• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 26.11.2018
Transformacja tożsamości („Bler”)
  • Autor
  • Michał Ochnik
  • ILUSTRACJA
  • fragment ilustracji aut. Rafała Szłapy
Recenzje | 26.11.2018

Transformacja tożsamości („Bler”)

Komiks superbohaterski od wielu lat jest w oczach pewnej szczególnej części polskich twórców i czytelników artystycznym i merytorycznym punktem odniesienia. Te wszystkie Lisy, Białe Orły i wiele innych prób transplantacji konwencji na rodzimy rynek, to coś w rodzaju intelektualnego kultu cargo: jeśli uda nam się stworzyć dobry, swojski komiks superbohaterski, będziemy mieli wreszcie dobre, rozrywkowe, rodzime komiksy. O ile całym sercem jestem za wzbogaceniem polskiego środowiska komiksowego (swoją drogą i tak już bogatego, interesującego i zróżnicowanego – trzeba tylko trochę poszukać), o tyle trudno mi się odnieść do takiego pojmowania sprawy inaczej niż z pewnym sceptycyzmem. Emulacja jest bowiem zaprzeczeniem kreatywności.

Superbohaterowie działają, ponieważ od niemal stu lat są nierozerwalną częścią kulturowego DNA Stanów Zjednoczonych. Historia komiksów Marvela i DC oraz wielu, naprawdę wielu satelickich inicjatyw wydawniczych starających się reprodukować tę konwencję jest nieprzerwanie kształtowana przez zmieniającą się politykę i obyczajowość USA. Od propagandowych kolorowych zeszytów o Kapitanie Ameryka, pokrzepiających amerykańskiego ducha w trudnych czasach II wojny światowej począwszy, poprzez obchodzenie stawianych przez konserwatywny Comic Code ograniczeń tematycznych i treściowych, na współczesnej progresywnej polityce społecznej skończywszy – historia komiksów superbohaterskich to historia Ameryki przepuszczona przez barwny, pulpowy pryzmat. Przeszczepienie tej konwencji na inny kulturowy grunt wymaga wprawy, której niestety brakuje większości osób porywających się na takie wyzwanie.

Istnieje jednak komiks, który – choć zdaje się modelowo wpisywać w ten nurt – wymyka się pewnemu, zdawałoby się nieuniknionemu dysonansowi między zachodnią konwencją i rodzimym imaginarium. Mam tu na myśli Blera Rafała Szłapy. Bler jest interesującym na naszym rynku zwierzem – to regularna seria (w Polsce raczej rzadkość) tworzona, pisana, rysowana, kolorowana, wydawana i promowana przez jedną tylko osobę, w sposób zapewniający całkowitą kontrolę artystyczną nad projektem. Pierwsza odsłona komiksu ukazała się siedem lat temu. Pamiętam dobrze sytuację, w której nabyłem premierowy tom Blera – jego autor osobiście zachęcił mnie do zakupu i nawet dał małą zniżkę. Komiks przeczytałem, spodobał mi się, ale z tego czy innego powodu nie zaopatrzyłem się w kolejne części. Jakiś rok temu Rafał zdecydował się opublikować całość w internecie – legalnie i za darmo. Z tej okazji postanowiłem powtórzyć lekturę i to utwierdziło mnie w przekonaniu, że Szłapa stworzył udaną hybrydę.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Rafał doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co napisałem dwa akapity wyżej i nie tylko zgrabnie unika wszystkich pułapek, jakie czekają na polskiego twórcę chwytającego się superbohaterskiej konwencji, ale wręcz traktuje je jak wyzwanie i sposób do pogłębienia opowieści. Bler snuje bowiem historię młodego mężczyzny, który po wypadku samochodowym trafia do tajemniczego ośrodka, gdzie manifestują się jego nadprzyrodzone moce. Opiekujący się nim ludzie utrzymują, że cierpi on na pewnego rodzaju amnezję i tak naprawdę od zawsze był superbohaterem walczącym ze złem. To motyw narzuconej tożsamości – everyman z Polski zajmujący się nudną, pozbawioną perspektyw pracą w późnych latach dziewięćdziesiątych XX wieku, nagle zostaje przymusem wciągnięty w opowieść o potężnej organizacji, walce ze złem i zapobieganiu kataklizmom. Ta nowa, narzucona tożsamość daje mu w końcu życiowy cel – coś, czego (jak sugerują początkowe sceny komiksu) do tej pory mu brakowało, bo Bler wyraźnie utknął w ślepym zaułku życia, zajmując się rozwożeniem książek po kraju, co nie dostarcza mu ani prestiżu, ani życiowego spełnienia, ani nawet stabilizacji.

Na poziomie metafikcyjnym to niemal idealna metafora tego zjawiska, o którym pisałem wyżej – narzucenie sobie superbohaterskiej tożsamości jako ucieczka od własnego, nudnego i pozbawionego perspektyw ja. Nie wiem, czy Rafał umyślnie skonstruował taką analogię, ale zaskakująco dobrze pasuje ona do komiksu i pozwala na jego głębsze odczytywanie. Bler to sztuczny konstrukt powołany do istnienia przez ludzi mających nie do końca sprecyzowane, ale prawdopodobnie nieczyste intencje, zaszczepiony na dziwnie nieadekwatnym gruncie. Dysonans pomiędzy światem przedstawionym a superbohaterską konwencją jest bardzo frapujący – Rafał osadził swoją opowieść w szokująco zdemitologizowanych latach dziewięćdziesiątych XX wieku. To nie są przepuszczone przez estetyczne filtry „najtisy” brzmiące dźwiękami Nirvany, świecące modnie porwanymi spodniami dżinsowymi oraz ekspresyjną estetyką klasycznego MTV. Autor pokazuje Polskę brudną, zaściankową, duszną i nieprzyjemną, trawioną patologiami, z nieładnymi, szarymi ludźmi, którzy na wiele sposobów nie są w stanie odnaleźć się w otaczającym, podlegającym transformacji świecie.

