chlopczyce
RECENZJE | 16.05.2016

To jest moje ciało i zostawcie mnie w spokoju (Jenny Nordberg „Chłopczyce z Kabulu”)

Która była najsłynniejszą w historii? Może Joanna d’Arc, a może – obdarzona u Disneya bardziej chwytliwym nazwiskiem – Hua Mulan. Współcześnie są na porządku dziennym chociażby w Albanii. Jenny Nordberg dowodzi, że kobiety podszywające się pod mężczyzn to zjawisko stare jak patriarchat, ale nawet ona była zaskoczona jego skalą w Afganistanie. Żeby je zbadać, najpierw sama musiała przybrać wygląd skromnej Afganki.

Na tego rodzaju „chłopczyce” jest tam nawet osobny termin: bacza pusz. Dziewczynka najczęściej obcina włosy i wdziewa spodnie w wieku kilku lat i tak dorasta, aż do wieku dojrzewania, kiedy maskarada z dnia na dzień się kończy. Pozornie wszystko idzie gładko, tym bardziej, że często jej płeć biologiczna jest wśród znajomych i sąsiadów tajemnicą poliszynela. Można się jednak tylko domyślać, co takie praktyki zostawiają po sobie w psychice kilkulatki. Nordberg przedstawia czytelnikom kilkanaście dziewcząt i kobiet, z których każda reprezentuje inny typ chłopczycy i inny wariant dalszych losów bacza pusz. Części z nich doświadczenie to dało siłę, i to dzięki nim można mieć nadzieję na „rewolucję obyczajową”: Ważne jest tylko, żeby myśleć jak bacza pusz, wiedzieć, że możesz wszystko. Niektóre natomiast latami nie mogą dojść do ładu z własną tożsamością. Samych powodów, dla których rodzice decydują się na wychowywanie udawanego syna, jest mnóstwo – od ekonomicznych, przez osobiste i honorowe, aż po magiczne – i w zaskakujący sposób charakteryzują one afgańskie społeczeństwo.

Przez pryzmat historii bohaterek Nordberg opowiada o współczesnym Afganistanie, a na dodatek przystępnie objaśnia tło historyczne i kulturowe. Czasem rozpędza się w tych dopowiedzeniach, popadając w łopatologię, jakby chciała powiedzieć o wszystkim i jeszcze powtórzyć dla pewności. W efekcie rzetelna, osobiście zaangażowana dziennikarka wygrywa w niej z pisarką. Do wrażenia narracji przegadanej – i przez to emocjonalnie obojętnej – przyczynia się niestety niezbyt subtelny przekład Justyna Huni. Niedopracowany styl rozczarowuje w zestawieniu z klasą dziennikarstwa Nordberg – pod względem merytorycznym autorka dba o zniuansowanie swoich historii, patrzy krytycznie i nie wyciąga autorytarnych wniosków. Jedyny zgrzyt – ale ważny w przypadku reportażu o dyskryminacji płciowej – to jej sposób portretowania mężczyzn: pojawia się ich niewielu i zbyt często opisywani są protekcjonalnie, z wyraźną ironią i niechęcią. To efekt oddania głosu bohaterkom, które na co dzień nie mają do niego prawa, i lekkiej przesady w trzymaniu się kobiecego punktu widzenia.

Udaje się Nordberg natomiast dobrze wyważyć opowieść o specyfice Afganistanu oraz zachować jej szerszy kontekst. Nie chodzi tylko o to, jak interpretuje lokalną rzeczywistość przy pomocy zachodnich teorii antropologicznych czy feministycznych, ale także o uniwersalność problemu. Jednocześnie historie bohaterek nie są sprowadzone do roli pretekstu. Nordberg skupia się na nich indywidualnie, ale dodaje też, że podszywanie się pod kogoś innego w ramach ochrony przed prześladowaniem dotyczy nie tylko kobiet, nie jest też ani zachodnie, ani wschodnie, ani islamskie, ani nieislamskie: pisze o dyskryminacji motywowanej rasą, wyznaniem, orientacją seksualną… Taki proceder jest zresztą mocno ambiwalentny – to wyraz buntu, ale w granicach narzuconych przez grupę u władzy. W tym sensie ostrożniejsze sformułowanie o „poszukiwaniu ruchu oporu” w oryginalnym podtytule książki wydaje się trafniej wyrażać poglądy autorki niż polskie „kulisy buntu obyczajowego”.

Nordberg oddaje sprawiedliwość swoim bohaterom, tłumacząc skąd wzięły się szowinistyczne przepisy – często nie tyle oficjalne przepisy, ile po prostu praktyki – i podkreślając, że niewiele mają wspólnego z islamem ani nawet z afgańską tradycją narodową. Jeszcze trzydzieści lat temu, przed dojściem talibów do władzy, sytuacja kobiet była w tym kraju bez porówniania lepsza. Rozumowanie autorki może za to wzbudzać kontrowersje w momentach, kiedy wprowadza analogie między traktowaniem kobiet w Afganistanie i na Zachodzie. Opis tradycyjnych afgańskich zaręczyn i aranżowanego zamążpójścia niespodziewanie kończy migawka ze ślubu księcia Williama i Kate Middleton, na której od tej chwili będzie ciążyła presja całego narodu i jedna misja: urodzić syna. Czy takie porównanie – nawet jeśli weźmiemy poprawkę na skalę problemu – jest nadużyciem?

Nie chcę traktować reportażu Nordberg instrumentalnie i czytając o Afgankach widzieć tylko siebie: polską obyczajowość, polską politykę. Ona sama jednak pisze wprost: Kobiety niemające prawa decydować o własnej rozrodczości nigdy nie będą zdolne do podważenia władzy ekonomicznej mężczyzn. Ci, którzy mają władzę nad powstawaniem życia, rządzą światem. A słowa jej bohaterki, która definiuje kobiecą wolność jako możliwość sprawowania jako takiej kontroli nad własnym ciałem i decydowania, kiedy i jak zajść w ciążę – brzmią zbyt znajomo.

 

Jenny Nordberg

Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

tłum. Justyn Hunia

Czarne, 2015

Liczba stron: 400