odmawia ostatnio muzykowi posłuszeństwa – zwłaszcza dzień wcześniej, w Warszawie, kiedy na parę minut nagle opuścił scenę – forma fizyczna nie zdołała zaszkodzić formie scenicznej. Faker postawił na dynamiczny spektakl i zaserwował fanom umiejętny, wyważony miks skrajnie różnych stylistyk. Na poziomie poszczególnych utworów oznacza to mniej więcej tyle, co łączenie chwytliwych, elektronicznych bitów z miękkim, soulowym wokalem. Na poziomie całości – zgrabne przemieszanie kawałków tanecznych z intymnymi, subtelnymi balladami, czyli starą, sprawdzoną grę na emocjach.

Zanim ciąg dalszy nastąpi, parę zdań o schowanym za bezbłędną, nieco introwertyczną stylówą muzyku. Poza przydługim zarostem i obowiązkowym nakryciem głowy Faker (a właściwie: Nicholas James Murphy, lat 26) przywdziewa na co dzień także swój dźwięczny pseudonim, będący – wait for it! – hołdem w stronę Cheta Bakera, nieśmiertelnej ikony amerykańskiego jazzu. To właśnie nastoletnia fascynacja możliwościami muzyki – jazzu, soulu, ale i elektroniki, której temat obadał zwłaszcza jako klubowy DJ – zaowocowała późniejszą skłonnością do eksperymentów i zacierania gatunkowych granic. Niby wszystko fajnie, ale jak młodemu Australijczykowi udało się zaistnieć w wielkim świecie? Podobno winnym był syndrom zapętlenia jednego utworu, czyli uczucie osaczenia przez natrętną melodię. Po powrocie o trzeciej rano z jednej z klubowych nocek, Nick postanowił popastwić się trochę nad No Diggity grupy Blackstreet (moment dość istotny, wspominany przez niego także w Krakowie). Rozbujany, rytmiczny kawałek R&B wzbogacił o typowe dla siebie subtelność i feeling, a że internet widział, że to było dobre, rok później – w 2012 – Australijczyk miał już w kieszeni kontrakt z amerykańską wytwórnią Downtown Records i intrygującą EP-kę na koncie. Po sukcesie Thinking in Textures kontynuował obecny w tytule namysł nad fakturą swoich kompozycji, czego efekty możemy usłyszeć na Built on Glass, jego długogrającym debiucie. Metafora szkła – kruchego i transparentnego – jest jednocześnie metaforą całej jego twórczości, plasującej się gdzieś na rozstaju dróg Finka, Jamesa Blake’a i Jamiego Woona. Są to skojarzenia tyleż częste, co niewyczerpujące: ostatecznie poszukiwania Fakera zmierzają w wytyczanym przez niego samego kierunku. Rozpoznawalny styl nie wyklucza intensywnej współpracy z innymi muzykami, która zaowocowała m.in. EP Lockjaw wydanym z Flume, kolejnym zdolnym synem australijskiej ziemi (tym razem rocznik ’91, co skądinąd wpędza mnie w Weltschmerz i tylko pogłębia twórczą stagnację).

Zatem: Kraków, klub Studio, godzina 20.00. Koncertowy wieczór zainicjował Sid Pong – były Piękny Chłopiec, który dość mocno rozminął się z moją wizją supportu marzeń – a później było już tylko lepiej. Na pierwszy ogień poszło Home, magnetyczne Blush i 1998 z uwypuklonym, tanecznym bitem. Po trzech kawałkach krakowskie Studio było już odpowiednio rozbujane, a ośmieleni fani gotowi na śmierć w morderczym ścisku, za to z refrenem na ustach. Wrzaskom i piskom (także tym irytującym, zrodzonym w pijackich porywach) nie było końca, a sam Faker wydawał się tym aplauzem autentycznie onieśmielony, rzucając od czasu do czasu skromnym dowcipem (tak, tak się nazywam), anegdotką albo pojedynczym polskim słowem. Po zbiorowo odśpiewanym I’m Into You przyszła pora na przejmujące Terms and Conditions i pozbawione wokalu, pulsujące Intro. Grając lekko schizofreniczny, wolno dojrzewający numer Faker mógł w pełni wykorzystać doświadczenie zdobyte dzięki klubowej przeszłości. Miałam zresztą wrażenie, że akurat ten aspekt zdominował cały koncert: muzyk bez przerwy gibał się nad samplerem, akcentując ruchem rytm i majstrując przy pokrętłach, przy czym trzeba zaznaczyć, że ogromną partię dźwięków produkował na bieżąco. Po podobnym klimatycznie Cigarettes and Chocalate wybrzmiała wreszcie przepustka do sławy, czyli No Diggity, która łagodnie przeszła w równie wyczekiwane Drop the Game. Dosłownie chwilę później liryczne, subtelne To Me zatarło wszelkie ślady po niedawnej, klubowej atmosferze. Kameralne, wzbogacone o klimatyczne loopy wykonanie zmieniło kawałek, na który nie zwróciłam wcześniej większej uwagi, w ilustrację metafory o szklanym, a przez to transparentnym i autentycznym sposobie grania. Co ciekawe, Faker w wywiadach sporo narzeka na trudności, jakie stawiają przed nim występy na żywo (publiczność jednocześnie chce usłyszeć to, co było na płycie, i coś, co sprawi, że nie będzie znudzona). Jedynym wyjściem jest otwarcie się na wszystko, co płynie z wykonywanej na scenie muzyki, i dzielenie się tym ze słuchaczami. Bez oporów, bez granic. Dało się to odczuć już wcześniej, przy Terms and Conditions, ale to właśnie To Me działo się najbardziej „tu i teraz”.

A potem – rozczarowanie. Po niecałych 50 minutach i murowanym wyciskaczu łez brodacz zniknął w kulisach. Wprawdzie nie bezpowrotnie, bo pożegnał się jeszcze rozbujanym Gold i spokojniejszą wersją odśpiewanego wspólnie Talk Is Cheap, ale sprawy potoczyły się stanowczo za szybko. Może nie powinnam oczekiwać cudów za (podkreślmy: wyjściową) cenę sześćdziesięciu polskich złotych, ale dodatkowe pół godziny załatwiłoby sprawę. Zabolał mnie też brak muzyków, zwłaszcza że liczyłam na coś w tym stylu; z drugiej strony – koncert w pojedynkę w pewien sposób odzwierciedlał twórcze metody Fakera (na Built on Glass, gdzie poza elektronicznymi pluskami słychać też klawisze, gitarę i saksofon, muzyk odpowiada za wszystkie dźwięki, poza jednym gitarowym solo). I chociaż przepełnione Studio z kulejącą akustyką pozostawiało wiele do życzenia, Chet jakimś cudem udźwignął ten koncert. Obronił go sceniczną kokieterią i niezawodnym, zmysłowym wokalem. Nie mam pojęcia, jak głos może być jednocześnie czysty i brudny, ale jego właściciel – wrażliwy brodacz-introwertyk, któremu obecność publiczności zdaje się w sumie trochę przeszkadzać – potrafi nim nieźle zaczarować. Do tego stopnia, że zniwelował mój niedosyt, a to już bardzo dużo.

Rozalia Knapik

Rozalia Knapik

(ur. 1991) – wytrwała studentka antropologii kultury na UJ. Naczytała się Barthes’a i teraz wszędzie widzi mity. Wolny czas spędza w internecie, oglądając seriale i badając najciemniejsze zakątki YouTube'a. Naukowo zajmowała się kryminałem i Twin Peaks; obecnie przygląda się lękom przed osobliwością technologiczną. Do poczytania także na Filmwebie.