august
RECENZJE | 02.02.2014

To stypa, nie walka kogutów („Sierpień w hrabstwie Osage”)

Wśród wielu co najmniej nieprzejrzystych dla Europejczyka amerykańskich dowcipów ważne miejsce zajmują te koncentrujące się na kwestii pochodzenia. Kiedy już nadążysz za dowcipami o Kanadyjczykach i zrozumiesz, że New Jersey to taki amerykański Sosnowiec, wiedz, że jeszcze wiele przed tobą. Przeglądając rozmaite strony z amerykańskimi dowcipami, trafiłam na te o Oklahomie. Q: Why are there so many unsolved murders in Oklahoma? A: There are no dental records and everyone has the same DNA. Nikt nie uśmiał się jak norka, wiedziałam.

Sierpień w hrabstwie Osage jest jednym z kilku kandydatów polskich dystrybutorów do miana styczniowego hitu. Konkurencja jest pokaźna i przede wszystkim amerykańska (jedna Nimfomanka wiosny nie czyni), a licytacja na nominacje, jak co roku, silnie eksponowana. W przypadku adaptacji sztuki Tracy’ego Lettsa (bo właśnie nią jest film, którego akcja dzieje się w Oklahomie) najważniejsze okazują się panie – Meryl Streep i Julia Roberts, a właściwie Violet i Barbara. Sytuacja jest następująca: po zaginięciu męża chora na raka Violet, której najlepszymi przyjaciółmi są wszelkiego rodzaju leki, mobilizuje rodzinę do poszukiwań. Ściąga tym samym do Osage swoje córki i siostrę wraz z rodzinami. W tym – zbyt dużym, bo liczącym jedenaście osób (dodajmy jeszcze pomoc domową o indiańskich korzeniach) – gronie odbędzie się cały komediodramat. Pierwsze skojarzenia muszą biec do takiego klasyka kina, jak Sekrety i kłamstwa w reżyserii Mike’a Leigha. Został tu w mistrzowski sposób zbudowany subtelny, głęboki i jedynie pozorujący tandetny melodramat, skomplikowany dramat rodzinny.

Nie będę kontynuować porównania, wspomnę tylko o jednej, fundamentalnej dla sukcesu tego dzieła i, jak mi się wydaje, letniości Sierpnia kwestii. W przypadku Sekretów i kłamstw istotne są bardzo silne relacje, które ujawniają się i przemieniają w trakcie filmu. Słowem, najważniejsza w tym przypadku wydaje mi się płaszczyzna konfrontacji, jaką konstruują bohaterowie, napięcie, jakie między nimi powstaje i wieloznaczność emocjonalna sytuacji, z odbiorczą włącznie. Podczas oglądania Sierpnia miałam bardzo mocne poczucie, że mamy do czynienia z popisami solistów, którym towarzyszą postaci robiące przede wszystkim tłok w kadrze.

Trudno jednoznacznie powiedzieć, że wina leży po stronie Meryl Streep (którą rzadko winię za cokolwiek), ale wydaje się, że potraktowała ten film jako wyzwanie dla siebie samej i, mówiąc krótko, zdarza jej się przeszarżować. Poczucie, że miejscami film nie jest przez nikogo reżyserowany, a aktorzy (Streep przede wszystkim) robią, co im serce podpowie, nie jest opinią szczególnie profesjonalną, ale dającą wyraz mojemu głównemu zastrzeżeniu wobec tego filmu. Aktorzy zdają się ze sobą w wątłym zakresie kontaktować, raczej nie grają „razem”, ale zachowują się, jak gdyby (a może jest to spowodowane faktem, że pierwotnie to sztuka teatralna? trudno powiedzieć) odgrywali kolejno swoje kwestie, nie zważając na to, co dzieje się z pozostałymi postaciami. Nie dotyczy to rzecz jasna całego filmu, który jest raczej niezły, a już na pewno ma dobre momenty.