Słowo „transformacja” może wydawać się tu odrobinę mylące, ponieważ akcja komiksu rozgrywa się w 1998 roku – wówczas to doszło do zamieszek w Słupsku, w trakcie których policja zakatowała trzynastolatka, po czym razem z prokuraturą starała się zatuszować okoliczności tego zdarzenia. Polacy powoli zaczęli oswajać się z myślą, iż odrzucenie PRL-u nie oznacza bynajmniej końca wszelkich problemów trapiących społeczeństwo – że pojawiają się nowe trudności, którym należy stawić czoła, a wiele starych zaczyna przybierać na sile. W jednej ze scen widzimy samotnego ojca znęcającego się nad synem – rozczarowany rzeczywistością, przesiąknięty patologiczną nienawiścią do otaczającego go świata mężczyzna nie radzi sobie z negatywnymi emocjami i wyładowuje je na własnym dziecku. Bler, w katarktycznej, ale tylko pozornie satysfakcjonującej scenie, nokautuje przemocowca i przekazuje chłopca w ręce opieki społecznej – ot, plasterek na otwarte złamanie źle działającej rzeczywistości. Sam główny bohater zauważa, że akcje, w które się angażuje, są ledwie leczeniem objawów, nie zaś próbą naprawienia świata. Przedstawicielka organizacji odpowiedzialnej za stworzenie Blera cynicznie tłumaczy mu, że nie chodzi o ludzi, których ratuje – tylko o wyrobienie sobie superbohaterskiego brandu, stworzenie kultu jednostki. To kolejna analogia do społecznych przemian schyłkowych lat dziewięćdziesiątych oraz nowoczesnego, zachodniego kapitalizmu kolonizującego dopiero co otwierającą się na resztę Europy i świata polską ekonomię.

I tu dochodzimy do sedna. Autor zdaje sobie sprawę ze szczególnego dziedzictwa kulturowego, jakim obciążona jest konwencja komiksu supberbohaterskiego i wykorzystuje ją w organiczny sposób, wtapiając w opowieść o tym etapie polskiej historii, w którym nasz kraj poddawany był silnej ekspansji amerykańskiej kultury. To zderzenie dwóch różnych (choć również w wielu wymiarach podobnych) wzorców jest chyba najlepszym sposobem na opowiadanie o polskich superherosach. Próby nakładania amerykańskiego (tryumfalno-bombastycznego) patriotyzmu na polski (cierpiętniczo-mesjanistyczny), widoczne w różnych próbach powołania do istnienia Kapitana Polski (Polski Duch, Biały Orzeł), zazwyczaj wypadają sztucznie i żenująco. Rafał Szłapa robi coś innego – językiem thrillera noir opowiada o przyjmowaniu narzucanej tożsamości, o cynicznej eksploatacji i budowaniu wizerunku społecznego metodą starannie zaplanowanej kampanii, w której akty szlachetności są obligatoryjnym skutkiem ubocznym budowania pozytywnego wizerunku marki. To są resentymenty, które dobrze rezonują z polskim czytelnikiem. I to nie tylko takim pamiętającym lata dziewięćdziesiąte, bo dziedzictwo tamtego okresu nadal jest mocno odczuwalne.

Bler jest jednak nie tylko mądrze pomyślanym i nieźle napisanym komiksem – to również znakomity popis ilustratorskich umiejętności Rafała, który nad rysunkami panuje równie dobrze, co nad opowiadaną historią. Świat Blera jest brudny i pozbawiony ciepłych lub jaskrawych barw. Stylistycznie wpada gdzieś między klasyczne peerelowskie opowieści o kapitanie Żbiku a semi-realistyczną superbohaterską kreskę – to idealna estetyka dla tego rodzaju opowieści. Dobre wrażenie robi integracja tekstu z obrazem w tych momentach, w których autor pozwala sobie na lekki surrealizm (scena operacji). Autor znakomicie oddał również koloryt epoki, wiernie odzwierciedlając modę i uczesania bohaterów – nawet gdyby zabrakło bezpośrednich informacji o tym, że Bler rozgrywa się w schyłkowych latach dziewięćdziesiątych, nietrudno byłoby się zorientować. Większość polskich artystów komiksowych z pokolenia Szłapy wyżej od rzemiosła stawia artyzm i nieokiełznaną ekspresję – i nie ma w tym niczego złego, co nie zmienia faktu, że graficzne dopracowanie Blera zdecydowanie działa na jego korzyść. To jest dokładnie taka historia, która potrzebuje tego typu kreski.

I teraz wstydliwe wyznanie – nie czytałem jeszcze kolejnych tomów Blera, który w chwili, w której piszę te słowa, liczy już sobie siedem odsłon. Niektóre mogą być już trudne do zdobycia, ale liczę na to, że uda mi się skompletować tę serię. To jeden ze stosunkowo nielicznych przypadków, w których polskiemu autorowi udało się powiedzieć coś ciekawego, używając niekoniecznie świeżych klisz właściwych konwencji komiksu superbohaterskiego.

 

Rafał Szłapa

Bler 1: Lepsza wersja życia

Wydawnictwo: Blik Studio

10/2010

Liczba stron: 48