Do nich należą właśnie te sceny, w których aktorzy przełamują się nieco i przypominają sobie, że między nimi też może się coś wydarzyć. Tak jest na przykład wtedy, gdy Mattie Fae (siostra Violet) rozmawia z mężem o swoim synu zwanym Little Charlesem. To oni wydają mi się zresztą najmocniejszym elementem filmu, a bardzo dobra, choć pod wieloma względami skromna rola Chrisa Coopera stanowi o tym, że dzieło Wellsa w jakimś stopniu mnie zainteresowało. Wspomniana para w zajmujący sposób odgrywa małżeństwo z niemal czterdziestoletnim stażem – pełne wzajemnej czułości, a zarazem obrzydzenia. Ich relacja, nawet mimo ostatecznego ujawnienia jednego z rodzinnych sekretów, do końca pozostaje niejednoznaczna, a rozgrywki interesujące.

Z pewnością mocnym punktem Sierpnia jest niejednokrotnie błyskotliwy humor i bystre, często cyniczne riposty, balansujące na granicy poprawności politycznej. Gdy córka pyta Violet, czy ta, mając raka, powinna palić, słyszy w odpowiedzi pytanie: A czy ktokolwiek powinien palić? Popisowa – a określenia tego nie używam jednoznacznie afirmatywnie – rola Meryl Streep to przede wszystkim prezentacja skali możliwości aktorskich. Wyzwanie, jakie postawiono przed aktorką, było niemałe – Violet widzimy, gdy nie radzi sobie z mówieniem, gdy wpada w furię, gdy obrzuca córki inwektywami i gdy ściąga perukę, by tańczyć samotnie w salonie. Tak, to na pewno ważny moment w karierze Meryl Streep – nie mniej niż Julii Roberts, która wykroczyła nieco poza repertuar, z którego jest dobrze znana (co ciekawe, Sierpień nasuwa skojarzenia także z takimi filmami jak np. Stalowe magnolie, w których więzy krwi między kobietami są centralnym problemem). Powracam tym samym do wątku wcześniejszego – rola Streep jest z pewnością ważna i niezła, ale w takim sensie, w jakim dobre są monodramy. Tutaj pojawia się jednak obok przezroczystego Ewana McGregora, jego filmowej córki, którą mogłaby w taki sposób zagrać losowa nastolatka, i Juliette Lewis, kreującą postać w sposób tak przerysowany, że świetnie odnalazłaby się w gorszych operach mydlanych. Jak już wspomniałam, zbyt duża liczba aktorów (wystarczyłyby, jak sądzę, cztery główne postaci kobiece) nie sprzyja stworzeniu sytuacji, która dotknie serc i rozbawi do łez. W przestrzeni kilku pokojów miotają się postaci, które nie mają mocy pozwalającej im na wygranie swoich historii w pełni, ale jedynie na ich zarysowanie – często w raczej beżowych barwach (naprawdę nie sądziłam, że można w tak nijaki sposób przedstawić związek kazirodczy).

Co ważne i zarazem rozczarowujące, Sierpień w hrabstwie Osage nie przedstawia kryzysu rodziny z Oklahomy w sposób, który pozwoliłby mi na stwierdzenie, że to coś więcej niż film w rodzaju tych na Jedynce o 20:00 – tyle, że klasę lepszy. Czy to mało? Pewnie nie, jeżeli skupimy się na humorze (warto!) czy ciekawej parze, która przez prawie czterdzieści lat żyje pod szyldem „sekrety i kłamstwa”. Gorzej, jeżeli w pewnym momencie zauważymy, że to film, który nie jest w stanie udźwignąć sztuki teatralnej. Gdzie był Roman Polański, kiedy reżyserią zajął się John Wells?

PS Dlaczego, do diabła, kiedy Julia Roberts powtarza Eat your fish!, polskie napisy twierdzą, że każe Meryl Streep jeść raczki?!

Sierpień w hrabstwie Osage (August: Osage County), reż. John Wells, USA (2013; Pol. 2014)

 

Zobacz także: Meryl Streep winning Best Actress for Meryl Streep

 

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.